W moich snach on stoi twarzą do słońca, wydaje się więc ciemnością lecz ja wiem, że to on jest światłem.

- Cassia – mówi, a dźwięk jego głosu sprawia, że łzy napływają mi do oczu – Cassia, to ja.

Nie jestem w stanie wymówić ani słowa. Wyciągam do niego ręce, uśmiecham się i płaczę jednocześnie, szczęśliwa, że nie jestem już sama.

- Teraz muszę odejść – mówi – Będzie jeszcze jaśniej, ale musisz otworzyć oczy.

- Są otwarte – odpowiadam zdezorientowana. Jak inaczej mogłabym go widzieć.

- Nie – protestuje – Teraz śnisz. Musisz się obudzić. Już pora.

- Nie odchodzisz ode mnie, prawda? – to jedyne o czym mogę myśleć. On może odejść.

- Odchodzę.

- Nie rób tego – mówię – Proszę.

- Musisz otworzyć oczy – powtarza wciąż, więc to robię. Budzę się pod niebem pełnym blasku.

Xandera tu nie ma.

Płacz to strata wody – powtarzam sobie, choć nie mogę opanować łez. Spływające krople tworzą szlaki na mojej zakurzonej twarzy. Staram się nie łkać, nie chcę obudzić Indie, która mimo mocnego słońca jeszcze śpi. Po tym jak wczoraj zobaczyłyśmy ciała, szłyśmy bez przerwy wysuszonym korytem drugiego kanionu. Nie widziałyśmy niczego ani nikogo.

Przykładam dłonie do twarzy czując ciepło własnych łez.

Tak bardzo się boję. O siebie. O Ky’a. Myślałam, że jesteśmy w złym kanionie ponieważ nie widziałam żadnego śladu po nim. Jeśli jednak oni go zabili nigdy nie dowiem się gdzie był.

Zawsze wierzyłam, że go odnajdę – przez te miesiące spędzone na sadzeniu nasion, w statku powietrznym, którym leciałam w nocy, podczas tej długiej wyprawy przez Kanion.

A teraz uporczywy głos w mojej głowie podpowiada mi, że może już nie być kogo szukać. Ky mógł zginąć, tak jak Powstańcy. A co jeśli Pilot też zginął i nikt nie przejął jego miejsca?

Spoglądam na Indie i łapię się na tym, że zastanawiam się czy ona jest naprawdę po mojej stronie. Może jest szpiegiem, wysłanym przez Oficerów, którzy chcieli się przekonać jak powiedzie się ich eksperyment z Doborem.

Skąd w ogóle biorą się we mnie takie myśli? – zastanawiam się i wtedy to do mnie dociera. Jestem chora.

Choroby rzadko występują w Społeczeństwie, ale ja już nie należę do Społeczeństwa. Mój umysł analizuje wszystkie możliwości: wyczerpanie, odwodnienie, zakażone jedzenie. To wszystko razem musiało prowadzić do choroby.

Uświadomienie sobie tego powoduje, że paradoksalnie czuję się lepiej. Jeśli jestem chora, nie jestem sobą. Nie wierzę w swoje przekonania co do Ky’a, Indie czy Powstania. Mój umysł jest tak zmęczony, że zapomniałam, że moja Oficer nie była tą, która zaczęła eksperyment. Pamiętam ten błysk w jej oczach kiedy okłamała mnie przed Muzeum w Orii. Nie wiedziała, kto wrzucił Ky’a do mojego Wyboru.

Biorę głęboki wdech. Na moment powraca do mnie uczucie, które miałam podczas snu o Xanderze wracającym do mnie i czuję się pocieszona. Otwórz oczy – mówił mi. Co takiego Xander chciał, żebym zobaczyła? Rozglądam się po jaskini, w której spędziłyśmy tę noc. Widzę jedynie Indie, skały dookoła i plecak, w którym mam tabletki.

Niebieskie, w pewnym sensie, nie zostały dane mi przez Społeczeństwo, a przez Xandera, któremu ufam. Wydaje się, że czekałam wystarczająco długo.

Dość dużo czasu zajęło mi otworzenie pojemnika, moje palce jakby zgrabiały i nie mogłam nimi ruszyć. W końcu wyjęłam pierwszą niebieską tabletkę z opakowania, wrzuciłam do buzi i połknęłam z nieukrywanym trudem. To pierwszy raz kiedy wzięłam jaką kol wiek tabletkę – świadomie. Przez moment w swojej głowie widziałam twarz Dziadka, na której malowało się rozczarowanie.

Spojrzałam w dół, do saszetki po tabletce spodziewając się, że niczego tam nie znajdę. Jednak coś tam było – mały skrawek papieru.

Papier z portu. Rozwijając go trzęsły mi się ręce. W zamkniętym pojemniku był bezpieczny ale na świeżym powietrzu łatwo go zniszczyć.

Zawód:Medyk. Szanse na stałe zatrudnienie i awans: 97,3%

Oh, Xander  - westchnęłam.

To jest fragment z oficjalnej informacji o Xanderze z Doboru. Informacji, której nigdy nie widziałam na swojej mikrokarcie; wszystko już przecież wiedziałam o nim wcześniej. Spojrzałam na saszetki z tabletkami w mojej dłoni. Jak on to zrobił? Jak udało mu się włożyć tą karteczkę do środka? Czy jest ich więcej?

Wyobraziłam sobie Xandera drukującego kopię informacji o nim z portu, drącego dokładnie każdą liniję tekstu, szukającego sposobu na włożenie ich do tabletek. Musiał domyślić się, że nigdy nie patrzyłam na jego mikrokartę; wiedział, że się od niego odwrócę i wybiorę Ky’a.

Przypomniał mi się Ky i papiery, które dostałam od niego kiedyś w Gminie. Dwóch chłopaków, dwie historie spisane na skrawkach papieru i podarowane mi. Moje oczy wypełniają łzy kiedy uświadamiam sobie, że to historię Xandera powinnam już dawno znać.

Spójrz na mnie jeszcze raz – słyszę jego głos w mojej głowie.

Otwieram następną saszetkę z tabletką. Następny kawałek papieru, na którym napisano: Pełne imię i nazwisko Xander Thomas Carrow.

Wraca do mnie wspomnienie z dzieciństwa, kiedy czekałam na Xandera by wyszedł się ze mną bawić. Xander. Thomas. Carrow. – powtarzałam skacząc z kamienia na kamień na podjeździe przed jego domem. Jego imię dobrze brzmiało. Wszystko do siebie pasowało. Każde słowo miało dwie sylaby, tworzyło idealny rytm do marszu.

Nie musisz tak krzyczeć – powtarzał wtedy Xander stając na progu swojego domu. – Przecież jestem tu.

Tęsknię za Xanderem i przez to nie mogę się powstrzymać przed otworzeniem następnych saszetek – nie po to by wziąć więcej niebieskich tabletek, ale po to, by sprawdzić, co jeszcze mi przekazał:

Mieszka w Klonowej Gminie od urodzenia.

Ulubiona aktywność fizyczna: pływanie.

Ulubiona rozrywka: gry.

Procent uczniów wskazujących Xandera Carrow’a za ucznia, którego podziwiają najbardziej: 87,6%.

Ulubiony kolor: czerwony.

To ostatnie było dla mnie zaskoczeniem. Zawsze myślałam, że ulubionym kolorem Xandera był zielony. Czego jeszcze o nim tak naprawdę nie wiedziałam?

Uśmiecham się do siebie czując się już dużo lepiej. Kiedy spoglądam na Indie widzę, że wciąż śpi. Czuję ogromną potrzebę ruszenia się z miejsca więc decyduję się wyjść z jaskini i bliżej przyjżeć się miejscu, do którego dotarłyśmy zeszłej nocy.

Na pierwszy rzut oka wygląda na podobną do wielu innych otwartą przestrzeń Kanionu, miodowo złote skały z jaskiniami i głazami ukształtowanymi delikatnie przez wiejący wiatr. Kiedy jednak zaczynam przyglądać się wszystkiemu dokładniej, jedna ze ścian wydaje mi się inna od pozostałych.

Robię kilka kroków na przód i dotykam skały. Pod palcami czuję zrogowacenia skalne. Nie są one takie jak przy pozostałych skałach. Są zbyt idealne.

Od razu wiem, że to ma coś wspólnego ze Społeczeństwem.

Moje serce zamiera. Jeśli Społeczeństwo dotarło tutaj, nie ma mowy żeby Powstańcy tu byli.

Idę wzdłuż skalnej ściany dotykając jej trzęsącą się dłonią, szukając miejsca w którym to coś łączy się z prawdziwym Kanionem. Kiedy podchodzę do ciemnych krzaków dostrzegam coś leżącego na ziemi. To chłopak. Ten, który uciekł z nami do Kanionu, a potem się rozstaliśmy. Leży skulony na boku. Jego oczy są zamknięte.Niewielkie wydmy piachu przysypały jego ręce, ubranie i włosy. Jego dłonie są czerwone i pozdzierane z zaskniętą krwią w miejscach, gdzie próbował się wdrapać, a nie mógł się dostać. Zamykam oczy. Widok zaschniętej czerwonej krwi i drobinek złocistego piachu z Kanionu przypomina mi cukier na wiśniowym cieście na talerzu u Dziadka i robi mi się niedobrze.

Otwieram oczy i spoglądam na chłopaka. Czy mogę cokolwiek dla niego zrobić? Pochylam się nad nim i zauważam, że jego usta są całkiem niebieskie. Nigdy nie miałam szkolenia medycznego i nie wiem praktycznie nic na temat pierwszej pomocy. Chłopak nie oddycha. Dotykam jego nadgarstka, wiedząc, że tak sprawdza się puls ale nie jestem w stanie niczego wyczuć.

- Cassia – słyszę za sobą szept i odwracam się gwałtownie. To Indie. Oddycham z ulgą. – To ten chłopak – tłumaczę.

Indie kuca koło mnie. – On nie żyje – stwierdza. Spogląda na jego dłonie – Co on tutaj robił?

- Wydaje mi się, że próbował dostać się do środka – odpowiadam, wskazując na ścianę – Zrobili to tak, by wyglądało na ścianę, ale wydaje mi się, że to drzwi.

Indie wstaje i obie przyglądamy się zakrwawionej skale i rękom chłopaka – Nie mógł się tam dostać – mówię – Wtedy wziął niebieską tabletkę ale widocznie było już za późno.

Indie przygląda mi się wyczekująco.

- Musimy się stąd wynieść – mówię – Tutaj jest Społeczeństwo. Czuję to.

Indie milknie na moment – Masz rację – mówi po chwili – Powinnyśmy przejść do Kanionu obok. Tam przynajmniej była woda.

- Myślisz, że musimy wrócić się do miejsca, w którym znalazłyśmy przejście wcześniej? – pytam wzdrygając się na wspomnienie tych wszystkich ciał, które widziałyśmy na górze.

- Możemy przejść tędy – odpowiada Indie – Teraz mamy ze sobą linę. – wskazuje na korzenie drzewa wystające ze skalnej ściany. Żadne drzewa nie miały tutaj warunków do tego by żyć.

- To zaoszczędzi nam czas – podsumowała Indie. Obserwuję ją jak otwiera plecach i wyciąga  linę i delikatnie przekłada coś w swoim plecaku.

Gniazdo os, myślę sobie. – Udało Ci się je ocalić – mówię na głos.

- Co takiego? – Indie pyta zaskoczona.

- Twoje gniazdo – tłumaczę – Nie zniszczyło się.

Indie kiwa głową, choć wydaje się wrogo nastawiona. Widocznie powiedziałam coś złego, choć nie jestem w stanie przypomnieć sobie, co to mogło być. Nagle czuję się niesamowicie zmęczona i mam nieodpartą potrzebę położenia się na ziemi, tak jak ten chłopiec i odpoczynku.

 

Na szczycie Kanionu specjalnie nie spoglądamy w kierunku, w którym wydaje się nam, że mogłyby być ciała. Z tej odległości pewnie i tak niczego byśmy nie zauważyły.

Nie odzywam się. Indie też nie. Przemieszczamy się sprawnie przez Kanion otaczane zimnym wiatrem. Bieg sprawia, że się budzę i przypominam sobie,  że dalej żyję, że nie mogę po prostu położyć się i odpocząć, nie ważne jak bardzo tego bym chciała.

Wydaje się, że tylko ja i Indie jesteśmy jedynymi żyjącymi osobami w Zewnętrznej Prowincji.

Indie zabezpiecza linę po drugiej stronie Kanionu. – Chodź – mówi, więc znów schodzimy w dół pierwszego Kanionu, tego, od którego zaczęłyśmy. Być może nie znajdziemy tutaj śladów Ky’a, przynajmniej tutaj jest woda i ani śladu Społeczeństwa. Jeszcze.

 

Nadzieja przybrała kształt śladu buta, połowy buta, który ktoś nieostrożnie pozostawił na świeżym błocie, które zaschnęło i stwardniało.

Staram się nie myśleć o innych śladach, które widziałam w Kanionie. Tamte przypominały mi o tym, że teraz nie pozostał tu nikt ani nic. Ten ślad jest świeży. Muszę w to wierzyć. Muszę wierzyć, że ktoś jeszcze jest tu żywy. Muszę też wierzyć, że tym kimś może być Ky.