Wychodzimy z Kanionu. Za sobą zostawiamy osadę i Kanion. Poniżej widać nurt rzeki, która wije się i zakręca między skałami. Patrzę na kępy drzew rosnące na brązowej o tej porze roku trawie przy korycie rzek. Po drugiej stronie wyrastają góry, których szczyty pokryte są śniegiem. Śniegiem, który nigdy nie topnieje.

To długa i trudna wędrówka w dół o każdej porze roku. Teraz jest wyjątkowo męcząca, na skraju zimy. Wiem, że nasze szanse nie są duże, ale mimo to cieszę się, że dotarliśmy tak daleko.

- To tak daleko – mówi drżącym głosem Eli, idąc obok mnie.

- Może nie być tak daleko jak wydaje się na mapie – próbuję go pocieszyć.

- Przejdźmy do tych pierwszych drzew – sugeruje Vick.

- Czy to bezpieczne?- pyta Eli spoglądając na niebo.

- Jeśli będziemy uważać – odpowiada Vick od razu ruszając, wpatruje się w płynący strumień – Ta rzeka jest inna od tej, którą widzieliśmy w Kanionie. Założę się, że tutaj są wielkie ryby.

 

Dochodzimy do miejsca wskazanego przez Vicka. – Co wiesz na temat wędkowania? – Vick zwraca się do mnie.

- Nic – odpowiadam zgodnie z prawdą. Niewiele wiem o wodzie. Nie było jej zbyt wiele w mojej wiosce, poza momentami kiedy Społeczeństwo ją pompowało. Poza tym strumienie, które do tej pory widzieliśmy w Kanionie nie były tak szerokie i wolnopłynące jak ten tutaj. – Czy ryby przeżyłyby w takiej wodzie? Nie jest za zimna?

- Woda, która płynie rzadko kiedy zamarza – tłumaczy Vick. Zeskakuje niżej i wpatruje się w taflę wody, pod którą wyraźnie coś się porusza. – Moglibyśmy je złapać – mówi podekscytowany – Mogę się założyć, że to pstrąg potokowy. Są bardzo dobre do jedzenia.

Kucam koło niego, próbując coś wymyślić. – Jak możemy je złapać?

- Teraz kończy im się okres tarła – tłumaczy nam Vick – Są ospałe i powolne. Możemy je złapać jeśli uda nam się podejść wystarczająco blisko. Bez jakiegoś większego wysiłku. Nie próbowałem tego w domu, wtedy mieliśmy sieci do łapania.

- A gdzie był Twój dom? – pytam Vicka.

Spogląda na mnie zastanawiająco, ale wydaje się, że doszedł do wniosku, że skoro wie skąd ja pochodzę to i on może mi powiedzieć skąd jest. – Pochodzę z prowincji Camas – odpowiada – Powinieneś ją zobaczyć. Góry są tam wyższe niż te, które tam widać – wskazuje ośnieżony szczyt. – Strumienie są pełne ryb. – nagle urywa. Odwraca się ode mnie i intensywnie wpatruje się w wodę.

Eli dalej stoi w cieniu drzew, tak jak mu poleciłem. Nie podoba mi się, że to miejsce jest tak odsłonięte pomiędzy Kanionem i górami.

- Spróbuj znaleźć próg w korycie rzeki – teraz Vick wydał polecenie Eliemu – To takie miejsce przed którym woda jest bardzo płytka i płynie szybciej. Tak jaka tutaj. I wtedy zrób to co ja.

Vick kuca powoli i cicho tuż nad brzegiem wody. Czeka. W pewnym momencie wślizguje swoje ręce do wody, delikatnie rusza swoimi palcami, przesuwając dłonie pod prąd rzeki aż czuję między nimi brzuch ryby. Wtedy, bardzo szybko wyciąga ją z wody. Ryba wyrywa się i zachłannie łapie powietrze, próbuje wyślizgnąć się z rąk. Wszyscy patrzymy na moment w którym umiera.

 

Ten nocy schodzimy w głąb Kanionu, tak by ukryć rozpalony  przez nas ogień. Do rozpalenia używam krzemieni, zachowując zapałki znalezione u farmera na inną okazję. To pierwsze prawdziwe ognisko, które zrobiliśmy, Eli z radością ogrzewa swoje ręce przy jego płomieniach. – Nie zbliżaj się za bardzo – ostrzegam go. Ogrzewać się przy ognisku to jedno, dać się podpalić to coś innego. Blask płomieni odbija się od skalnych ścian malując je na kolor zachodzącego słońca.

Pieczemy rybę powoli na żarze, tak by dłużej była dobra do jedzenia w czasie naszej podróży. Patrzę na dym i mam nadzieję, że rozwiewa go wiatr zanim dociera do krawędzi Kanionu.

Wiele godzin zajmie przygotowanie wszystkich ryb, tak twierdzi Vick, ponieważ cała woda z mięsa musi wyparować. W ten sposób długo będą się nadawać do jedzenia, a my potrzebujemy zapasów jedzenia. Porównaliśmy szanse na to, że ten, kogo widzieliśmy w osadzie idzie za nami z tym, że potrzebujemy zapasów i potrzeba pożywienia wygrała. Teraz, gdy widzimy ile drogi jest przed nami, wszyscy czujemy się głodni.

- Jest taki gatunek pstrąga, który nazywa się tęczowym – odzywa się Vick z zamyślonym wzrokiem – Prawie cały gatunek wyginąć podczas Ocieplenia, ale w Camasie udało mi się złapać jednego.

- Czy smakował tak dobrze jak ten? – Eli pyta.

- Pewnie – uśmiecha się do siebie Vick.

- Wrzuciłeś go powrotem do wody, prawda? – pytam.

Vick wzdycha. – Nie miałem serca go zjeść – przyznaje. – To był jedyny jakiego kiedykolwiek widziałem. Być może był ostatnim jaki żył.

Siadam na piętach. Mój brzuch jest pełny i czuję się wolny. Z dala i od Społeczeństwa i od osady. Nie wszystko zostało zatrute. Płynąca woda rzadko zamarza. Dobrze wiedzieć te dwie rzeczy.

Pierwszy raz od spotkania na Wzgórzu jestem szczęśliwy. Myślę, że jest szansa, że mimo wszystko wrócę do Niej.

- Czy Twoi rodzice byli Oficerami zanim zostali Reklasyfikowani? – pyta mnie Vick

Śmieję się. Mój ojciec Oficerem? Albo moja mama? Z wielu powodów ta sugestia wyda mi się niedorzeczna. – Nie – odpowiadam – Skąd ten pomysł?

- Znasz się na broni – wyjaśnia – I wiedziałeś o przewodach w płaszczach. Zastanawiam się czy któreś z nich Cię tego nauczyło.

- Mój ojciec nauczył mnie wielu rzeczy – przyznaję – Ale nie był Oficerem.

- A on nauczył się tego od Farmerów? Albo od Powstańców?

- Nie – odpowiadam – Część rzeczy nauczył się od Społeczeństwa w swojej pracy. – Większości nauczył się sam, dodaję w myślach – A co robili Twoi rodzice?

- Mój ojciec był Oficerem – przyznaję, a mnie nawet to nie dziwi. Wszystko pasuje: jego zdolność do wydawania poleceń, to jak określił nasze płaszcze wojskowymi, fakt, że mieszkał kiedyś w bazie wojskowej. Co takiego musiało się wydarzyć, że Reklasyfikowano kogoś tak wysoko postawionego – członka rodziny Oficerskiej?

- Moja rodzina nie żyje – oznajmia Eli, kiedy jasne jest, że Vick nie powie już nic więcej.

Mimo, że przypuszczałem, że tak było z rodziną Eli’ego, nie chciałem by wyznawał to na głos.

- Jak zginęli? – pyta Vick.

- Rodzice zachorowali. Zmarli w Centrum medycznym w Stolicy. Wtedy zostałem zesłany. Gdybym był Obywatelem, ktoś mógłby mnie adoptować. Nie byłem nim jednak. Odkąd pamiętam byliśmy Aberracjami.

Jego rodzice zachorowali? I umarli? To nie powinno się stać – to się nie stało, z tego co wiem, ludzie w wieku rodziców Eli’ego nie mogli zachorować i umrzeć, nawet jako Aberracje.  Tak wczesna śmierć nie zdarza się, chyba, że mieszka się w Zewnętrznych Prowincjach. W szczególności nie zdarza się to w Stolicy. Zakładam, że zginęli, tak jak miał zginąć Eli, gdzieś w obozie robotniczym.

Vick nie wydaje się zaskoczony wyznaniem Eli’ego. Nie jestem pewien, czy robi to ze względu na Eli’ego czy kiedyś słyszał już podobną historię.

- Przykro mi Eli – mówię szczerze. Ja miałem szczęście. Jeśli syn Patricka i Aidy by nie zginął, gdyby Patrick nie był tak zawzięty, nigdy nie zostałbym zawieziony do Orii. Teraz też mógłbym już nie żyć.

- Mi też przykro – dodaje Vick.

Eli nie odpowiada. Przysiada się bliżej ognia i zamyka oczy, wygląda jakby mówienie o tym bardzo go męczyło. – Nie chcę o tym więcej mówić – odzywa się cicho – Chciałem tylko, żebyście wiedzieli.

Po chwili zmieniam temat rozmowy. – Eli? – zagaduję – co takiego zabrałeś z jaskini farmerów?

Eli otwiera oczy i przyciąga swój plecak. – Są ciężkie więc nie mogłem zabrać wielu – tłumaczy – Tylko dwie. Zobaczcie. To książki. Mają słowa i obrazki. – Pokazuje nam jedną z książek. Na stronie narysowana jest  osoba, która unosi się w powietrzu, a zza jej pleców promienieje tęcza. Ręce ma wzniesione do góry.

- Wydaje mi się, że mój ojciec opowiadał mi o takiej książce – mówię – To były historie dla dzieci. Mogły patrzeć na obrazki kiedy rodzice czytali im słowa. Kiedy dzieci dorastały mogły czytać je same.

- One muszę być coś warte – dodaje Vick.

To, co wybrał Eli wydaje mi się trudne do wymiany. Historie mogłyby być kopiowane ale obrazki już nie. W momencie, kiedy je wybierał, Eli nie myślał o wymianie.

Siedzimy przy skaczących płomieniach i czytamy historię zaglądając Eli’emu przez ramię. Są tam słowa, których nie znamy ale domyślamy się ich znaczenia patrząc na obrazki właśnie.

Eli ziewa i zamyka książki – Jutro też możemy na nie popatrzeć – mówi zdecydowanie, a ja marudzę widząc jak chowa je do plecaka. Tym gestem wydaje się mówić „Ja je tu przyniosłem i możecie je oglądać na moich warunach”.

Podnoszę patyk leżący nieopodal ogniska i zaczynam pisać na piasku imię „Cassia”. Oddech Eli’ego zwolnił, jakby już spał.

- Też  kiedyś kogoś kochałem – Vick odzywa się kilka minut później. – Jeszcze w prowincji Camas – słychać, że ma zaciśnięte gardło.

Historia Vicka. Nigdy nie sądziłem, że będzie chciał ją opowiedzieć. Jednak jest coś w ogniu  i tej nocy, co składnia nas do mówienia. Czekam moment by zastanowić się jak zadać odpowiednie pytanie. Iskra z ogniska unosi się jasno do góry po czym gaśnie. – Jak miała na imię? – pytam.

Chwila ciszy. – Laney – odpowiada – Pracowała w bazie wojskowej, gdzie mieszkaliśmy. To ona opowiedziała mi o Pilocie – Vick z widocznym bólem przełyka ślinę – Oczywiście słyszałem o nim już wcześniej. W bazie ludzie zastanawiali się nawet czy jeden z Oficerów może być Pilotem. Z Laney i jej rodziną było inaczej. Kiedy oni rozmawiali o Pilocie, widać było, że znaczy dla nich dużo więcej.

Vick spogląda na napis, który kilkakrotnie pisałem na piasku. – Żałuję, że tego nie potrafię – mówi – Nie mieliśmy niczego, poza skrawkami papieru  z portów w Camasie.

- Mogę Cię nauczyć.

- Zrób to proszę – odpowiada zdecydowanie – Na tym – dodaje, podsuwając mi kawałek drewna. Najpewniej znalazł je przy kępie drzew tuż obok miejsca, w którym łowiliśmy. Zaczynam pisać ostrą stroną kamienia, nie patrzę na Vicka. Tuż obok Eli śpi już głębokim snem.

- Ona też wędkowała – mówi dalej Vick – Chodziłem nad strumień, żeby się z nią spotykać. Ona.. – milknie na moment – Mój ojciec był wściekły kiedy się dowiedział. Wcześniej też wpadał w złość. Wiedziałem, że tak będzie ale spotykałem się z nią mimo to.

- Ludzie się zakochują – odpowiadam, zachrypniętym głosem – To się zdarza.

- Nie między Anomaliami i Obywatelami – tłumaczy Vick – Nie zdarza się też by taka para zawierała Kontrakt.

Wstrzymuję na chwilę oddech. Ona była Anomalią? Zawarli Kontrakt?

- Nie został uznany przez Społeczeństwo. – mówi dalej – Kiedy nadszedł czas mojego Doboru, zrezygnowałem z niego. Wtedy zapytałem jej rodziców czy mogę zawrzeć z nią Kontrakt. Oni się zgodzili. Anomalie mają swoją własną ceremonię. Nikt jej nie rozpozna poza nimi.

- Nie wiedziałem tego – przyznaję, intensywniej wykrawując litery w drewnie. Nie miałem pojęcia, że gdzieś poza Kanionem istnieją Anomalie, tak blisko Społeczeństwa. W Orii nikt nie słyszał ani nie widział o jakiejkolwiek Anomalii od wielu lat, poza tym jednym, który zabił mojego kuzyna, pierwszego syna Markhamów.

- W dniu, w którym pytałem o zgodę jej rodziców zobaczyłem pstrąga tęczowego – Vick zwierza się dalej – Wyciągnąłem go z wody i podziwiałem jak jego łuska mieni się w słońcu. Kiedy zorientowałem się czym jest, od razu wypuściłem go do wody. Kiedy opowiedziałem o tym jej rodzicom, stwierdzili, że to dobry omen. Znak. Wiesz co to znaczy?

Kiwam głową. Mój ojciec mówił czasem o różnych znakach.

- Od tamtej pory już go nie widziałem – mówi Vick – To znaczy pstrąga tęczowego. Koniec końców nie okazał się być dobrym znakiem – bierze głęboki oddech – Dwa tygodnie później dowiedziałem się, że Oficerowie chcą nas pojmać. Poszedłem do niej, ale jej już nie było. Jej rodziny również.

Vick wyciąga rękę po kawałek drewna. Mimo, że jeszcze nie skończyłem, podaję mu go. Odwraca drewno i przygląda się uważnie jak w tym momencie wygląda jej imię – LAN – niemalże same proste linie. Po chwili spogląda na swój but. Teraz już wiem, co oznaczają te ślady. Nie czas spędzony w Zewnętrznych Prowincjach, a czas bez niej.

- Społeczeństwo odnalazło mnie zanim wróciłem do domu – kontynuuje Vick – Od razu zabrali mnie do Zewnętrznych Prowincji. – Oddaje mi drewno, więc zaczynam dalej wycinać. Płomienie odbijają się od kamienia niemalże jak słońce, które mogło odbijać się na rybich łuskach ryby, którą wyciągnął kiedyś Vick.

- Co się stało z Twoją rodziną? – pytam.

- Nic, mam nadzieję – odpowiada – Społeczeństwo zreklasyfikowało mnie od razu, to jasne. Nie byłem niczyim rodzicem. Moja rodzina powinna być cała i zdrowa – w jego głosie słyszę niepewność.

- Jestem pewny, że tak właśnie jest – mówię by dodać mu otuchy.

Vick spogląda na mnie – Naprawdę tak myślisz?

- To, że Społeczeństwo pozbywa się Aberracji i Anomalii to jedno. Jeśli mieliby pozbywać się wszystkich, którzy są związani z nimi, nikt by nie został – bardzo chciałbym, żeby właśnie tak było, wtedy wiedziałbym, że Patrick i Aida mają się dobrze.

Vick przytakuje, oddychając głęboko – Chcesz wiedzieć, co ja myślałem?

- Co takiego? – dopytuję.

- Będziesz się śmiał – wyznaje Vick – Kiedy po raz pierwszy mówiłeś wiersz, nie tylko zastanawiałem się czy należysz do Powstania. Miałem nadzieję, że mnie stąd wydostaniesz. Byłbyś moim osobistym Pilotem.

- Skąd Ci to przyszło do głowy?

- Mój ojciec był wysoko postawiony w Armii – tłumaczy Vick – Bardzo wysoko. Byłem niemalże przekonany, że wysłał kogoś, kto miałby mnie uratować. Myślałem, że to Ty.

- Przykro mi, że Cię rozczarowałem – odpowiadam, a słysząc swój własny głos czuję chłód.

- Nie rozczarowałeś – od razu odpowiada – Wydostałeś nas stamtąd, czyż nie?

Wbrew samemu sobie czuję satysfakcję, kiedy Vick to mówi. Uśmiecham się w ciemności.

- Jak myślisz co się z nią stało? – pytam po chwili.

- Myślę, że jej rodzina uciekła – odpowiada – Anomalie i Aberracje, z którymi miałem doczynienia znikali bez śladu, ale nie wydaje mi się, żeby Społeczeństwo stało za tym wszystkim. Może jej rodzina odeszła by odnaleźć Pilota.

- Myślisz, że im się udało? – teraz żałuję, że tak wiele razy wątpiłem w istnienie Pilota.

- Taką mam nadzieję – mówi Vick. Jego głos jest pełen namiętności teraz gdy znam już całą historię.

Oddaje mu skończony napis. Przygląda mu się przez jakiś czas, a potem chowa do kieszeni.

- Więc – odzywa się Vick – Teraz zastanówmy się jak się stąd wydostać i znaleźć kogoś kto może nam pomóc. Będę szedł Twoim śladem jeszcze przez jakiś czas.

- Nie mów tak, proszę. Ja nie jestem dowodzącym. Wszystko robimy razem – spoglądam w gwiazdy. Nie jestem wstanie wytłumaczyć skąd ich blask.

Mój ojciec chciał być osobą, która jest w stanie wszystko zmienić i wszystkim pomóc. To było niebezpieczne. Wszyscy jednak mu wierzyli. Osadnicy. Moja mama. Ja. Kiedy dorosłem zrozumiałem, że nigdy  nie mógł osiągnąć tego, co chciał. Wtedy przestałem w niego wierzyć. Nie zginąłem tylko dlatego, że przestałem chodzić na spotkania, które prowadził.

- W porządku – zgadza się Vick – Mimo to, dzięki, że udało Ci się nas wyprowadzić tak daleko.

- Ja też Ci za to dziękuję – odpowiadam.

Vick przytakuje. Zanim zasypia, bierze swój kamień i nacina swój but. Kolejny dzień przeżyty bez niej.