- Nie wyglądasz dobrze – stwierdza Indie – Może powinnyśmy zwolnić tempo?

- Nie – odpowiadam – Nie możemy. Jeśli teraz się zatrzymam, nie ruszę ani kroku dalej.

- Nikomu nic dobrego nie przyjdzie, jeśli umrzesz po drodze – mówi gniewnym głosem.

Śmieję się – Nie umrę. Mimo, że jestem wycieńczona, mam spłycony oddech i czuję ból w każdym mięśniu mojego ciała, myśl o śmierci wydaje się zabawna. Nie mogę umrzeć teraz, kiedy być może z każdym swoim krokiem jestem bliżej Ky’a. A poza tym, mam przecież niebieskie tabletki. Uśmiecham się na myśl, co jeszcze jest zapisane na skrawkach papieru, w który są zapakowane.

Idąc, cały czas szukam jakiegoś znaku obecności Ky’a. Mimo, że nie umieram, faktycznie jestem bardziej chora niż na początku myślałam. We wszystkim widzę wiadomości od Ky’a. We wzorze jaki ułożył się na błocie pod moimi stopami doszukuję się liter. Kucam i przyglądam się im dokładnie. – Na co to wygląda według Ciebie? – pytam Indie.

- Błoto – odpowiada rzeczowo.

- Nie – mówię – Przyjrzyj się dokładnie.

- To jakieś łuski albo skóra – odpowiada, a ja zastanawiam się nad jej słowami w ciszy i skupieniu. Skóra lub łuski. Może cały ten Kanion jest wężem, obok którego chodzimy, a gdy dojdziemy do jego końca znajdziemy jego ogon. Może znajdziemy paszczę, która połknie nas w całości.

 

W końcu dostrzegam prawdziwy znak, kiedy niebo nad Kanionem przemienia się z błękitnego na niebieskawo-różowe, a powietrze zaczyna pachnieć inaczej.

To moje imię: Cassia, wyryte w młodym drzewie, które rośnie dzielnie na brzegu strumienia.

Te drzewa nie mają długiego życia, ich korzenie rosną płytko by choć raz na jakiś czas pobrać odrobinę wody ze strumienia. Wyrył moje imię w pniu z taką ostrożnością, że wydaje się niemalże naturalną częścią drzewa.

- Widzisz to? – niedowierzając pytam Indie.

Po chwili odpowiada – Tak.

Wiedziałam.

Nieopodal dostrzegam małą osadę i mały sad z drzewami, na których wiszą złote owoce. Widok jabłek na gałęziach sprawia, że mam ochotę zabrać je wszystkie ze sobą i zanieść Ky’owi jako dowód, że szłam za nim cały czas. Muszę dać mu coś więcej niż tylko wiersz, nie będę miała czasu, żeby go skończyć, żeby wybrać odpowiednie słowa.

Kiedy spoglądam na ziemię obok drzewa z wyrytym imieniem dostrzegam ślady stóp kierujące się dalej w kanion. Wcześniej ich nie zauważyłam, zatarły się nieco wśród śladów innych stworzeń, które przychodziły do strumienia pić. Pomiędzy śladami pazurów i kopyt widać odciski butów.

Indie wspina się przez płot by dostać się do sadu.

- Chodź – wołam ją do siebie – Nie mamy powodu, żeby się tu zatrzymać. Możemy teraz zobaczyć, którędy poszli. Mamy wodę i tabletki.

- Te tabletki nam nie pomogą – odpowiada Indie, urywając jabłko z gałęzi i smakując je z rozkoszą – Powinnyśmy przynajmniej zabrać je.

- Tabletki pomagają – mówię zdecydowanie – Wzięłam jedną

Indie przestaje przeżuwać – Wzięłaś jedną? Dlaczego?

- Oczywiście, że wzięłam – tłumaczę – Są tak samo zdrowe jak pożywienie jeśli musisz przetrwać

Indie pospiesznie wraca do mnie i podaje mi jabłko – Zjedz to. Teraz. – w zdenerwowaniu kręci głową – Kiedy wzięłaś tę tabletkę?

- W poprzednim kanionie – odpowiadam nieco zaskoczona jej zatroskaniem.

- To dlatego się tak rozchorowałaś – wyjaśnia – Naprawdę nic nie wiesz, prawda?

- Nie wiem czego?

- Niebieskie tabletki to trucizna – mówi zdecydowanie.

- Co Ty opowiadasz? Oczywiście, że to nie trucizna – odpowiadam. To niemożliwe. Xander nigdy nie dałby mi żadnej trucizny.

Indie zaciska usta. – Te tabletki są zatrute – powtarza – Nie bierz już żadnej. Otwiera mój plecak i wrzuca do niego kilka jabłek – Skąd niby wiesz, którędy powinnyśmy teraz iść?

- Po prostu wiem – odpowiadam, wskazując na ślady – Ślady wszystko pokazują.

Indie przygląda mi się uważnie. Sama nie jest pewna, czy może mi zaufać. Jest przekonana, że jestem chora po zażyciu tabletki, myśli, że tracę rozum.

Sama jednak widziała moje imię na drzewie i wie, że to nie ja je wycięłam.

- I tak wydaje mi się, że powinnyśmy odpocząć – po raz kolejny, próbuje mnie przekonać.

- Nie mogę – odpowiadam i wiem, że ona to rozumie.

Słyszę je nie długo po tym, jak opuszczamy osadę. Dźwięk kroków za nami. Idziemy wzdłuż strumienia i zatrzymuję się.

- Ktoś tu jest – mówię odwracając się do Indie – Ktoś za nami idzie.

Indie przygląda mi się ostrożnie – Sądzę, że słyszysz rzeczy, których nie ma. Tak samo, jak widziałaś rzeczy, które nie istnieją.

- Nie – zaprzeczam – Słuchaj.

Obie się zatrzymujemy, wsłuchując w kanion. Ogarnia nas cisza przecinania szumem liści poruszanych przez wiatr. Wiatr ucicha i liście przestają szeleścić ale ja dalej coś słyszę. Kroki na piasku? Ręka szurająca po skale dla utrzymania równowagi? Coś. – Teraz – odzywam się do Indie – Musiałaś to słyszeć.

- Niczego nie słyszę – mówi  ponownie, tym razem bardzo spokojnie – Nie jesteś sobą. Może powinnyśmy odpocząć przez chwilę?

Odpowiadam jej ruszając dalej. Nasłuchuję tego, kto idzie za nami ale teraz słyszę tylko liście wirujące na wietrze.

 

Maszerujemy do zmroku, potem używamy latarek, by móc iść dalej. Indie miała rację, już nie czuję, że ktoś idzie za nami. Słyszę jedynie swój własny oddech, czuję swoje ciało, słabość w każdej jego komórce, ruch każdego mięśnia, każdy krok, który robią moje zmęczone stopy. Nie pozwolę by cokolwiek zatrzymało mnie teraz, kiedy jestem tak blisko Ky’a. Wezmę kolejne tabletki. Nie sądzę by Indie miała rację co do nich.

Kiedy nie patrzy otwieram koleją saszetkę, ale moje ręce zbyt mocno się trzęsą. Tabletka upada na ziemię razem z papierkiem, w który była owinięta. Wtedy sobie przypominam. Notatki Xandera. Chciałam je wszystkie odczytać.

Papierek zostaje porwany przez wiatr i wydaje się być już zbyt daleko by próbować go złapać lub szukać pod granatowym, ciemnym niebem.