Budzi mnie głośny dźwięk.

Od kiedy organizują ostrzał tak wcześnie rano? Myślę, wyrwany ze snu.  Na zewnątrz jest jaśniej i później niż mogłoby się wydawać. Musiałem być zmęczony.

- Eli! – wołam.

- Jestem tutaj.

- A gdzie Vick?

- Chciał powędkować kilka godzin przed dalszą podróżą – wyjaśnia Eli – Kazał mi zostać z Tobą i pozwolić Ci spać.

- Nie, nie, nie. – buntuję się, a sekundę później żaden z nas nie mówi nic więcej, ze względu na ogłuszający hałas statków powietrznych tuż nad nami. Dźwięki strzałów brzmią nieco inaczej. Są ciężkie i dudniące. Dokładnie. To nie brzmi jak deszcz kul, do którego przywykliśmy. To przypomina grad ciężkich kul armatnich spadających z nieba.

Kiedy ostrzał cichnie, nie czekam, chociaż powinienem. – Zostań tu – mówię do Eli’ego i wybiegam na równinę, czołgając się w trawie, kierując się w stronę tego przeklętego strumienia.

Eli nie słucha i rusza za mną, a ja mu na to pozwalam. Doczołguję się do brzegu i nie jestem w stanie podnieść wzroku. Wierzę, w to, co widzę. Jeśli więc nie widzę Vicka nieżywego, on nadal żyje.

Zamiast tego spoglądam na strumień, w miejsce, gdzie coś wybuchło. Brązowe i zielone wodorosty, częściowo schowane pod ziemią wyglądają jak poplątane włosy z ciała wciągniętego pod powierzchnię.

Siła eksplozji była tak duża, że rzuciła kawałki ziemi prosto do strumienia, niszcząc go. Zmienił się w małe stawy, kawałki rzeki, która nie ma gdzie płynąć.

Schodzę kilka kroków niżej, wystarczająco by zobaczyć, że takie leje po wybuchach ciągną się na całej długości rzeki.

Słyszę łkanie Eli’ego.

Wtedy oglądam się i widzę Vicka.

 

- Ky – drżącym głosem odzywa się Eli – Możesz mu pomóc?

- Nie – odpowiadam.

Cokolwiek uderzyło z taką siłą w ziemię, sprawiło, że Vick uniósł się w powietrze, jego kark był skręcony. Musiał umrzeć od razu. Wiem, tak było dla niego lepiej. Ale jakoś nie mogę sobie tego przetłumaczyć. Patrzę w jego puste oczy, w których odbija się błękit nieba. Nie ma w nich już Vicka.

Co go tutaj przyciągnęło? Dlaczego nie stanął gdzieś w ukryciu, zamiast w tym otwartym ze wszystkich stron miejscu?

Odpowiedź widzę w bajorku tuż obok niego, uwięzioną w zatrzymanej wodzie. Od razu wiem jaki to rodzaj ryby, mimo, że nie widziałem jej nigdy na własne oczy.

Tęcza. Jej kolory odbijają się od światła kiedy niespokojnie porusza się w kałuży.

Czy Vick zdążył ją zobaczyć? Czy to z jej powodu wyszedł na otwarte pole?

Woda w strumieniu robi się coraz ciemniejsza. Coś przypominającego ogromną zaokrągloną włócznię ostało się na dnie. Kiedy zaczynam przyglądać się temu bliżej widzę, że z włóczni wydobywa się powoli smuga toksyn.

Oni nie chcieli zabić Vicka. Ich zamiarem było zatrucie strumienia.

Na moich oczach łosoś tęczowy przechyla się na bok, potem brzuchem do góry. Powoli wypływa na powierzchnię.

Jest martwy,  tak samo jak Vick.

Chce mi się płakać i śmiać w tym samym czasie.

- On coś trzyma w ręce – Eli skupia moją uwagę. Spoglądam więc na Vicka. W jego ręce dostrzegam kawałek drewna z wyrytym imieniem Laney. Eli pochyla się nad nim i przez chwilę trzyma go za rękę. Potem bierze jego ręce i krzyżuje je na piersi.  – Zrób coś – krzyczy do mnie, a z jego oczy płyną już strumienie łez.

Odwracam się i zaczynam rozdzierać swoją kurtkę.

- Co Ty wyprawiasz?  – pyta zaskoczony Eli –Nie możemy go tak zostawić!

Nie mam czasu, żeby mu odpowiedzieć. Rzucam kurtkę na ziemię zanurzam ręce w najbliższym zbiorniku z wodą – to akurat ten, w którym jest martwa ryba. Zimno wody przeszywa mnie na wylot. Płynąca woda rzadko kiedy zamarza, ale ta już nigdzie nie płynie. Używając obu rąk wyciągam włócznię z wody. Jest ciężka ale udaje mi się przerzucić ją na kamienny brzeg. Zaczynam szukać kolejnej. Nie jestem w stanie wyrównać grud ziemi powstałych po eksplozji, które blokują bieg rzeki ale mogę usunąć truciznę z niektórych miejsc. Mam świadomość, że jest to bezsensowne jak wszystko, co do tej pory robiłem. Tak jak próba powrotu do Cassi, do Społeczeństwa, które próbuje mnie zabić.

Nie jestem w stanie przestać.

Eli podchodzi do mnie i zaczyna robić to samo co ja.

- To zbyt niebezpieczne – mówię – Schować się między drzewami.

Nie odpowiada, zamiast tego pomaga mi wyciągnąć kolejną włócznię. Przypominam sobie jak Vick pomagał mi z martwymi ciałami, więc pozwalam Eli’emu zostać.

 

Przez cały dzień słyszę głos Vicka. Wiem, że to znaczy, że oszalałem ale nie mogę nic na to poradzić.

Słyszę go kiedy razem z Elim wyciągamy włócznie ze strumienia. W kółko opowiada mi o Laney. W myślach widzę to, o czym mówi – jego zakochującego się w Anomalii. Mówiącego, co czuje. Widzącego tęczę i idącego porozmawiać z jej rodzicami. Stojącego przed nią i świętującego Kontrakt. Uśmiechającego się kiedy sięga po jej rękę i ślubuje miłość, bez względu na to, co sądzi o tym Społeczeństwo. Wracającego by dowiedzieć się, że zniknęła.

- Przestań – odzywam się do niego. Ignoruję zdziwioną minę Eli’ego. Zmieniam się we własnego ojca. On zawsze słyszał głosy w swojej głowie, mówiące mu, by rozmawiał z ludźmi, by próbował zmienić świat.

Kiedy usunęliśmy tyle włóczni ile tylko mogliśmy, razem z Eli’m wykopaliśmy grób dla Vicka. Ziemia była bardzo twarda i moje mięśnie drżały z wyczerpania mimo, że grób nie był na tyle głęboki na ile chciałbym. Eli ciężko kopał tuż obok mnie, swoimi małymi dłońmi wyciągając ziemię.

Kiedy skończyliśmy, ułożyliśmy Vicka w środku.

Kiedy Vick wybierał się na ryby zabrał ze sobą plecak, żeby przynieść w nim swoje łowy. W środku znalazłem jedną rybę i włożyłem cały plecak do grobu. Zostawiliśmy Vicka ubranego w jego płaszcz. W miejscu, z którego wycięliśmy dyski rejestrujące zostało nacięcie, któro wyglądało jak rana. Jeśli Społeczeństwo kiedyś go znajdzie i wykopie nie będą wiedzieli o nim niczego. Nawet nacięcia na jego butach znaczą coś, czego oni nie zrozumieją.

Dalej słyszę jego głos kiedy z piaskowca rzeźbię figurę w kształcie łososia, by pozostawić go na jego grobie. Tęcza bez kolorów. Nie jest podobna do ryby, którą widział Vick. Niestety nie jestem w stanie zrobić niczego więcej. Chcę by ta ryba symbolizowała nie tylko jego śmierć ale też to, że kogoś kochał i ten ktoś odwzajemniał to uczucie.

Oni mnie nie zabili – odzywa się w mojej głowie Vick.

- Nie? – pytam na tyle cicho by Eli mnie nie usłyszał.

Nie – odpowiada z uśmiechem – Nie umarłem do póki w strumieniu są ryby, dopóki pływają i rodzą się kolejne.

- Nie widzisz co tu się stało? – zadaję pytanie – Próbowaliśmy. Naprawdę, ale one już umierają.

Wtedy przestałem go słyszeć. Od tego momentu wiem, że odszedł naprawdę i żałuję, że nie mogę z nim więcej porozmawiać. Teraz rozumiem też, że dopóki mój ojciec słyszał głosy w swojej głowie nie był sam.