Mój oddech nie brzmi zbyt dobrze. Jakby małe fale rozbijały się i skały i wydawały trzeszczące, zmęczone dźwięki.

- Mów coś do mnie – proszę Indie. Zauważam, że niesie dwa plecaki i dwie menaszki. Jak do tego doszło? To moje? Jestem zbyt zmęczona by się tym przejąć.

- Co chcesz, żebym Ci powiedziała? – pyta.

- Cokolwiek – odpowiadam. Muszę słyszeć coś poza moim własnym oddechem, poza zmęczonym biciem serca.

Chwilę przed tym jak słowa wypowiadane przez Indie giną w mojej głowie, zdaję sobie sprawę, że ona opowiada mi różne rzeczy. Wiele różnych rzeczy – że nie może przestać do mnie mówić bo wydaje jej się, że odpływam z rzeczywistości. Chciałabym móc przywiązać większą uwagę do jej słów, żebym mogła je zapamiętać. Udaje mi się wyłapać tylko kilka zdań:

 

Co wieczór, zanim się położę…

I

Wydaje mi się, że wszystko będzie inaczej…

I

Nie wiem jak długo jeszcze mogę w to wierzyć…

 

Brzmi to wszystko jak wiersz i zastanawiam się po raz kolejny czy będę kiedykolwiek w stanie dokończyć wiersz dla Ky’a. Jeśli będę umiała dobrać odpowiednie słowa kiedy w końcu go zobaczę. Jeśli on i ja będziemy kiedyś więcej czasu niż tylko na zaczynanie.

Chcę poprosić Indie o kolejną niebieską tabletkę z mojego plecaka, lecz zanim się odzywam przypominam sobie jak Dziadek mówił mi, że jestem wystarczająco silna by nie musieć brać tabletek.

Ale, Dziadku – myślę. Nie rozumiałam Cię tak dobrze jak mi się wydawało. Wiersze. Myślałam, że wiem jakie miałeś zamiary. W co chciałeś, żebym uwierzyła?

Pamiętam słowa, które wypowiedział Dziadek, kiedy po raz ostatni wzięłam od niego papierowy zwitek. – Cassia – wyszeptał – Daję Ci coś, co na razie być może wyda Ci się pozbawione większego sensu. Ale myślę, że któregoś dnia zrozumiesz. Ty bardziej niż pozostali.

Dopada mnie myśl, którą kiedyś już prawie uchwyciłam. Dopiero teraz pozwalam sobie na jej pełne sformułowanie. Dziadku, czy Ty byłeś kiedyś Pilotem?

Po chwili nachodzi mnie kolejna myśl, szybka i jasna, nie jestem w stanie wyłapać jej do końca i pozostawia mnie przez sekundę w zadumie.

Nie potrzebuję ich więcej – mówię sama do siebie. Ani tabletek, ani Społeczeństwa. Nie wiem czy to możliwe ale wydaje mi się, że tak powinno być. Nie powinnam na nich polegać.

Wtedy go dostrzegam. Kompas wykonany z kamienia, leżący dokładnie na wysokości oczu.

Podnoszę go jednocześnie upuszczając wszystko inne.

Trzymam go w rękach gdy maszerujemy dalej, mimo, że waży dużo więcej niż większość moich rzeczy. Myślę, że to dobrze, że jest taki ciężki. Myślę, że to dobrze, ponieważ dzięki temu będzie mnie trzymać na tej ziemi.