- Nasz wiersz – szepcze Cassia – Wyrecytujesz go dla mnie?

Przysuwam twarz do jej ucha. Moje usta dotykają jej szyji. Jej włosy pachną szałwią. Zapach jej skóry przypomina mi dom.

Nie jestem w stanie wypowiedzieć ani słowa.

 

To ona pierwsza przypomina nam, że nie jesteśmy tutaj sami. – Ky – szepcze.

Odsuwamy się od siebie nieznacznie. W świetle zachodzącego słońca dostrzegam jak poplątane są jej włosy, jak opalone jest jej ciało. Jej uroda zawsze mnie zachwycała. – Cassia – mówię ochrypłym głosem, kiedy odchrząkam dodaję – To jest Eli.

Kiedy spogląda na niego jej twarz nieco bardziej się rozjaśnia. Wiem, że miałem rację mówiąc o jego podobieństwie do Brama.

- To jest Indie – odzywa się Cassia, wskazując dziewczynę, która przybyła za nią. Indie skrzyżowała ramiona na piersi. Zapada cisza. Spoglądamy na siebie z Elim. Wiem, że obydwaj w tym momencie myślimy o Vicku. W tym momencie powinniśmy przestawiać go dziewczynom, ale jego już nie ma.

Jeszcze wczoraj Vick żył. Jeszcze tego samego ranka stał nad strumieniem, oglądając pstrągi. Myślał o swojej Laney.

Potem już go nie było.

Wskazuję na Eliego, który stoi nienaturalnie wyprostowany. – Jeszcze dziś rano było nas trzech – mówię.

- Co się stało? – pyta Cassia. Jej dłoń mocniej ściska moją, a ja odwzajemniam się delikatnie głaszcząc jej dłonie, starając się być delikatnym, wyczuwając pod palcami rany i strupy. Przez co musiała przejść by dotrzeć do mnie?

- Ktoś się pojawił – tłumaczę – Zabili naszego przyjaciela Vicka. Zabili też rzekę.

Nagle zdaję sobie sprawę, jak doskonale widoczni jesteśmy z góry. Stoimy na środku polany, narażeni na wzrok każdego, kto chciałby nas obserwować.

- Przejdźmy do Kanionu – proponuję. Na zachodzie, za górami słońce chowa się już za horyzont. Kończy się dzień smutku i radości. Vick umarł. Cassia jest tu.

- Jak Ci się to udało? – pytam, przyciągając ją jeszcze bliżej siebie, kiedy chowamy się między ściany kanionu. Odwraca się do mnie by odpowiedzieć, czuję jej oddech na moim policzku. Zbliżamy się by pocałować się raz jeszcze, nasze ręce i usta delikatnie choć zachłannie przypominają sobie nas nawzajem. Szepczę znów – Jak udało Ci się nas znaleźć?

- Kompas – odpowiada i kładzie coś na mojej dłoni. Ku mojemu zdziwieniu to kompas, który zrobiłem z kamienia.

- Gdzie teraz idziemy? – niepewnym głosem pyta Eli, kiedy docieramy do miejsca, gdzie obozowaliśmy z Vickiem. W powietrzu dalej unosi się zapach dymu. Światło latarek odbija się od srebrnych łusek śniętych ryb. – Dalej chcecie przejść przez równinę?

- Teraz na pewno tego nie zrobimy – odzywa się Indie – Przynajmniej nie przez następny dzień lub dwa. Cassia była chora.

- Ale już wszystko w porządku – oświadczyła zdecydowanie Cassia.

Sięgam do plecaka po krzemień, by rozpalić małe ognisko – Myślę, że powinniśmy zostać na noc tutaj – odpowiadam Eliemu – Rano pomyślimy co zrobić dalej – Eli przytakuje i od razu zaczyna zbierać gałęzie potrzebne do rozpalenia ogniska.

- Jest taki młody – szepcze Cassia – Czy to Społeczeństwo go tutaj wysłało?

- Tak – odpowiadam. Spróbowałem zakrzesać ogień. Nic z tego.

Cassia kładzie swoje dłonie delikatnie na moich. Przy następnej próbie pojawia się iska, która znika, a Cassia wstrzymuje oddech.

 

Eli przynosi solidne naręcze grubszych i cieńszych gałęzi. Kiedy dorzuca je do ognia, zaczynają trzeszczeć i w powietrzu unosi się ostry i wilgotny zapach drewna.

Cassia i ja siadamy najbliżej siebie jak tylko się da. Pochyla się nieco, tak, abym mógł cały czas trzymają ją w objęciach. Nie próbuję nawet wmawiać sobie, że to dzięki mnie jeszcze się trzyma – ona robi to sama – ale przytulanie jej powstrzymuje mnie przed rozpadnięciem się na kawałki.

- Dziękuję – Cassia odzywa się do Eliego. Po barwie jej głosu wiem, że uśmiecha się do niego, a od blado odpowiada na ten uśmiech.

Siedzi w miejscu, w którym wczoraj siedział Vick. Indie przesuwa się by dać mu więcej miejsca i pochyla się by przyjrzeć się tańczącym płomieniom ogniska. Spogląda na mnie i widzę przebłysk czegoś w jej oczach.

Zmieniam pozycję tak, by zasłonić nas swoimi plecami, latarkę kieruję tak by oświetlała dłonie Cassi. – Co się stało? – pytam.

Cassia spuszcza wzrok.  – Rozcięłam je trzymając linę – odpowiada – Wspinałyśmy się do innego kanionu szukając Ciebie, zanim tu wróciłyśmy. – Spogląda na pozostałą dwójkę i uśmiech się do nich, potem przytula się do mnie mocniej. – Ky – szepcze – Znów jesteśmy razem.

Zawsze uwielbiałem sposób w jaki wymawia moje imię. – Sam nie mogę w to uwierzyć.

- Musiałam Cię odnaleźć – wyznaje po chwili Cassia. Obejmuje mnie mocniej, a ja czuję jej place na swoich plecach. Robię to samo. Jest taka drobna i delikatna. I silna. Nikt inny nie mógł dokonać tego, co zrobiła ona. Przyciągam ją do siebie jeszcze bliżej. Przypominam sobie jak się czułem dotykając jej na Wzgórzu. Teraz czuję to wszystko jeszcze mocniej.

- Muszę Ci coś powiedzieć – Cassia szepcze mi do ucha.

- Słucham – zachęcam ją.

Cassia bierze głęboki wdech. – Nie mam juz kompasu. Tego, który dałeś mi w Orii. – mówi to jednym tchem, a jej glos drży. – Oddalam go na wymianę z Archiwista.

- W porządku – zapewniam ja, zupełnie szczerze. Najważniejsze, ze ona tutaj jest. Jeśli kompas miał być ceną za to, że jestem teraz tutaj z nią, to naprawdę niewielka cena. Nie dałem jej go na przechowanie. Podarowałem go jej na pamiątkę. Mimo, to jestem ciekaw. – Co dostałaś w zamian?

- Nie to, czego sie spodziewałam – odpowiada – Chciałam uzyskać informacje, gdzie zabierane są Abberacje i jak można się tam dostać.

- Cassio – zaczynam, lecz urywam zdanie. To, co zrobiła było bardzo niebezpieczne. Ona doskonale o tym wie. Nie potrzebuje bym jej to powtórzył.

- Zamiast tego Archiwista dal mi opowiadanie – Cassia mówi dalej – Na początku myślałam, że mnie oszukał i byłam bardzo zła – tylko dzięki niebieskim tabletkom udało mi się przetrwać.

- Czekaj – zatrzymuję ją – Dzięki niebieskim tabletkom?

- Dostałam je od Xandera – odpowiada – Zachowałam je bo wiedziałam, że będziemy ich potrzebować, żeby przeżyć w Kanionie. – spogląda na mnie i widocznie źle interpretuje wyraz mojej twarzy bo zaczyna się tłumaczyć – Przepraszam, musiałam szybko podjąć decyzje.

- Nie o to chodzi – przerywam jej łapiąc za ramię – Niebieskie tabletki to trucizna. Wzięłaś jakieś?

- Tylko jedną – przyznaje – Nie wydaje mi sie żeby były zatrute.

- Próbowałam jej to powiedzieć – wtrąca się Indie – Nie było mnie przy mnie kiedy ją wzięła.

Oddycham głęboko. – Jak udało Ci sie iść dalej? – pytam Cassie – Jadłaś cos potem? – w odpowiedzi kiwa głową. Wyciągam kawałek chleba ze swojej torby – Masz, zjedz to teraz – nakazuję jej. Eli sięga do swojej torby i też wyciąga kawałek pieczywa.

Cassia przyjmuje obydwa kawałki – Skąd wiesz, że te tabletki są trucizna? – dopytuje, a w jej głosie dalej słychać powątpiewanie.

- Vick mi powiedział – odpowiadam, starając się nie panikować – Społeczeństwo powtarzało nam, że jeśli wydarzy się jakaś tragedia, niebieska tabletka nad od niej wybawi. To nie prawda. Ona Cię zatrzyma. A potem, jeśli po Ciebie nie przyjdą, umrzesz.

- Dalej nie chce mi się w to wierzyć – Cassia przerywa delikatnie – Xander nie dałby mi czegoś, co mogłoby mi zaszkodzić.

- Widocznie sam o tym nie wiedział – odpowiadam – A może chciał byś użyła ich na wymianę, a nie je brała.

- Jeśli tabletka miała zadziałać, to już by zadziałała – Indie zwróciła się do Cassi – Musiałaś w jakiś sposób rozchodzić paraliż, który miała spowodować. Nigdy nie słyszałam, żeby komuś się to udało. Ty nie zatrzymywałaś się aż nie znaleźliśmy Ky’a.

Wszyscy przyglądają się Cassi. O czymś intensywnie myśli. Analizuje wszystkie informacje. Szuka faktów, które wyjaśniłyby co się stało. Ja znam jedyne wyjaśnienie, jakie jest możliwe: Cassia jest silniejsza niż ktokolwiek w Społeczeństwie mógł to przewidzieć.

- Wzięłam tylko jedną – odzywa się niemal szeptem po chwili – Upuściłam resztę. Razem z papierem, w które były owinięte.

- Jakim papierem? – dopytuję.

Cassia spogląda w górę jakby próbowała przypomnieć sobie, co to był za papier – Xander pozawijał tabletki w kawałki zapisanego papieru. To skrawki wydruków z jego mikrokarty.

- Jak to możliwe? – chcę wiedzieć jak najwięcej. Indie pochyla się by lepiej słyszeć.

- Nie mam pojęcia jak mu się to udało – ukraść tabletki i jeszcze dołączyć do nich jakąkolwiek wiadomość, ale w jakiś sposób tego dokonał.

Xander. Próbuję wyrzucić jego obraz z mojej głowy. On zawsze jest obecny w życiu Cassi. Nawet teraz nie opuściła go do końca. Jest jej najlepszym przyjacielem. Dalej jest jej Dobranym. Lecz popełnił błąd, dając jej tabletki, które mogły ją zabić.

- Oddasz mi je? – Cassia zwraca się do Indie – Nie tabletki. Tylko skrawki papieru.

Przez ułamek sekundy widzę nieokreślony błysk w oku Indie. Jakby chęć walki. Nie wiem, czy chce zachować te notatki dla siebie czy może chodzi o to, że nie lubi jak każe się jej coś zrobić. Po kilku sekundach sięga do swojego plecaka i wyciąga pakunek – Proszę – mówi podając go Cassi – I tak tego nie potrzebuję.

- Możesz mi powiedzieć, co jest na nich zapisane? – staram się by w  moim głosie nie było czuć zazdrości, ale jedno spojrzenie Indie mówi mi, że nie udało mi się tego dokonać.

- Tylko takie rzeczy jak jego ulubiony kolor albo ulubiony sport – Cassia odpowiada spokojnie. Jestem pewny, że i ona usłyszała w moim głosie to, co tak bardzo starałem się ukryć. – Wydaje mi się, że musiał wiedzieć, że nigdy nie przeglądałam jego mikrokarty.

W ułamku sekundy, ot tak po prostu wszystkie moje obawy zniknęły, a zastąpiło je poczucie winy. Ona poświęciła wszystko, by być ze mną.

- Ten chłopak w poprzednim kanionie – odzywa się Indie – Kiedy powiedziałaś, że czekał zbyt długo, myślałam, że masz na myślisz to, że czekał zbyt długo by się zabić.

Cassia zakrywa usta dłonią – Oh nie – odzywa się po chwili. – Miałam na myśli to, że zwlekał zbyt długo z wzięciem tabletki i że nie zdążyła zadziałać, by go uratować – jej głos zmienia się w szept  – Już sama nic nie wiem – z przerażeniem spogląda na Indie – Myślisz, że on wiedział jak działają niebieskie tabletki? Myślisz, że on chciał umrzeć?

- Jaki chłopak? – pytam Cassie. Tak wiele się wydarzyło od momentu naszego rozstania.

- Chłopak, który uciekł z nami do Kanionu – Cassia odpowiada na moje pytanie – To on pokazał nam, gdzie Wy poszliście.

- Skąd mógł to wiedzieć? – dopytuję.

- Był jednym z tych, których zostawiliście – Indie odpowiada zamiast Cassi ostrym tonem. Odsuwa się od ogniska. Jego płomienie ledwo oświetlają jej twarz. Wskazuje na otaczający nas Kanion – To jest jeden z obrazów, prawda? – zadaje pytanie – Numer dziewiętnasty, prawda?

Zajmuje mi chwilę by zrozumieć, co ma na myśli. – Nie – odpowiadam – Krajobraz wygląda podobnie, ale kanion na obrazie jest jeszcze większy niż ten tutaj. Kraina z obrazu znajduje się jeszcze dalej na południe. Nigdy jej nie widziałem ale mój ojciec znał ludzi, którzy tam byli.

Czekam na kolejne pytania, ale żadno nie pada.

- Ten chłopak – odzywa się znów Cassia.

Indie układa się do spoczynku – Musimy o nim zapomnieć – nakazuje Cassi – Jego już nie ma.

 

- Jak się czujesz? – szepczę do Cassi. Siedzę oparty plecami o ścianę. Jej głowa leży na moim ramieniu. Nie mogę spać. To, co Indie powiedziała na temat tego, dlaczego Cassia przeżyła zażycie tabletki może być prawdą, Cassia jest bardzo silna, ale mimo to muszę ją obserwować przez noc by mieć pewność, że wszystko jest już w porządku.

Eli kręci się niespokojnie podczas snu. Indie leży nieruchomo. Nie jestem pewien czy śpi czy też może nasłuchuje dlatego mówię szeptem. Cassia nie odpowiada.

- Cassia?

- Chciałam Cię odnaleźć – odzywa się miękko – Kiedy wymieniłam kompas, zrobiłam to po to, by dotrzeć do Ciebie.

- Wiem – odpowiadam – I udało Ci się, nawet jeśli Cię oszukali.

- Nie oszukali – zaprzecza – W każdym razie nie do końca. Dali mi opowieść, która jest czymś więcej niż tylko opowieścią.

- Jaka to opowieść – pytam.

- To brzmiało podobnie jak Twoja opowieść o Syzyfie – tłumaczy – Ale jego nazwali Pilotem, a historia była o rewolucji – Cassia wtula się we mnie bardziej – Nie jesteśmy jedynymi. Gdzieś tam istnieje coś, co określane jest mianem Powstania. Słyszałeś kiedyś o tym?

- Tak – odpowiadam, choć nie mówię nic więcej. Nie chcę rozmawiać o Powstaniu. Ton, jakim powiedziała, że nie jesteśmy jedynymi, brzmiał jakby to było coś dobrego. W tym momencie ja chcę wierzyć, że jesteśmy jedyni. W tym obozie. W Kanionie. Na świecie.

Przykładam dłoń do jej twarzy gładząc ją delikatnie wzdłuż linii podbródka. – Nie martw się kompasem. Ja też nie mam już tego kawałka zielonego jedwabiu.

- Zabrali Ci go?

- Nie – odpowiadam zgodnie z prawdą – On został na Wzgórzu.

- Zostawiłeś go tam? – pyta wyraźnie zaskoczona.

- Przywiązałem go do gałęzi jednego z drzew – wyjaśniam – Nie chciałem by miał go ktokolwiek inny.

- Wzgórze – powtarza Cassia. Przez moment milczymy oboje, przypominając sobie wydarzenia z przeszłości. I wtedy ona odzywa się pierwsza – Nie powiedziałeś mi wiersza.

Przytulam ją jeszcze mocniej i tym razem nie brakuje mi słów. Szeptem, choć część mnie chciałaby to wykrzyczeć zaczynam mówić  -Nie idź łagodnie…

- Nie – Cassia przytakuje i całuje mnie namiętnie.