Ola

Ten użytkownik nie wpisał jeszcze żadnych informacji o sobie.


Wpisy Ola

Rozdział XXIII KY

- Nasz wiersz – szepcze Cassia – Wyrecytujesz go dla mnie?

Przysuwam twarz do jej ucha. Moje usta dotykają jej szyji. Jej włosy pachną szałwią. Zapach jej skóry przypomina mi dom.

Nie jestem w stanie wypowiedzieć ani słowa.

 

To ona pierwsza przypomina nam, że nie jesteśmy tutaj sami. – Ky – szepcze.

Odsuwamy się od siebie nieznacznie. W świetle zachodzącego słońca dostrzegam jak poplątane są jej włosy, jak opalone jest jej ciało. Jej uroda zawsze mnie zachwycała. – Cassia – mówię ochrypłym głosem, kiedy odchrząkam dodaję – To jest Eli.

Kiedy spogląda na niego jej twarz nieco bardziej się rozjaśnia. Wiem, że miałem rację mówiąc o jego podobieństwie do Brama.

- To jest Indie – odzywa się Cassia, wskazując dziewczynę, która przybyła za nią. Indie skrzyżowała ramiona na piersi. Zapada cisza. Spoglądamy na siebie z Elim. Wiem, że obydwaj w tym momencie myślimy o Vicku. W tym momencie powinniśmy przestawiać go dziewczynom, ale jego już nie ma.

Jeszcze wczoraj Vick żył. Jeszcze tego samego ranka stał nad strumieniem, oglądając pstrągi. Myślał o swojej Laney.

Potem już go nie było.

Wskazuję na Eliego, który stoi nienaturalnie wyprostowany. – Jeszcze dziś rano było nas trzech – mówię.

- Co się stało? – pyta Cassia. Jej dłoń mocniej ściska moją, a ja odwzajemniam się delikatnie głaszcząc jej dłonie, starając się być delikatnym, wyczuwając pod palcami rany i strupy. Przez co musiała przejść by dotrzeć do mnie?

- Ktoś się pojawił – tłumaczę – Zabili naszego przyjaciela Vicka. Zabili też rzekę.

Nagle zdaję sobie sprawę, jak doskonale widoczni jesteśmy z góry. Stoimy na środku polany, narażeni na wzrok każdego, kto chciałby nas obserwować.

- Przejdźmy do Kanionu – proponuję. Na zachodzie, za górami słońce chowa się już za horyzont. Kończy się dzień smutku i radości. Vick umarł. Cassia jest tu.

- Jak Ci się to udało? – pytam, przyciągając ją jeszcze bliżej siebie, kiedy chowamy się między ściany kanionu. Odwraca się do mnie by odpowiedzieć, czuję jej oddech na moim policzku. Zbliżamy się by pocałować się raz jeszcze, nasze ręce i usta delikatnie choć zachłannie przypominają sobie nas nawzajem. Szepczę znów – Jak udało Ci się nas znaleźć?

- Kompas – odpowiada i kładzie coś na mojej dłoni. Ku mojemu zdziwieniu to kompas, który zrobiłem z kamienia.

- Gdzie teraz idziemy? – niepewnym głosem pyta Eli, kiedy docieramy do miejsca, gdzie obozowaliśmy z Vickiem. W powietrzu dalej unosi się zapach dymu. Światło latarek odbija się od srebrnych łusek śniętych ryb. – Dalej chcecie przejść przez równinę?

- Teraz na pewno tego nie zrobimy – odzywa się Indie – Przynajmniej nie przez następny dzień lub dwa. Cassia była chora.

- Ale już wszystko w porządku – oświadczyła zdecydowanie Cassia.

Sięgam do plecaka po krzemień, by rozpalić małe ognisko – Myślę, że powinniśmy zostać na noc tutaj – odpowiadam Eliemu – Rano pomyślimy co zrobić dalej – Eli przytakuje i od razu zaczyna zbierać gałęzie potrzebne do rozpalenia ogniska.

- Jest taki młody – szepcze Cassia – Czy to Społeczeństwo go tutaj wysłało?

- Tak – odpowiadam. Spróbowałem zakrzesać ogień. Nic z tego.

Cassia kładzie swoje dłonie delikatnie na moich. Przy następnej próbie pojawia się iska, która znika, a Cassia wstrzymuje oddech.

 

Eli przynosi solidne naręcze grubszych i cieńszych gałęzi. Kiedy dorzuca je do ognia, zaczynają trzeszczeć i w powietrzu unosi się ostry i wilgotny zapach drewna.

Cassia i ja siadamy najbliżej siebie jak tylko się da. Pochyla się nieco, tak, abym mógł cały czas trzymają ją w objęciach. Nie próbuję nawet wmawiać sobie, że to dzięki mnie jeszcze się trzyma – ona robi to sama – ale przytulanie jej powstrzymuje mnie przed rozpadnięciem się na kawałki.

- Dziękuję – Cassia odzywa się do Eliego. Po barwie jej głosu wiem, że uśmiecha się do niego, a od blado odpowiada na ten uśmiech.

Siedzi w miejscu, w którym wczoraj siedział Vick. Indie przesuwa się by dać mu więcej miejsca i pochyla się by przyjrzeć się tańczącym płomieniom ogniska. Spogląda na mnie i widzę przebłysk czegoś w jej oczach.

Zmieniam pozycję tak, by zasłonić nas swoimi plecami, latarkę kieruję tak by oświetlała dłonie Cassi. – Co się stało? – pytam.

Cassia spuszcza wzrok.  – Rozcięłam je trzymając linę – odpowiada – Wspinałyśmy się do innego kanionu szukając Ciebie, zanim tu wróciłyśmy. – Spogląda na pozostałą dwójkę i uśmiech się do nich, potem przytula się do mnie mocniej. – Ky – szepcze – Znów jesteśmy razem.

Zawsze uwielbiałem sposób w jaki wymawia moje imię. – Sam nie mogę w to uwierzyć.

- Musiałam Cię odnaleźć – wyznaje po chwili Cassia. Obejmuje mnie mocniej, a ja czuję jej place na swoich plecach. Robię to samo. Jest taka drobna i delikatna. I silna. Nikt inny nie mógł dokonać tego, co zrobiła ona. Przyciągam ją do siebie jeszcze bliżej. Przypominam sobie jak się czułem dotykając jej na Wzgórzu. Teraz czuję to wszystko jeszcze mocniej.

- Muszę Ci coś powiedzieć – Cassia szepcze mi do ucha.

- Słucham – zachęcam ją.

Cassia bierze głęboki wdech. – Nie mam juz kompasu. Tego, który dałeś mi w Orii. – mówi to jednym tchem, a jej glos drży. – Oddalam go na wymianę z Archiwista.

- W porządku – zapewniam ja, zupełnie szczerze. Najważniejsze, ze ona tutaj jest. Jeśli kompas miał być ceną za to, że jestem teraz tutaj z nią, to naprawdę niewielka cena. Nie dałem jej go na przechowanie. Podarowałem go jej na pamiątkę. Mimo, to jestem ciekaw. – Co dostałaś w zamian?

- Nie to, czego sie spodziewałam – odpowiada – Chciałam uzyskać informacje, gdzie zabierane są Abberacje i jak można się tam dostać.

- Cassio – zaczynam, lecz urywam zdanie. To, co zrobiła było bardzo niebezpieczne. Ona doskonale o tym wie. Nie potrzebuje bym jej to powtórzył.

- Zamiast tego Archiwista dal mi opowiadanie – Cassia mówi dalej – Na początku myślałam, że mnie oszukał i byłam bardzo zła – tylko dzięki niebieskim tabletkom udało mi się przetrwać.

- Czekaj – zatrzymuję ją – Dzięki niebieskim tabletkom?

- Dostałam je od Xandera – odpowiada – Zachowałam je bo wiedziałam, że będziemy ich potrzebować, żeby przeżyć w Kanionie. – spogląda na mnie i widocznie źle interpretuje wyraz mojej twarzy bo zaczyna się tłumaczyć – Przepraszam, musiałam szybko podjąć decyzje.

- Nie o to chodzi – przerywam jej łapiąc za ramię – Niebieskie tabletki to trucizna. Wzięłaś jakieś?

- Tylko jedną – przyznaje – Nie wydaje mi sie żeby były zatrute.

- Próbowałam jej to powiedzieć – wtrąca się Indie – Nie było mnie przy mnie kiedy ją wzięła.

Oddycham głęboko. – Jak udało Ci sie iść dalej? – pytam Cassie – Jadłaś cos potem? – w odpowiedzi kiwa głową. Wyciągam kawałek chleba ze swojej torby – Masz, zjedz to teraz – nakazuję jej. Eli sięga do swojej torby i też wyciąga kawałek pieczywa.

Cassia przyjmuje obydwa kawałki – Skąd wiesz, że te tabletki są trucizna? – dopytuje, a w jej głosie dalej słychać powątpiewanie.

- Vick mi powiedział – odpowiadam, starając się nie panikować – Społeczeństwo powtarzało nam, że jeśli wydarzy się jakaś tragedia, niebieska tabletka nad od niej wybawi. To nie prawda. Ona Cię zatrzyma. A potem, jeśli po Ciebie nie przyjdą, umrzesz.

- Dalej nie chce mi się w to wierzyć – Cassia przerywa delikatnie – Xander nie dałby mi czegoś, co mogłoby mi zaszkodzić.

- Widocznie sam o tym nie wiedział – odpowiadam – A może chciał byś użyła ich na wymianę, a nie je brała.

- Jeśli tabletka miała zadziałać, to już by zadziałała – Indie zwróciła się do Cassi – Musiałaś w jakiś sposób rozchodzić paraliż, który miała spowodować. Nigdy nie słyszałam, żeby komuś się to udało. Ty nie zatrzymywałaś się aż nie znaleźliśmy Ky’a.

Wszyscy przyglądają się Cassi. O czymś intensywnie myśli. Analizuje wszystkie informacje. Szuka faktów, które wyjaśniłyby co się stało. Ja znam jedyne wyjaśnienie, jakie jest możliwe: Cassia jest silniejsza niż ktokolwiek w Społeczeństwie mógł to przewidzieć.

- Wzięłam tylko jedną – odzywa się niemal szeptem po chwili – Upuściłam resztę. Razem z papierem, w które były owinięte.

- Jakim papierem? – dopytuję.

Cassia spogląda w górę jakby próbowała przypomnieć sobie, co to był za papier – Xander pozawijał tabletki w kawałki zapisanego papieru. To skrawki wydruków z jego mikrokarty.

- Jak to możliwe? – chcę wiedzieć jak najwięcej. Indie pochyla się by lepiej słyszeć.

- Nie mam pojęcia jak mu się to udało – ukraść tabletki i jeszcze dołączyć do nich jakąkolwiek wiadomość, ale w jakiś sposób tego dokonał.

Xander. Próbuję wyrzucić jego obraz z mojej głowy. On zawsze jest obecny w życiu Cassi. Nawet teraz nie opuściła go do końca. Jest jej najlepszym przyjacielem. Dalej jest jej Dobranym. Lecz popełnił błąd, dając jej tabletki, które mogły ją zabić.

- Oddasz mi je? – Cassia zwraca się do Indie – Nie tabletki. Tylko skrawki papieru.

Przez ułamek sekundy widzę nieokreślony błysk w oku Indie. Jakby chęć walki. Nie wiem, czy chce zachować te notatki dla siebie czy może chodzi o to, że nie lubi jak każe się jej coś zrobić. Po kilku sekundach sięga do swojego plecaka i wyciąga pakunek – Proszę – mówi podając go Cassi – I tak tego nie potrzebuję.

- Możesz mi powiedzieć, co jest na nich zapisane? – staram się by w  moim głosie nie było czuć zazdrości, ale jedno spojrzenie Indie mówi mi, że nie udało mi się tego dokonać.

- Tylko takie rzeczy jak jego ulubiony kolor albo ulubiony sport – Cassia odpowiada spokojnie. Jestem pewny, że i ona usłyszała w moim głosie to, co tak bardzo starałem się ukryć. – Wydaje mi się, że musiał wiedzieć, że nigdy nie przeglądałam jego mikrokarty.

W ułamku sekundy, ot tak po prostu wszystkie moje obawy zniknęły, a zastąpiło je poczucie winy. Ona poświęciła wszystko, by być ze mną.

- Ten chłopak w poprzednim kanionie – odzywa się Indie – Kiedy powiedziałaś, że czekał zbyt długo, myślałam, że masz na myślisz to, że czekał zbyt długo by się zabić.

Cassia zakrywa usta dłonią – Oh nie – odzywa się po chwili. – Miałam na myśli to, że zwlekał zbyt długo z wzięciem tabletki i że nie zdążyła zadziałać, by go uratować – jej głos zmienia się w szept  – Już sama nic nie wiem – z przerażeniem spogląda na Indie – Myślisz, że on wiedział jak działają niebieskie tabletki? Myślisz, że on chciał umrzeć?

- Jaki chłopak? – pytam Cassie. Tak wiele się wydarzyło od momentu naszego rozstania.

- Chłopak, który uciekł z nami do Kanionu – Cassia odpowiada na moje pytanie – To on pokazał nam, gdzie Wy poszliście.

- Skąd mógł to wiedzieć? – dopytuję.

- Był jednym z tych, których zostawiliście – Indie odpowiada zamiast Cassi ostrym tonem. Odsuwa się od ogniska. Jego płomienie ledwo oświetlają jej twarz. Wskazuje na otaczający nas Kanion – To jest jeden z obrazów, prawda? – zadaje pytanie – Numer dziewiętnasty, prawda?

Zajmuje mi chwilę by zrozumieć, co ma na myśli. – Nie – odpowiadam – Krajobraz wygląda podobnie, ale kanion na obrazie jest jeszcze większy niż ten tutaj. Kraina z obrazu znajduje się jeszcze dalej na południe. Nigdy jej nie widziałem ale mój ojciec znał ludzi, którzy tam byli.

Czekam na kolejne pytania, ale żadno nie pada.

- Ten chłopak – odzywa się znów Cassia.

Indie układa się do spoczynku – Musimy o nim zapomnieć – nakazuje Cassi – Jego już nie ma.

 

- Jak się czujesz? – szepczę do Cassi. Siedzę oparty plecami o ścianę. Jej głowa leży na moim ramieniu. Nie mogę spać. To, co Indie powiedziała na temat tego, dlaczego Cassia przeżyła zażycie tabletki może być prawdą, Cassia jest bardzo silna, ale mimo to muszę ją obserwować przez noc by mieć pewność, że wszystko jest już w porządku.

Eli kręci się niespokojnie podczas snu. Indie leży nieruchomo. Nie jestem pewien czy śpi czy też może nasłuchuje dlatego mówię szeptem. Cassia nie odpowiada.

- Cassia?

- Chciałam Cię odnaleźć – odzywa się miękko – Kiedy wymieniłam kompas, zrobiłam to po to, by dotrzeć do Ciebie.

- Wiem – odpowiadam – I udało Ci się, nawet jeśli Cię oszukali.

- Nie oszukali – zaprzecza – W każdym razie nie do końca. Dali mi opowieść, która jest czymś więcej niż tylko opowieścią.

- Jaka to opowieść – pytam.

- To brzmiało podobnie jak Twoja opowieść o Syzyfie – tłumaczy – Ale jego nazwali Pilotem, a historia była o rewolucji – Cassia wtula się we mnie bardziej – Nie jesteśmy jedynymi. Gdzieś tam istnieje coś, co określane jest mianem Powstania. Słyszałeś kiedyś o tym?

- Tak – odpowiadam, choć nie mówię nic więcej. Nie chcę rozmawiać o Powstaniu. Ton, jakim powiedziała, że nie jesteśmy jedynymi, brzmiał jakby to było coś dobrego. W tym momencie ja chcę wierzyć, że jesteśmy jedyni. W tym obozie. W Kanionie. Na świecie.

Przykładam dłoń do jej twarzy gładząc ją delikatnie wzdłuż linii podbródka. – Nie martw się kompasem. Ja też nie mam już tego kawałka zielonego jedwabiu.

- Zabrali Ci go?

- Nie – odpowiadam zgodnie z prawdą – On został na Wzgórzu.

- Zostawiłeś go tam? – pyta wyraźnie zaskoczona.

- Przywiązałem go do gałęzi jednego z drzew – wyjaśniam – Nie chciałem by miał go ktokolwiek inny.

- Wzgórze – powtarza Cassia. Przez moment milczymy oboje, przypominając sobie wydarzenia z przeszłości. I wtedy ona odzywa się pierwsza – Nie powiedziałeś mi wiersza.

Przytulam ją jeszcze mocniej i tym razem nie brakuje mi słów. Szeptem, choć część mnie chciałaby to wykrzyczeć zaczynam mówić  -Nie idź łagodnie…

- Nie – Cassia przytakuje i całuje mnie namiętnie.

Update

Witam wszystkich, którzy jeszcze tutaj zaglądają.

Ze zgrozą zdałam sobie sprawę, że od przetłumaczenia ostatniego rozdziału minął niemal rok. Tak wiele działo się przez ten rok, że tłumaczenie odeszło na ten czas w zapomnienie. Przepraszam tych, którzy czekali na ciąg dalszy i tak długo znosili moje milczenie. W najbliższym czasie postaram się pisać i publikować tłumaczenia regularnie.

Pozdrawiam z deszczowego Nottingham,

Ola

Rozdział XXIII Cassia

Jesteśmy już prawie na szczycie, niemalże widzę już równinę rozciągającą się poniżej.

- Cassia, zatrzymaj się – prosi Indie, kiedy spinam się po ostrych krawędziach skał.

- Już prawie dotarłyśmy na samą górę – odpowiadam – Muszę to zobaczyć. Przez ostatnich kilka godzin wróciły mi siły, a umysł się rozjaśnił. Chcę znaleźć się na najwyższym punkcie, żeby spróbować zobaczyć Ky’a. Wiatr jest rzeźki i mocny. Czuję jakby popychał mnie na szczyt.

Wspinam się na najwyższą skałę.

- Nie rób tego – ostrzega Indie – Spadniesz!

- Oh – jedynie tyle mogę odpowiedzieć. Takie widoki! Pomarańczowe skały, brązowo-zielona trawa i niebieska wstęga rzeki. Ciemniejące niebo, na horyzoncie czerwieniące się słońce. Dwie małe postacie spoglądające w górę.

Czy patrzą na mnie?

Czy to On?

Przy tak dużej odległości jest tylko jeden sposób, żeby się o tym przekonać.

Wyciągniętą ręką wskazuję niebo.

Przez moment nic się nie dzieje. Postacie nie ruszają się, podobnie ja, przejęta zimnem.

Zaczyna biec.

Zaczynam schodzić na dół, ślizgając się po głazach i kamieniach. Chciałabym, myślę, gdy moje nogi poruszają się niezgrabnie po skałach, za wolno. Chciałabym móc biec, chciałabym mieć dokończony wiersz dla Ky’a, chciałabym zachować kompas dla siebie.

W tym momencie udaje mi się zejść na dół i nie chcę niczego więcej.

Ky. Biegnie do mnie.

Nigdy nie widziałam go tak pędzącego, szybkiego wolnego, silnego, dzikiego. Wygląda wspaniale, jego ciało rusza się tak sprawnie. Zatrzymuje się na tyle blisko mnie, że dostrzegam błękit jego oczu, zapominam o czerwieni na mych rękach i o zieleni, którą chciałabym mieć teraz na sobie.

Jesteś tu – mówi, z trudnością łapiąc oddech. Pot i brud okrywają jego twarz, patrzy na mnie jakbym była jedyną osobą na świecie, którą chce widzieć.

Otwieram usta by powiedzieć tak. Mam czas jedynie na złapanie oddechu zanim Ky zmniejszył dystans między nami. Moje słowa zastępuje pocałunek.

Rozdział XXI Ky

- Wypowiedz te słowa – prosi mnie Eli.

Moje ręce drżą z wyczerpania po wielogodzinnej pracy. Niebo nad nami zaczyna już szarzeć.

- Nie mogę, Eli. One nic nie znaczą.

- Powiedz je – rozkazuje mi ze łzami w oczach – Zrób to!

- Nie mogę – odpowiadam spokojnie i odkładam kamień z wyrytą rybą rysunkiem do dołu na grób Vicka.

- Musisz je powiedzieć – upiera się Eli – Musisz to zrobić dla Vicka.

- Zrobiłem to, co mogłem dla niego – mówię – Oboje zrobiliśmy to, co mogliśmy. Próbowaliśmy odratować potok. Teraz już pora iść. On zrobiłby tak samo.

- Teraz nie możemy przejść przez równinę – rozsądnie zauważa Eli.

- Będziemy trzymać się w cieniu drzew – tłumaczę – Jeszcze nie jest całkiem ciemno. Spróbujmy dojść najdalej jak się da.

 

Wracamy do obozowiska i zbieramy nasze rzeczy. Wędzone ryby zostawiają srebrne ślady łusek na naszych rękach i ubraniach. Dzielimy między siebie porcje przeznaczone dla Vicka.

- Chcesz którąś z jego ulotek? – pytam Eli’ego przeglądając plecak Vicka.

- Nie – odpowiada – To co wziąłem, bardziej mi się podoba.

Ja wkładam do plecaka jedną z nich a resztę zostawiam. Nie warto nieść ze sobą je wszystkie.

O zmierzchu ruszamy w drogę.

Wtedy Eli zatrzymuje się i odwraca.

- Musimy iść dalej Eli

- Czekaj – mówi – Zatrzymaj się.

- Nie zatrzymam się – odpowiadam zawzięcie.

- Ky! – odzywa się bardziej zdecydowanie – Odwróć się.

 

Odwracam się więc i w ostatnich promieniach zachodzącego słońca widzę ją.

Cassia.

Nawet z daleka wiem, ze to ona. Poznaję ją po ciemnych włosach targanych przez wiatr i po sposobie w jakim stoi na czerwieniejącej skale Kanionu. Jest piękniejsza niż śnieg.

Czy to może być prawda?

Cassia wskazuje na niebo.

Rozdział XX Cassia

Mój oddech nie brzmi zbyt dobrze. Jakby małe fale rozbijały się i skały i wydawały trzeszczące, zmęczone dźwięki.

- Mów coś do mnie – proszę Indie. Zauważam, że niesie dwa plecaki i dwie menaszki. Jak do tego doszło? To moje? Jestem zbyt zmęczona by się tym przejąć.

- Co chcesz, żebym Ci powiedziała? – pyta.

- Cokolwiek – odpowiadam. Muszę słyszeć coś poza moim własnym oddechem, poza zmęczonym biciem serca.

Chwilę przed tym jak słowa wypowiadane przez Indie giną w mojej głowie, zdaję sobie sprawę, że ona opowiada mi różne rzeczy. Wiele różnych rzeczy – że nie może przestać do mnie mówić bo wydaje jej się, że odpływam z rzeczywistości. Chciałabym móc przywiązać większą uwagę do jej słów, żebym mogła je zapamiętać. Udaje mi się wyłapać tylko kilka zdań:

 

Co wieczór, zanim się położę…

I

Wydaje mi się, że wszystko będzie inaczej…

I

Nie wiem jak długo jeszcze mogę w to wierzyć…

 

Brzmi to wszystko jak wiersz i zastanawiam się po raz kolejny czy będę kiedykolwiek w stanie dokończyć wiersz dla Ky’a. Jeśli będę umiała dobrać odpowiednie słowa kiedy w końcu go zobaczę. Jeśli on i ja będziemy kiedyś więcej czasu niż tylko na zaczynanie.

Chcę poprosić Indie o kolejną niebieską tabletkę z mojego plecaka, lecz zanim się odzywam przypominam sobie jak Dziadek mówił mi, że jestem wystarczająco silna by nie musieć brać tabletek.

Ale, Dziadku – myślę. Nie rozumiałam Cię tak dobrze jak mi się wydawało. Wiersze. Myślałam, że wiem jakie miałeś zamiary. W co chciałeś, żebym uwierzyła?

Pamiętam słowa, które wypowiedział Dziadek, kiedy po raz ostatni wzięłam od niego papierowy zwitek. – Cassia – wyszeptał – Daję Ci coś, co na razie być może wyda Ci się pozbawione większego sensu. Ale myślę, że któregoś dnia zrozumiesz. Ty bardziej niż pozostali.

Dopada mnie myśl, którą kiedyś już prawie uchwyciłam. Dopiero teraz pozwalam sobie na jej pełne sformułowanie. Dziadku, czy Ty byłeś kiedyś Pilotem?

Po chwili nachodzi mnie kolejna myśl, szybka i jasna, nie jestem w stanie wyłapać jej do końca i pozostawia mnie przez sekundę w zadumie.

Nie potrzebuję ich więcej – mówię sama do siebie. Ani tabletek, ani Społeczeństwa. Nie wiem czy to możliwe ale wydaje mi się, że tak powinno być. Nie powinnam na nich polegać.

Wtedy go dostrzegam. Kompas wykonany z kamienia, leżący dokładnie na wysokości oczu.

Podnoszę go jednocześnie upuszczając wszystko inne.

Trzymam go w rękach gdy maszerujemy dalej, mimo, że waży dużo więcej niż większość moich rzeczy. Myślę, że to dobrze, że jest taki ciężki. Myślę, że to dobrze, ponieważ dzięki temu będzie mnie trzymać na tej ziemi.

Rozdział XIX KY

Budzi mnie głośny dźwięk.

Od kiedy organizują ostrzał tak wcześnie rano? Myślę, wyrwany ze snu.  Na zewnątrz jest jaśniej i później niż mogłoby się wydawać. Musiałem być zmęczony.

- Eli! – wołam.

- Jestem tutaj.

- A gdzie Vick?

- Chciał powędkować kilka godzin przed dalszą podróżą – wyjaśnia Eli – Kazał mi zostać z Tobą i pozwolić Ci spać.

- Nie, nie, nie. – buntuję się, a sekundę później żaden z nas nie mówi nic więcej, ze względu na ogłuszający hałas statków powietrznych tuż nad nami. Dźwięki strzałów brzmią nieco inaczej. Są ciężkie i dudniące. Dokładnie. To nie brzmi jak deszcz kul, do którego przywykliśmy. To przypomina grad ciężkich kul armatnich spadających z nieba.

Kiedy ostrzał cichnie, nie czekam, chociaż powinienem. – Zostań tu – mówię do Eli’ego i wybiegam na równinę, czołgając się w trawie, kierując się w stronę tego przeklętego strumienia.

Eli nie słucha i rusza za mną, a ja mu na to pozwalam. Doczołguję się do brzegu i nie jestem w stanie podnieść wzroku. Wierzę, w to, co widzę. Jeśli więc nie widzę Vicka nieżywego, on nadal żyje.

Zamiast tego spoglądam na strumień, w miejsce, gdzie coś wybuchło. Brązowe i zielone wodorosty, częściowo schowane pod ziemią wyglądają jak poplątane włosy z ciała wciągniętego pod powierzchnię.

Siła eksplozji była tak duża, że rzuciła kawałki ziemi prosto do strumienia, niszcząc go. Zmienił się w małe stawy, kawałki rzeki, która nie ma gdzie płynąć.

Schodzę kilka kroków niżej, wystarczająco by zobaczyć, że takie leje po wybuchach ciągną się na całej długości rzeki.

Słyszę łkanie Eli’ego.

Wtedy oglądam się i widzę Vicka.

 

- Ky – drżącym głosem odzywa się Eli – Możesz mu pomóc?

- Nie – odpowiadam.

Cokolwiek uderzyło z taką siłą w ziemię, sprawiło, że Vick uniósł się w powietrze, jego kark był skręcony. Musiał umrzeć od razu. Wiem, tak było dla niego lepiej. Ale jakoś nie mogę sobie tego przetłumaczyć. Patrzę w jego puste oczy, w których odbija się błękit nieba. Nie ma w nich już Vicka.

Co go tutaj przyciągnęło? Dlaczego nie stanął gdzieś w ukryciu, zamiast w tym otwartym ze wszystkich stron miejscu?

Odpowiedź widzę w bajorku tuż obok niego, uwięzioną w zatrzymanej wodzie. Od razu wiem jaki to rodzaj ryby, mimo, że nie widziałem jej nigdy na własne oczy.

Tęcza. Jej kolory odbijają się od światła kiedy niespokojnie porusza się w kałuży.

Czy Vick zdążył ją zobaczyć? Czy to z jej powodu wyszedł na otwarte pole?

Woda w strumieniu robi się coraz ciemniejsza. Coś przypominającego ogromną zaokrągloną włócznię ostało się na dnie. Kiedy zaczynam przyglądać się temu bliżej widzę, że z włóczni wydobywa się powoli smuga toksyn.

Oni nie chcieli zabić Vicka. Ich zamiarem było zatrucie strumienia.

Na moich oczach łosoś tęczowy przechyla się na bok, potem brzuchem do góry. Powoli wypływa na powierzchnię.

Jest martwy,  tak samo jak Vick.

Chce mi się płakać i śmiać w tym samym czasie.

- On coś trzyma w ręce – Eli skupia moją uwagę. Spoglądam więc na Vicka. W jego ręce dostrzegam kawałek drewna z wyrytym imieniem Laney. Eli pochyla się nad nim i przez chwilę trzyma go za rękę. Potem bierze jego ręce i krzyżuje je na piersi.  – Zrób coś – krzyczy do mnie, a z jego oczy płyną już strumienie łez.

Odwracam się i zaczynam rozdzierać swoją kurtkę.

- Co Ty wyprawiasz?  – pyta zaskoczony Eli –Nie możemy go tak zostawić!

Nie mam czasu, żeby mu odpowiedzieć. Rzucam kurtkę na ziemię zanurzam ręce w najbliższym zbiorniku z wodą – to akurat ten, w którym jest martwa ryba. Zimno wody przeszywa mnie na wylot. Płynąca woda rzadko kiedy zamarza, ale ta już nigdzie nie płynie. Używając obu rąk wyciągam włócznię z wody. Jest ciężka ale udaje mi się przerzucić ją na kamienny brzeg. Zaczynam szukać kolejnej. Nie jestem w stanie wyrównać grud ziemi powstałych po eksplozji, które blokują bieg rzeki ale mogę usunąć truciznę z niektórych miejsc. Mam świadomość, że jest to bezsensowne jak wszystko, co do tej pory robiłem. Tak jak próba powrotu do Cassi, do Społeczeństwa, które próbuje mnie zabić.

Nie jestem w stanie przestać.

Eli podchodzi do mnie i zaczyna robić to samo co ja.

- To zbyt niebezpieczne – mówię – Schować się między drzewami.

Nie odpowiada, zamiast tego pomaga mi wyciągnąć kolejną włócznię. Przypominam sobie jak Vick pomagał mi z martwymi ciałami, więc pozwalam Eli’emu zostać.

 

Przez cały dzień słyszę głos Vicka. Wiem, że to znaczy, że oszalałem ale nie mogę nic na to poradzić.

Słyszę go kiedy razem z Elim wyciągamy włócznie ze strumienia. W kółko opowiada mi o Laney. W myślach widzę to, o czym mówi – jego zakochującego się w Anomalii. Mówiącego, co czuje. Widzącego tęczę i idącego porozmawiać z jej rodzicami. Stojącego przed nią i świętującego Kontrakt. Uśmiechającego się kiedy sięga po jej rękę i ślubuje miłość, bez względu na to, co sądzi o tym Społeczeństwo. Wracającego by dowiedzieć się, że zniknęła.

- Przestań – odzywam się do niego. Ignoruję zdziwioną minę Eli’ego. Zmieniam się we własnego ojca. On zawsze słyszał głosy w swojej głowie, mówiące mu, by rozmawiał z ludźmi, by próbował zmienić świat.

Kiedy usunęliśmy tyle włóczni ile tylko mogliśmy, razem z Eli’m wykopaliśmy grób dla Vicka. Ziemia była bardzo twarda i moje mięśnie drżały z wyczerpania mimo, że grób nie był na tyle głęboki na ile chciałbym. Eli ciężko kopał tuż obok mnie, swoimi małymi dłońmi wyciągając ziemię.

Kiedy skończyliśmy, ułożyliśmy Vicka w środku.

Kiedy Vick wybierał się na ryby zabrał ze sobą plecak, żeby przynieść w nim swoje łowy. W środku znalazłem jedną rybę i włożyłem cały plecak do grobu. Zostawiliśmy Vicka ubranego w jego płaszcz. W miejscu, z którego wycięliśmy dyski rejestrujące zostało nacięcie, któro wyglądało jak rana. Jeśli Społeczeństwo kiedyś go znajdzie i wykopie nie będą wiedzieli o nim niczego. Nawet nacięcia na jego butach znaczą coś, czego oni nie zrozumieją.

Dalej słyszę jego głos kiedy z piaskowca rzeźbię figurę w kształcie łososia, by pozostawić go na jego grobie. Tęcza bez kolorów. Nie jest podobna do ryby, którą widział Vick. Niestety nie jestem w stanie zrobić niczego więcej. Chcę by ta ryba symbolizowała nie tylko jego śmierć ale też to, że kogoś kochał i ten ktoś odwzajemniał to uczucie.

Oni mnie nie zabili – odzywa się w mojej głowie Vick.

- Nie? – pytam na tyle cicho by Eli mnie nie usłyszał.

Nie – odpowiada z uśmiechem – Nie umarłem do póki w strumieniu są ryby, dopóki pływają i rodzą się kolejne.

- Nie widzisz co tu się stało? – zadaję pytanie – Próbowaliśmy. Naprawdę, ale one już umierają.

Wtedy przestałem go słyszeć. Od tego momentu wiem, że odszedł naprawdę i żałuję, że nie mogę z nim więcej porozmawiać. Teraz rozumiem też, że dopóki mój ojciec słyszał głosy w swojej głowie nie był sam.

Rozdział XVIII CASSIA

- Nie wyglądasz dobrze – stwierdza Indie – Może powinnyśmy zwolnić tempo?

- Nie – odpowiadam – Nie możemy. Jeśli teraz się zatrzymam, nie ruszę ani kroku dalej.

- Nikomu nic dobrego nie przyjdzie, jeśli umrzesz po drodze – mówi gniewnym głosem.

Śmieję się – Nie umrę. Mimo, że jestem wycieńczona, mam spłycony oddech i czuję ból w każdym mięśniu mojego ciała, myśl o śmierci wydaje się zabawna. Nie mogę umrzeć teraz, kiedy być może z każdym swoim krokiem jestem bliżej Ky’a. A poza tym, mam przecież niebieskie tabletki. Uśmiecham się na myśl, co jeszcze jest zapisane na skrawkach papieru, w który są zapakowane.

Idąc, cały czas szukam jakiegoś znaku obecności Ky’a. Mimo, że nie umieram, faktycznie jestem bardziej chora niż na początku myślałam. We wszystkim widzę wiadomości od Ky’a. We wzorze jaki ułożył się na błocie pod moimi stopami doszukuję się liter. Kucam i przyglądam się im dokładnie. – Na co to wygląda według Ciebie? – pytam Indie.

- Błoto – odpowiada rzeczowo.

- Nie – mówię – Przyjrzyj się dokładnie.

- To jakieś łuski albo skóra – odpowiada, a ja zastanawiam się nad jej słowami w ciszy i skupieniu. Skóra lub łuski. Może cały ten Kanion jest wężem, obok którego chodzimy, a gdy dojdziemy do jego końca znajdziemy jego ogon. Może znajdziemy paszczę, która połknie nas w całości.

 

W końcu dostrzegam prawdziwy znak, kiedy niebo nad Kanionem przemienia się z błękitnego na niebieskawo-różowe, a powietrze zaczyna pachnieć inaczej.

To moje imię: Cassia, wyryte w młodym drzewie, które rośnie dzielnie na brzegu strumienia.

Te drzewa nie mają długiego życia, ich korzenie rosną płytko by choć raz na jakiś czas pobrać odrobinę wody ze strumienia. Wyrył moje imię w pniu z taką ostrożnością, że wydaje się niemalże naturalną częścią drzewa.

- Widzisz to? – niedowierzając pytam Indie.

Po chwili odpowiada – Tak.

Wiedziałam.

Nieopodal dostrzegam małą osadę i mały sad z drzewami, na których wiszą złote owoce. Widok jabłek na gałęziach sprawia, że mam ochotę zabrać je wszystkie ze sobą i zanieść Ky’owi jako dowód, że szłam za nim cały czas. Muszę dać mu coś więcej niż tylko wiersz, nie będę miała czasu, żeby go skończyć, żeby wybrać odpowiednie słowa.

Kiedy spoglądam na ziemię obok drzewa z wyrytym imieniem dostrzegam ślady stóp kierujące się dalej w kanion. Wcześniej ich nie zauważyłam, zatarły się nieco wśród śladów innych stworzeń, które przychodziły do strumienia pić. Pomiędzy śladami pazurów i kopyt widać odciski butów.

Indie wspina się przez płot by dostać się do sadu.

- Chodź – wołam ją do siebie – Nie mamy powodu, żeby się tu zatrzymać. Możemy teraz zobaczyć, którędy poszli. Mamy wodę i tabletki.

- Te tabletki nam nie pomogą – odpowiada Indie, urywając jabłko z gałęzi i smakując je z rozkoszą – Powinnyśmy przynajmniej zabrać je.

- Tabletki pomagają – mówię zdecydowanie – Wzięłam jedną

Indie przestaje przeżuwać – Wzięłaś jedną? Dlaczego?

- Oczywiście, że wzięłam – tłumaczę – Są tak samo zdrowe jak pożywienie jeśli musisz przetrwać

Indie pospiesznie wraca do mnie i podaje mi jabłko – Zjedz to. Teraz. – w zdenerwowaniu kręci głową – Kiedy wzięłaś tę tabletkę?

- W poprzednim kanionie – odpowiadam nieco zaskoczona jej zatroskaniem.

- To dlatego się tak rozchorowałaś – wyjaśnia – Naprawdę nic nie wiesz, prawda?

- Nie wiem czego?

- Niebieskie tabletki to trucizna – mówi zdecydowanie.

- Co Ty opowiadasz? Oczywiście, że to nie trucizna – odpowiadam. To niemożliwe. Xander nigdy nie dałby mi żadnej trucizny.

Indie zaciska usta. – Te tabletki są zatrute – powtarza – Nie bierz już żadnej. Otwiera mój plecak i wrzuca do niego kilka jabłek – Skąd niby wiesz, którędy powinnyśmy teraz iść?

- Po prostu wiem – odpowiadam, wskazując na ślady – Ślady wszystko pokazują.

Indie przygląda mi się uważnie. Sama nie jest pewna, czy może mi zaufać. Jest przekonana, że jestem chora po zażyciu tabletki, myśli, że tracę rozum.

Sama jednak widziała moje imię na drzewie i wie, że to nie ja je wycięłam.

- I tak wydaje mi się, że powinnyśmy odpocząć – po raz kolejny, próbuje mnie przekonać.

- Nie mogę – odpowiadam i wiem, że ona to rozumie.

Słyszę je nie długo po tym, jak opuszczamy osadę. Dźwięk kroków za nami. Idziemy wzdłuż strumienia i zatrzymuję się.

- Ktoś tu jest – mówię odwracając się do Indie – Ktoś za nami idzie.

Indie przygląda mi się ostrożnie – Sądzę, że słyszysz rzeczy, których nie ma. Tak samo, jak widziałaś rzeczy, które nie istnieją.

- Nie – zaprzeczam – Słuchaj.

Obie się zatrzymujemy, wsłuchując w kanion. Ogarnia nas cisza przecinania szumem liści poruszanych przez wiatr. Wiatr ucicha i liście przestają szeleścić ale ja dalej coś słyszę. Kroki na piasku? Ręka szurająca po skale dla utrzymania równowagi? Coś. – Teraz – odzywam się do Indie – Musiałaś to słyszeć.

- Niczego nie słyszę – mówi  ponownie, tym razem bardzo spokojnie – Nie jesteś sobą. Może powinnyśmy odpocząć przez chwilę?

Odpowiadam jej ruszając dalej. Nasłuchuję tego, kto idzie za nami ale teraz słyszę tylko liście wirujące na wietrze.

 

Maszerujemy do zmroku, potem używamy latarek, by móc iść dalej. Indie miała rację, już nie czuję, że ktoś idzie za nami. Słyszę jedynie swój własny oddech, czuję swoje ciało, słabość w każdej jego komórce, ruch każdego mięśnia, każdy krok, który robią moje zmęczone stopy. Nie pozwolę by cokolwiek zatrzymało mnie teraz, kiedy jestem tak blisko Ky’a. Wezmę kolejne tabletki. Nie sądzę by Indie miała rację co do nich.

Kiedy nie patrzy otwieram koleją saszetkę, ale moje ręce zbyt mocno się trzęsą. Tabletka upada na ziemię razem z papierkiem, w który była owinięta. Wtedy sobie przypominam. Notatki Xandera. Chciałam je wszystkie odczytać.

Papierek zostaje porwany przez wiatr i wydaje się być już zbyt daleko by próbować go złapać lub szukać pod granatowym, ciemnym niebem.

Rozdział XVII Ky

Wychodzimy z Kanionu. Za sobą zostawiamy osadę i Kanion. Poniżej widać nurt rzeki, która wije się i zakręca między skałami. Patrzę na kępy drzew rosnące na brązowej o tej porze roku trawie przy korycie rzek. Po drugiej stronie wyrastają góry, których szczyty pokryte są śniegiem. Śniegiem, który nigdy nie topnieje.

To długa i trudna wędrówka w dół o każdej porze roku. Teraz jest wyjątkowo męcząca, na skraju zimy. Wiem, że nasze szanse nie są duże, ale mimo to cieszę się, że dotarliśmy tak daleko.

- To tak daleko – mówi drżącym głosem Eli, idąc obok mnie.

- Może nie być tak daleko jak wydaje się na mapie – próbuję go pocieszyć.

- Przejdźmy do tych pierwszych drzew – sugeruje Vick.

- Czy to bezpieczne?- pyta Eli spoglądając na niebo.

- Jeśli będziemy uważać – odpowiada Vick od razu ruszając, wpatruje się w płynący strumień – Ta rzeka jest inna od tej, którą widzieliśmy w Kanionie. Założę się, że tutaj są wielkie ryby.

 

Dochodzimy do miejsca wskazanego przez Vicka. – Co wiesz na temat wędkowania? – Vick zwraca się do mnie.

- Nic – odpowiadam zgodnie z prawdą. Niewiele wiem o wodzie. Nie było jej zbyt wiele w mojej wiosce, poza momentami kiedy Społeczeństwo ją pompowało. Poza tym strumienie, które do tej pory widzieliśmy w Kanionie nie były tak szerokie i wolnopłynące jak ten tutaj. – Czy ryby przeżyłyby w takiej wodzie? Nie jest za zimna?

- Woda, która płynie rzadko kiedy zamarza – tłumaczy Vick. Zeskakuje niżej i wpatruje się w taflę wody, pod którą wyraźnie coś się porusza. – Moglibyśmy je złapać – mówi podekscytowany – Mogę się założyć, że to pstrąg potokowy. Są bardzo dobre do jedzenia.

Kucam koło niego, próbując coś wymyślić. – Jak możemy je złapać?

- Teraz kończy im się okres tarła – tłumaczy nam Vick – Są ospałe i powolne. Możemy je złapać jeśli uda nam się podejść wystarczająco blisko. Bez jakiegoś większego wysiłku. Nie próbowałem tego w domu, wtedy mieliśmy sieci do łapania.

- A gdzie był Twój dom? – pytam Vicka.

Spogląda na mnie zastanawiająco, ale wydaje się, że doszedł do wniosku, że skoro wie skąd ja pochodzę to i on może mi powiedzieć skąd jest. – Pochodzę z prowincji Camas – odpowiada – Powinieneś ją zobaczyć. Góry są tam wyższe niż te, które tam widać – wskazuje ośnieżony szczyt. – Strumienie są pełne ryb. – nagle urywa. Odwraca się ode mnie i intensywnie wpatruje się w wodę.

Eli dalej stoi w cieniu drzew, tak jak mu poleciłem. Nie podoba mi się, że to miejsce jest tak odsłonięte pomiędzy Kanionem i górami.

- Spróbuj znaleźć próg w korycie rzeki – teraz Vick wydał polecenie Eliemu – To takie miejsce przed którym woda jest bardzo płytka i płynie szybciej. Tak jaka tutaj. I wtedy zrób to co ja.

Vick kuca powoli i cicho tuż nad brzegiem wody. Czeka. W pewnym momencie wślizguje swoje ręce do wody, delikatnie rusza swoimi palcami, przesuwając dłonie pod prąd rzeki aż czuję między nimi brzuch ryby. Wtedy, bardzo szybko wyciąga ją z wody. Ryba wyrywa się i zachłannie łapie powietrze, próbuje wyślizgnąć się z rąk. Wszyscy patrzymy na moment w którym umiera.

 

Ten nocy schodzimy w głąb Kanionu, tak by ukryć rozpalony  przez nas ogień. Do rozpalenia używam krzemieni, zachowując zapałki znalezione u farmera na inną okazję. To pierwsze prawdziwe ognisko, które zrobiliśmy, Eli z radością ogrzewa swoje ręce przy jego płomieniach. – Nie zbliżaj się za bardzo – ostrzegam go. Ogrzewać się przy ognisku to jedno, dać się podpalić to coś innego. Blask płomieni odbija się od skalnych ścian malując je na kolor zachodzącego słońca.

Pieczemy rybę powoli na żarze, tak by dłużej była dobra do jedzenia w czasie naszej podróży. Patrzę na dym i mam nadzieję, że rozwiewa go wiatr zanim dociera do krawędzi Kanionu.

Wiele godzin zajmie przygotowanie wszystkich ryb, tak twierdzi Vick, ponieważ cała woda z mięsa musi wyparować. W ten sposób długo będą się nadawać do jedzenia, a my potrzebujemy zapasów jedzenia. Porównaliśmy szanse na to, że ten, kogo widzieliśmy w osadzie idzie za nami z tym, że potrzebujemy zapasów i potrzeba pożywienia wygrała. Teraz, gdy widzimy ile drogi jest przed nami, wszyscy czujemy się głodni.

- Jest taki gatunek pstrąga, który nazywa się tęczowym – odzywa się Vick z zamyślonym wzrokiem – Prawie cały gatunek wyginąć podczas Ocieplenia, ale w Camasie udało mi się złapać jednego.

- Czy smakował tak dobrze jak ten? – Eli pyta.

- Pewnie – uśmiecha się do siebie Vick.

- Wrzuciłeś go powrotem do wody, prawda? – pytam.

Vick wzdycha. – Nie miałem serca go zjeść – przyznaje. – To był jedyny jakiego kiedykolwiek widziałem. Być może był ostatnim jaki żył.

Siadam na piętach. Mój brzuch jest pełny i czuję się wolny. Z dala i od Społeczeństwa i od osady. Nie wszystko zostało zatrute. Płynąca woda rzadko zamarza. Dobrze wiedzieć te dwie rzeczy.

Pierwszy raz od spotkania na Wzgórzu jestem szczęśliwy. Myślę, że jest szansa, że mimo wszystko wrócę do Niej.

- Czy Twoi rodzice byli Oficerami zanim zostali Reklasyfikowani? – pyta mnie Vick

Śmieję się. Mój ojciec Oficerem? Albo moja mama? Z wielu powodów ta sugestia wyda mi się niedorzeczna. – Nie – odpowiadam – Skąd ten pomysł?

- Znasz się na broni – wyjaśnia – I wiedziałeś o przewodach w płaszczach. Zastanawiam się czy któreś z nich Cię tego nauczyło.

- Mój ojciec nauczył mnie wielu rzeczy – przyznaję – Ale nie był Oficerem.

- A on nauczył się tego od Farmerów? Albo od Powstańców?

- Nie – odpowiadam – Część rzeczy nauczył się od Społeczeństwa w swojej pracy. – Większości nauczył się sam, dodaję w myślach – A co robili Twoi rodzice?

- Mój ojciec był Oficerem – przyznaję, a mnie nawet to nie dziwi. Wszystko pasuje: jego zdolność do wydawania poleceń, to jak określił nasze płaszcze wojskowymi, fakt, że mieszkał kiedyś w bazie wojskowej. Co takiego musiało się wydarzyć, że Reklasyfikowano kogoś tak wysoko postawionego – członka rodziny Oficerskiej?

- Moja rodzina nie żyje – oznajmia Eli, kiedy jasne jest, że Vick nie powie już nic więcej.

Mimo, że przypuszczałem, że tak było z rodziną Eli’ego, nie chciałem by wyznawał to na głos.

- Jak zginęli? – pyta Vick.

- Rodzice zachorowali. Zmarli w Centrum medycznym w Stolicy. Wtedy zostałem zesłany. Gdybym był Obywatelem, ktoś mógłby mnie adoptować. Nie byłem nim jednak. Odkąd pamiętam byliśmy Aberracjami.

Jego rodzice zachorowali? I umarli? To nie powinno się stać – to się nie stało, z tego co wiem, ludzie w wieku rodziców Eli’ego nie mogli zachorować i umrzeć, nawet jako Aberracje.  Tak wczesna śmierć nie zdarza się, chyba, że mieszka się w Zewnętrznych Prowincjach. W szczególności nie zdarza się to w Stolicy. Zakładam, że zginęli, tak jak miał zginąć Eli, gdzieś w obozie robotniczym.

Vick nie wydaje się zaskoczony wyznaniem Eli’ego. Nie jestem pewien, czy robi to ze względu na Eli’ego czy kiedyś słyszał już podobną historię.

- Przykro mi Eli – mówię szczerze. Ja miałem szczęście. Jeśli syn Patricka i Aidy by nie zginął, gdyby Patrick nie był tak zawzięty, nigdy nie zostałbym zawieziony do Orii. Teraz też mógłbym już nie żyć.

- Mi też przykro – dodaje Vick.

Eli nie odpowiada. Przysiada się bliżej ognia i zamyka oczy, wygląda jakby mówienie o tym bardzo go męczyło. – Nie chcę o tym więcej mówić – odzywa się cicho – Chciałem tylko, żebyście wiedzieli.

Po chwili zmieniam temat rozmowy. – Eli? – zagaduję – co takiego zabrałeś z jaskini farmerów?

Eli otwiera oczy i przyciąga swój plecak. – Są ciężkie więc nie mogłem zabrać wielu – tłumaczy – Tylko dwie. Zobaczcie. To książki. Mają słowa i obrazki. – Pokazuje nam jedną z książek. Na stronie narysowana jest  osoba, która unosi się w powietrzu, a zza jej pleców promienieje tęcza. Ręce ma wzniesione do góry.

- Wydaje mi się, że mój ojciec opowiadał mi o takiej książce – mówię – To były historie dla dzieci. Mogły patrzeć na obrazki kiedy rodzice czytali im słowa. Kiedy dzieci dorastały mogły czytać je same.

- One muszę być coś warte – dodaje Vick.

To, co wybrał Eli wydaje mi się trudne do wymiany. Historie mogłyby być kopiowane ale obrazki już nie. W momencie, kiedy je wybierał, Eli nie myślał o wymianie.

Siedzimy przy skaczących płomieniach i czytamy historię zaglądając Eli’emu przez ramię. Są tam słowa, których nie znamy ale domyślamy się ich znaczenia patrząc na obrazki właśnie.

Eli ziewa i zamyka książki – Jutro też możemy na nie popatrzeć – mówi zdecydowanie, a ja marudzę widząc jak chowa je do plecaka. Tym gestem wydaje się mówić „Ja je tu przyniosłem i możecie je oglądać na moich warunach”.

Podnoszę patyk leżący nieopodal ogniska i zaczynam pisać na piasku imię „Cassia”. Oddech Eli’ego zwolnił, jakby już spał.

- Też  kiedyś kogoś kochałem – Vick odzywa się kilka minut później. – Jeszcze w prowincji Camas – słychać, że ma zaciśnięte gardło.

Historia Vicka. Nigdy nie sądziłem, że będzie chciał ją opowiedzieć. Jednak jest coś w ogniu  i tej nocy, co składnia nas do mówienia. Czekam moment by zastanowić się jak zadać odpowiednie pytanie. Iskra z ogniska unosi się jasno do góry po czym gaśnie. – Jak miała na imię? – pytam.

Chwila ciszy. – Laney – odpowiada – Pracowała w bazie wojskowej, gdzie mieszkaliśmy. To ona opowiedziała mi o Pilocie – Vick z widocznym bólem przełyka ślinę – Oczywiście słyszałem o nim już wcześniej. W bazie ludzie zastanawiali się nawet czy jeden z Oficerów może być Pilotem. Z Laney i jej rodziną było inaczej. Kiedy oni rozmawiali o Pilocie, widać było, że znaczy dla nich dużo więcej.

Vick spogląda na napis, który kilkakrotnie pisałem na piasku. – Żałuję, że tego nie potrafię – mówi – Nie mieliśmy niczego, poza skrawkami papieru  z portów w Camasie.

- Mogę Cię nauczyć.

- Zrób to proszę – odpowiada zdecydowanie – Na tym – dodaje, podsuwając mi kawałek drewna. Najpewniej znalazł je przy kępie drzew tuż obok miejsca, w którym łowiliśmy. Zaczynam pisać ostrą stroną kamienia, nie patrzę na Vicka. Tuż obok Eli śpi już głębokim snem.

- Ona też wędkowała – mówi dalej Vick – Chodziłem nad strumień, żeby się z nią spotykać. Ona.. – milknie na moment – Mój ojciec był wściekły kiedy się dowiedział. Wcześniej też wpadał w złość. Wiedziałem, że tak będzie ale spotykałem się z nią mimo to.

- Ludzie się zakochują – odpowiadam, zachrypniętym głosem – To się zdarza.

- Nie między Anomaliami i Obywatelami – tłumaczy Vick – Nie zdarza się też by taka para zawierała Kontrakt.

Wstrzymuję na chwilę oddech. Ona była Anomalią? Zawarli Kontrakt?

- Nie został uznany przez Społeczeństwo. – mówi dalej – Kiedy nadszedł czas mojego Doboru, zrezygnowałem z niego. Wtedy zapytałem jej rodziców czy mogę zawrzeć z nią Kontrakt. Oni się zgodzili. Anomalie mają swoją własną ceremonię. Nikt jej nie rozpozna poza nimi.

- Nie wiedziałem tego – przyznaję, intensywniej wykrawując litery w drewnie. Nie miałem pojęcia, że gdzieś poza Kanionem istnieją Anomalie, tak blisko Społeczeństwa. W Orii nikt nie słyszał ani nie widział o jakiejkolwiek Anomalii od wielu lat, poza tym jednym, który zabił mojego kuzyna, pierwszego syna Markhamów.

- W dniu, w którym pytałem o zgodę jej rodziców zobaczyłem pstrąga tęczowego – Vick zwierza się dalej – Wyciągnąłem go z wody i podziwiałem jak jego łuska mieni się w słońcu. Kiedy zorientowałem się czym jest, od razu wypuściłem go do wody. Kiedy opowiedziałem o tym jej rodzicom, stwierdzili, że to dobry omen. Znak. Wiesz co to znaczy?

Kiwam głową. Mój ojciec mówił czasem o różnych znakach.

- Od tamtej pory już go nie widziałem – mówi Vick – To znaczy pstrąga tęczowego. Koniec końców nie okazał się być dobrym znakiem – bierze głęboki oddech – Dwa tygodnie później dowiedziałem się, że Oficerowie chcą nas pojmać. Poszedłem do niej, ale jej już nie było. Jej rodziny również.

Vick wyciąga rękę po kawałek drewna. Mimo, że jeszcze nie skończyłem, podaję mu go. Odwraca drewno i przygląda się uważnie jak w tym momencie wygląda jej imię – LAN – niemalże same proste linie. Po chwili spogląda na swój but. Teraz już wiem, co oznaczają te ślady. Nie czas spędzony w Zewnętrznych Prowincjach, a czas bez niej.

- Społeczeństwo odnalazło mnie zanim wróciłem do domu – kontynuuje Vick – Od razu zabrali mnie do Zewnętrznych Prowincji. – Oddaje mi drewno, więc zaczynam dalej wycinać. Płomienie odbijają się od kamienia niemalże jak słońce, które mogło odbijać się na rybich łuskach ryby, którą wyciągnął kiedyś Vick.

- Co się stało z Twoją rodziną? – pytam.

- Nic, mam nadzieję – odpowiada – Społeczeństwo zreklasyfikowało mnie od razu, to jasne. Nie byłem niczyim rodzicem. Moja rodzina powinna być cała i zdrowa – w jego głosie słyszę niepewność.

- Jestem pewny, że tak właśnie jest – mówię by dodać mu otuchy.

Vick spogląda na mnie – Naprawdę tak myślisz?

- To, że Społeczeństwo pozbywa się Aberracji i Anomalii to jedno. Jeśli mieliby pozbywać się wszystkich, którzy są związani z nimi, nikt by nie został – bardzo chciałbym, żeby właśnie tak było, wtedy wiedziałbym, że Patrick i Aida mają się dobrze.

Vick przytakuje, oddychając głęboko – Chcesz wiedzieć, co ja myślałem?

- Co takiego? – dopytuję.

- Będziesz się śmiał – wyznaje Vick – Kiedy po raz pierwszy mówiłeś wiersz, nie tylko zastanawiałem się czy należysz do Powstania. Miałem nadzieję, że mnie stąd wydostaniesz. Byłbyś moim osobistym Pilotem.

- Skąd Ci to przyszło do głowy?

- Mój ojciec był wysoko postawiony w Armii – tłumaczy Vick – Bardzo wysoko. Byłem niemalże przekonany, że wysłał kogoś, kto miałby mnie uratować. Myślałem, że to Ty.

- Przykro mi, że Cię rozczarowałem – odpowiadam, a słysząc swój własny głos czuję chłód.

- Nie rozczarowałeś – od razu odpowiada – Wydostałeś nas stamtąd, czyż nie?

Wbrew samemu sobie czuję satysfakcję, kiedy Vick to mówi. Uśmiecham się w ciemności.

- Jak myślisz co się z nią stało? – pytam po chwili.

- Myślę, że jej rodzina uciekła – odpowiada – Anomalie i Aberracje, z którymi miałem doczynienia znikali bez śladu, ale nie wydaje mi się, żeby Społeczeństwo stało za tym wszystkim. Może jej rodzina odeszła by odnaleźć Pilota.

- Myślisz, że im się udało? – teraz żałuję, że tak wiele razy wątpiłem w istnienie Pilota.

- Taką mam nadzieję – mówi Vick. Jego głos jest pełen namiętności teraz gdy znam już całą historię.

Oddaje mu skończony napis. Przygląda mu się przez jakiś czas, a potem chowa do kieszeni.

- Więc – odzywa się Vick – Teraz zastanówmy się jak się stąd wydostać i znaleźć kogoś kto może nam pomóc. Będę szedł Twoim śladem jeszcze przez jakiś czas.

- Nie mów tak, proszę. Ja nie jestem dowodzącym. Wszystko robimy razem – spoglądam w gwiazdy. Nie jestem wstanie wytłumaczyć skąd ich blask.

Mój ojciec chciał być osobą, która jest w stanie wszystko zmienić i wszystkim pomóc. To było niebezpieczne. Wszyscy jednak mu wierzyli. Osadnicy. Moja mama. Ja. Kiedy dorosłem zrozumiałem, że nigdy  nie mógł osiągnąć tego, co chciał. Wtedy przestałem w niego wierzyć. Nie zginąłem tylko dlatego, że przestałem chodzić na spotkania, które prowadził.

- W porządku – zgadza się Vick – Mimo to, dzięki, że udało Ci się nas wyprowadzić tak daleko.

- Ja też Ci za to dziękuję – odpowiadam.

Vick przytakuje. Zanim zasypia, bierze swój kamień i nacina swój but. Kolejny dzień przeżyty bez niej.

Rozdział XVI Cassia

W moich snach on stoi twarzą do słońca, wydaje się więc ciemnością lecz ja wiem, że to on jest światłem.

- Cassia – mówi, a dźwięk jego głosu sprawia, że łzy napływają mi do oczu – Cassia, to ja.

Nie jestem w stanie wymówić ani słowa. Wyciągam do niego ręce, uśmiecham się i płaczę jednocześnie, szczęśliwa, że nie jestem już sama.

- Teraz muszę odejść – mówi – Będzie jeszcze jaśniej, ale musisz otworzyć oczy.

- Są otwarte – odpowiadam zdezorientowana. Jak inaczej mogłabym go widzieć.

- Nie – protestuje – Teraz śnisz. Musisz się obudzić. Już pora.

- Nie odchodzisz ode mnie, prawda? – to jedyne o czym mogę myśleć. On może odejść.

- Odchodzę.

- Nie rób tego – mówię – Proszę.

- Musisz otworzyć oczy – powtarza wciąż, więc to robię. Budzę się pod niebem pełnym blasku.

Xandera tu nie ma.

Płacz to strata wody – powtarzam sobie, choć nie mogę opanować łez. Spływające krople tworzą szlaki na mojej zakurzonej twarzy. Staram się nie łkać, nie chcę obudzić Indie, która mimo mocnego słońca jeszcze śpi. Po tym jak wczoraj zobaczyłyśmy ciała, szłyśmy bez przerwy wysuszonym korytem drugiego kanionu. Nie widziałyśmy niczego ani nikogo.

Przykładam dłonie do twarzy czując ciepło własnych łez.

Tak bardzo się boję. O siebie. O Ky’a. Myślałam, że jesteśmy w złym kanionie ponieważ nie widziałam żadnego śladu po nim. Jeśli jednak oni go zabili nigdy nie dowiem się gdzie był.

Zawsze wierzyłam, że go odnajdę – przez te miesiące spędzone na sadzeniu nasion, w statku powietrznym, którym leciałam w nocy, podczas tej długiej wyprawy przez Kanion.

A teraz uporczywy głos w mojej głowie podpowiada mi, że może już nie być kogo szukać. Ky mógł zginąć, tak jak Powstańcy. A co jeśli Pilot też zginął i nikt nie przejął jego miejsca?

Spoglądam na Indie i łapię się na tym, że zastanawiam się czy ona jest naprawdę po mojej stronie. Może jest szpiegiem, wysłanym przez Oficerów, którzy chcieli się przekonać jak powiedzie się ich eksperyment z Doborem.

Skąd w ogóle biorą się we mnie takie myśli? – zastanawiam się i wtedy to do mnie dociera. Jestem chora.

Choroby rzadko występują w Społeczeństwie, ale ja już nie należę do Społeczeństwa. Mój umysł analizuje wszystkie możliwości: wyczerpanie, odwodnienie, zakażone jedzenie. To wszystko razem musiało prowadzić do choroby.

Uświadomienie sobie tego powoduje, że paradoksalnie czuję się lepiej. Jeśli jestem chora, nie jestem sobą. Nie wierzę w swoje przekonania co do Ky’a, Indie czy Powstania. Mój umysł jest tak zmęczony, że zapomniałam, że moja Oficer nie była tą, która zaczęła eksperyment. Pamiętam ten błysk w jej oczach kiedy okłamała mnie przed Muzeum w Orii. Nie wiedziała, kto wrzucił Ky’a do mojego Wyboru.

Biorę głęboki wdech. Na moment powraca do mnie uczucie, które miałam podczas snu o Xanderze wracającym do mnie i czuję się pocieszona. Otwórz oczy – mówił mi. Co takiego Xander chciał, żebym zobaczyła? Rozglądam się po jaskini, w której spędziłyśmy tę noc. Widzę jedynie Indie, skały dookoła i plecak, w którym mam tabletki.

Niebieskie, w pewnym sensie, nie zostały dane mi przez Społeczeństwo, a przez Xandera, któremu ufam. Wydaje się, że czekałam wystarczająco długo.

Dość dużo czasu zajęło mi otworzenie pojemnika, moje palce jakby zgrabiały i nie mogłam nimi ruszyć. W końcu wyjęłam pierwszą niebieską tabletkę z opakowania, wrzuciłam do buzi i połknęłam z nieukrywanym trudem. To pierwszy raz kiedy wzięłam jaką kol wiek tabletkę – świadomie. Przez moment w swojej głowie widziałam twarz Dziadka, na której malowało się rozczarowanie.

Spojrzałam w dół, do saszetki po tabletce spodziewając się, że niczego tam nie znajdę. Jednak coś tam było – mały skrawek papieru.

Papier z portu. Rozwijając go trzęsły mi się ręce. W zamkniętym pojemniku był bezpieczny ale na świeżym powietrzu łatwo go zniszczyć.

Zawód:Medyk. Szanse na stałe zatrudnienie i awans: 97,3%

Oh, Xander  - westchnęłam.

To jest fragment z oficjalnej informacji o Xanderze z Doboru. Informacji, której nigdy nie widziałam na swojej mikrokarcie; wszystko już przecież wiedziałam o nim wcześniej. Spojrzałam na saszetki z tabletkami w mojej dłoni. Jak on to zrobił? Jak udało mu się włożyć tą karteczkę do środka? Czy jest ich więcej?

Wyobraziłam sobie Xandera drukującego kopię informacji o nim z portu, drącego dokładnie każdą liniję tekstu, szukającego sposobu na włożenie ich do tabletek. Musiał domyślić się, że nigdy nie patrzyłam na jego mikrokartę; wiedział, że się od niego odwrócę i wybiorę Ky’a.

Przypomniał mi się Ky i papiery, które dostałam od niego kiedyś w Gminie. Dwóch chłopaków, dwie historie spisane na skrawkach papieru i podarowane mi. Moje oczy wypełniają łzy kiedy uświadamiam sobie, że to historię Xandera powinnam już dawno znać.

Spójrz na mnie jeszcze raz – słyszę jego głos w mojej głowie.

Otwieram następną saszetkę z tabletką. Następny kawałek papieru, na którym napisano: Pełne imię i nazwisko Xander Thomas Carrow.

Wraca do mnie wspomnienie z dzieciństwa, kiedy czekałam na Xandera by wyszedł się ze mną bawić. Xander. Thomas. Carrow. – powtarzałam skacząc z kamienia na kamień na podjeździe przed jego domem. Jego imię dobrze brzmiało. Wszystko do siebie pasowało. Każde słowo miało dwie sylaby, tworzyło idealny rytm do marszu.

Nie musisz tak krzyczeć – powtarzał wtedy Xander stając na progu swojego domu. – Przecież jestem tu.

Tęsknię za Xanderem i przez to nie mogę się powstrzymać przed otworzeniem następnych saszetek – nie po to by wziąć więcej niebieskich tabletek, ale po to, by sprawdzić, co jeszcze mi przekazał:

Mieszka w Klonowej Gminie od urodzenia.

Ulubiona aktywność fizyczna: pływanie.

Ulubiona rozrywka: gry.

Procent uczniów wskazujących Xandera Carrow’a za ucznia, którego podziwiają najbardziej: 87,6%.

Ulubiony kolor: czerwony.

To ostatnie było dla mnie zaskoczeniem. Zawsze myślałam, że ulubionym kolorem Xandera był zielony. Czego jeszcze o nim tak naprawdę nie wiedziałam?

Uśmiecham się do siebie czując się już dużo lepiej. Kiedy spoglądam na Indie widzę, że wciąż śpi. Czuję ogromną potrzebę ruszenia się z miejsca więc decyduję się wyjść z jaskini i bliżej przyjżeć się miejscu, do którego dotarłyśmy zeszłej nocy.

Na pierwszy rzut oka wygląda na podobną do wielu innych otwartą przestrzeń Kanionu, miodowo złote skały z jaskiniami i głazami ukształtowanymi delikatnie przez wiejący wiatr. Kiedy jednak zaczynam przyglądać się wszystkiemu dokładniej, jedna ze ścian wydaje mi się inna od pozostałych.

Robię kilka kroków na przód i dotykam skały. Pod palcami czuję zrogowacenia skalne. Nie są one takie jak przy pozostałych skałach. Są zbyt idealne.

Od razu wiem, że to ma coś wspólnego ze Społeczeństwem.

Moje serce zamiera. Jeśli Społeczeństwo dotarło tutaj, nie ma mowy żeby Powstańcy tu byli.

Idę wzdłuż skalnej ściany dotykając jej trzęsącą się dłonią, szukając miejsca w którym to coś łączy się z prawdziwym Kanionem. Kiedy podchodzę do ciemnych krzaków dostrzegam coś leżącego na ziemi. To chłopak. Ten, który uciekł z nami do Kanionu, a potem się rozstaliśmy. Leży skulony na boku. Jego oczy są zamknięte.Niewielkie wydmy piachu przysypały jego ręce, ubranie i włosy. Jego dłonie są czerwone i pozdzierane z zaskniętą krwią w miejscach, gdzie próbował się wdrapać, a nie mógł się dostać. Zamykam oczy. Widok zaschniętej czerwonej krwi i drobinek złocistego piachu z Kanionu przypomina mi cukier na wiśniowym cieście na talerzu u Dziadka i robi mi się niedobrze.

Otwieram oczy i spoglądam na chłopaka. Czy mogę cokolwiek dla niego zrobić? Pochylam się nad nim i zauważam, że jego usta są całkiem niebieskie. Nigdy nie miałam szkolenia medycznego i nie wiem praktycznie nic na temat pierwszej pomocy. Chłopak nie oddycha. Dotykam jego nadgarstka, wiedząc, że tak sprawdza się puls ale nie jestem w stanie niczego wyczuć.

- Cassia – słyszę za sobą szept i odwracam się gwałtownie. To Indie. Oddycham z ulgą. – To ten chłopak – tłumaczę.

Indie kuca koło mnie. – On nie żyje – stwierdza. Spogląda na jego dłonie – Co on tutaj robił?

- Wydaje mi się, że próbował dostać się do środka – odpowiadam, wskazując na ścianę – Zrobili to tak, by wyglądało na ścianę, ale wydaje mi się, że to drzwi.

Indie wstaje i obie przyglądamy się zakrwawionej skale i rękom chłopaka – Nie mógł się tam dostać – mówię – Wtedy wziął niebieską tabletkę ale widocznie było już za późno.

Indie przygląda mi się wyczekująco.

- Musimy się stąd wynieść – mówię – Tutaj jest Społeczeństwo. Czuję to.

Indie milknie na moment – Masz rację – mówi po chwili – Powinnyśmy przejść do Kanionu obok. Tam przynajmniej była woda.

- Myślisz, że musimy wrócić się do miejsca, w którym znalazłyśmy przejście wcześniej? – pytam wzdrygając się na wspomnienie tych wszystkich ciał, które widziałyśmy na górze.

- Możemy przejść tędy – odpowiada Indie – Teraz mamy ze sobą linę. – wskazuje na korzenie drzewa wystające ze skalnej ściany. Żadne drzewa nie miały tutaj warunków do tego by żyć.

- To zaoszczędzi nam czas – podsumowała Indie. Obserwuję ją jak otwiera plecach i wyciąga  linę i delikatnie przekłada coś w swoim plecaku.

Gniazdo os, myślę sobie. – Udało Ci się je ocalić – mówię na głos.

- Co takiego? – Indie pyta zaskoczona.

- Twoje gniazdo – tłumaczę – Nie zniszczyło się.

Indie kiwa głową, choć wydaje się wrogo nastawiona. Widocznie powiedziałam coś złego, choć nie jestem w stanie przypomnieć sobie, co to mogło być. Nagle czuję się niesamowicie zmęczona i mam nieodpartą potrzebę położenia się na ziemi, tak jak ten chłopiec i odpoczynku.

 

Na szczycie Kanionu specjalnie nie spoglądamy w kierunku, w którym wydaje się nam, że mogłyby być ciała. Z tej odległości pewnie i tak niczego byśmy nie zauważyły.

Nie odzywam się. Indie też nie. Przemieszczamy się sprawnie przez Kanion otaczane zimnym wiatrem. Bieg sprawia, że się budzę i przypominam sobie,  że dalej żyję, że nie mogę po prostu położyć się i odpocząć, nie ważne jak bardzo tego bym chciała.

Wydaje się, że tylko ja i Indie jesteśmy jedynymi żyjącymi osobami w Zewnętrznej Prowincji.

Indie zabezpiecza linę po drugiej stronie Kanionu. – Chodź – mówi, więc znów schodzimy w dół pierwszego Kanionu, tego, od którego zaczęłyśmy. Być może nie znajdziemy tutaj śladów Ky’a, przynajmniej tutaj jest woda i ani śladu Społeczeństwa. Jeszcze.

 

Nadzieja przybrała kształt śladu buta, połowy buta, który ktoś nieostrożnie pozostawił na świeżym błocie, które zaschnęło i stwardniało.

Staram się nie myśleć o innych śladach, które widziałam w Kanionie. Tamte przypominały mi o tym, że teraz nie pozostał tu nikt ani nic. Ten ślad jest świeży. Muszę w to wierzyć. Muszę wierzyć, że ktoś jeszcze jest tu żywy. Muszę też wierzyć, że tym kimś może być Ky.

Długa przerwa

Witam wszystkich, którzy jeszcze tutaj zaglądają.

Przepraszam za przerwy w tłumaczeniu kolejnych rozdziałów. Moje życie od marca stanęło na głowie i wykonało obrót o 360stopni. Bardzo dużo się działo niedobrego, o czym nie chcę tu pisać, bo to nie miejsce na takie tematy.

Wiem, że powinnam pisać regularnie,źle mi, że nie jestem w stanie tego robić, tak często jakbym chciała. Celowo nie odnoszę się do kilku przykrych dla mnie komentarzy, każdy ma prawo pisać to, co czuje.

W moim życiu ciągle coś się dzieje. W bardzo niedługim czasie wyprowadzam się z Polski. To duża zmiana, ale mam nadzieję, że po pierwszym szoku i ogarnięciu wrócę do pisania.

Niezmiernie dziękuję tym, którzy wciąż tu zaglądają. Jesteście niesamowici i uwierzcie, mam Was z tyłu mojej głowy i wiem, że mam dla kogo pisać dalej.

Buziaki.