Bez kategorii

Rozdział XV

Nie zatrzymujemy się dopóki nie zwiększamy odpowiednio dystansu od tego kogoś, kto został w siedlisku. Nikt nie odzywa się zbytnio; maszerujemy szybko wzdłuż głównego kanionu. Po kilku godzinach wyciągam mapę by sprawdzić naszą pozycję.
- Wydaje się, że cały czas idziemy pod górę – mówi Eli, lekko zdyszany.
- Tak jest – odpowiadam.
- To dlaczego nie widać, żebyśmy byli jakoś wyżej? –dopytuje Eli.
- Ponieważ ściany kanionu też się podnoszą – tłumaczę – spójrz. Pokazuję mu jak osadnicy zaznaczali wzniesienia terenu na mapie.
Eli kręci głową nie bardzo rozumiejąc, co mu pokazuję. – Wyobraź sobie, że Kanion jest jak wielka łódź – Vick odzywa się do Eliego – Ta część, przez którą weszliśmy była jakby nisko pod wodą, a część gdzie teraz jesteśmy jest wysoko. Widzisz? Kiedy już wyjdziemy stąd, będziemy powyżej tego wszystkiego.
- Znasz się na łodziach? – pyta Eli
- Trochę – odpowiada Vick – nie dużo.
- Możemy odpocząć przez chwilę – mówię Eliemu sięgając po moją menaszkę. Muszę się napić.
Vick i Eli robią to samo. – Pamiętasz ten wiersz, który mówiłeś martwym? – Vick zaczyna – Ten, o który wcześniej Cię pytałem.
- Pamiętam – spoglądam na pasmo gór zaznaczone na mapie. Tam musimy się znaleźć.
- Skąd go znasz?
- Natknąłem się na niego – mówię – Kiedyś w Orii.
- A nie w Zewnętrznych Prowincjach? – pyta Vick.
On zdaje sobie sprawę, że wiem więcej niż mówię. Podnoszę wzrok. Vick i Eli stoją naprzeciw mnie i przyglądają się mapie. Poprzednio Vick był tak dociekliwy, kiedy w wiosce opowiadałem o tym, w jaki sposób Społeczeństwo zabiło Anomalie. Teraz znów widzę to zacięcie w jego spojrzeniu. Jest przekonany, że nadszedł już czas bym mu wszystko wytłumaczył. Ma rację.
- I tutaj też – odzywam się – Słyszałem o Pilocie wielokrotnie – i to jest prawdą. W Granicznych Prowincjach, w Zewnętrznych Prowincjach, w Orii, a nawet tu w Kanionie.
- Jak Ci się wydaje kto to jest? – pyta Vick.
- Niektórzy uważają, że Pilot jest przywódcę rebelii wobec Społeczeństwa – odpowiadam, a oczy Eliego błyszczą w podekscytowaniu na moje słowa.
- Powstańcy – Vick przytakuje – Ja też o nich słyszałem.
- Jest gdzieś powstanie? – dopytuje się Eli – A Pilot jest przywódcą?
- Być może – stwierdzam – Ale to nie ma z nami nic wspólnego.
- Oczywiście, że ma – wyrzuca z siebie Eli, nieco złowrogo – Dlaczego o tym nie powiedziałeś pozostałym skazańcom? Może mogliśmy coś z tym zrobić?!
- Co zrobić? – pytam, szczerze zdziwiony – Vick i ja słyszeliśmy o Pilocie, ale nie wiemy gdzie on albo ona jest. Nawet jeślibyśmy wiedzieli, nie wierzę, że Pilot mógłby zrobić coś więcej niż polec w walce, zabierając ze sobą jeszcze więcej ludzi.
Vick kręci głową, ale nie mówi niczego na głos.
- To mogłoby dać im choć trochę nadziei – mówi dalej Eli.
- A co by im przyszło z takiej nadziei, która nie niesie ze sobą niczego więcej? – pytam poważnie.
Eli zaciska szczękę i odpowiada z uporem – Nie różniłoby się to wiele od tego co Ty próbowałeś zrobić z przerabianą bronią
I tu ma rację, przyznaję wzdychając. – Wiem o tym, ale mówienie im o Pilocie nie przyniosłoby niczego dobrego. To tylko historia, którą kiedyś opowiadał mi ojciec. – i nagle staje mi przed oczami moja matka, malująca to, o czym opowiadał ojciec. Kiedy kończył opowiadać o Syzyfie a jej obrazy znikały, wysuszone słońcem, zawsze odczuwałem jakąś ulgę.
- Słyszałem o Pilocie od kogoś w moich rodzinnych stronach – odzywa się Vick i przez chwilę milczy – Co się z nimi stało? Z Twoimi rodzicami?
- Zginęli w nalocie – odpowiadam. I kiedy wydaje mi się, że powiedziałem tylko to jedno zdanie, ale mówię dalej. Muszę opowiedzieć im co dokładnie się wydarzyło, żeby zobaczyli dlaczego nie wierzę w opowieści o Pilocie. – Mój ojciec kiedyś zbierał wszystkich mieszkańców na spotkania.
Przypominam sobie, jakie ekscytujące zawsze były te zebrania, kiedy wszyscy siadali obok siebie na ławkach i rozmawiali ze sobą. Ich twarze rozjaśniały się kiedy do sali wchodził mój ojciec. – Ojciec wiedział jak odłączyć port w wiosce tak, by Społeczeństwo się o tym nie dowiedziało. Tak mu się przynajmniej wydawało. Nie wiem czy port dalej działał, czy ktoś doniósł Społeczeństwu na mojego ojca. W trakcie jednego ze spotkać był nalot. Prawie wszyscy zginęli.
- Czy Twój ojciec był Pilotem? – nieco onieśmielonym głosem pyta Eli.
- Jeśli był, to teraz jest martwy – odpowiadam – I razem z nim zginęła praktycznie cała nasza wioska.
- To nie on ich zabił – odzywa się Vick – Nie możesz go za to winić.
Mogę i właśnie tak jest, ale wiem, że Vick ma w pewnym sensie rację.
- Czy to Społeczeństwo czy Wróg ich zabili? – po chwili pyta Vick.
- Samoloty wyglądały jak te, których używa Wróg – przyznaję – ale Społeczeństwo nie pojawiło się dopóki cały nalot się nie zakończył. To było coś niecodziennego. Do tamtej pory przynajmniej udawali, że o nas walczą.
- A gdzie Ty byłeś kiedy to się wydarzyło? – dalej pyta Vick.
- Poszedłem na podgórze zobaczyć jak pada deszcz.
- Jak Ci skazańcy, którzy próbowali dotrzeć do śniegu – mówi, jakby sam do siebie Vick – Ale Ty nie zginąłeś.
- Nie, ich samoloty mnie nie zauważyły.
- Miałeś szczęście – przyznaje Vick.
- Społeczeństwo nie wierzy w coś takiego jak szczęście – odzywa się Eli.
- To jest jedyna rzecz, w jaką ja wierzę – odpowiada mu Vick – w szczęście lub nieszczęście, a wydaje mi się, że ostatnio ciągnie się za nami nieszczęście.
- Nieprawda – protestuje Eli – Uciekliśmy od Społeczeństwa i dotarliśmy do kanionów. Odnaleźliśmy jaskinię z mapami i uciekliśmy z osady zanim ktokolwiek nas tam znalazł.
Pozostaję niewzruszony. Nie wierzę w Społeczeństwo, ani w Powstańców czy Pilota, w szczęście czy nieszczęście. Ja wierzę w Cassię. Jeśli musiałbym przyznać, że wierzę w coś więcej to byłoby to bycie albo nie bycie.
Teraz jestem i chcę aby tak pozostało.
- Ruszamy – wołam chłopaków, zwijając mapę.

O zmierzchu decydujemy, że będziemy nocować w jednej z jaskiń oznaczonych na mapie. Kiedy przeciskamy się przez wąskie wejście światła latarek pokazują malunki i ryciny na ścianach wkoło.
Eli zatrzymuje jak wryty. Wiem, co teraz czuje.
Pamiętam jak sam widziałem te rysunki po raz pierwszy. Było to niedaleko naszej wioski. Moi rodzie zabrali mnie tam, kiedy byłem jeszcze małym chłopcem. Próbowałem odgadywać, co mogą oznaczać te symbole. Mój ojciec kopiował te znaki na piasku. To było jeszcze zanim nauczył się pisać. Zawsze chciał się uczyć i szukał nowych znaczeń we wszystkim co widział. W każdym symbolu, każdym słowie i w każdej sytuacji. Jeśli nie odnajdował niczego szczególnego, sam nadawał tym rzeczom nowe znaczenie.
Ta jaskinia faktycznie jest niesamowita. Rysunki są pełne koloru i każdy kawałek ściany jest wypełniony szczegółowymi obrazami. Odwrotnie niż zazwyczaj, kiedy wchodzi się głębiej robi się jaśniej, a nie ciemniej.
- Kto to namalował? – pyta po chwili Eli, przerywając ciszę.
- Na pewno wielu – odpowiadam – Malunki wyglądają jakby zostały wykonane niedawno. Podejrzewam, że namalowani je farmerzy z tych stron. Te ryciny są starsze.
- Dużo starsze? – dopytuje Eli.
- Sprzed tysięcy lat – odpowiadam spokojnie.
Najstarsze ryciny ilustrują ludzi o pochylonych posturach i szerokich ramionach. Wyglądają na bardzo silnych. Niektórzy z narysowanych wydają się sięgać w stronę nieba. Przyglądam się im przez dłuższą chwilę, w te wyciągnięte do góry ręce i przypominam sobie ostatni raz kiedy widziałem Cassie.

Ludzie Społeczeństwa odszukali mnie wczesnym rankiem. Na niebie bledły gwiazdy, słońce jeszcze nie wzeszło. W tym czasie między nocą a dniem najłatwiej jest coś zabrać.
Obudziłem się dokładnie w momencie kiedy wyciągali po mnie swoje ręce, otwierali usta by wyrecytować słowa, które zawsze powtarzali w takich chwilach: Nie ma się czego obawiać. Chodź z nami. Uderzyłem ich zanim zdążyli wypowiedzieć cokolwiek. Zadałem im ból zanim mogli mnie zabrać by zadać go mnie. Każda komórka mojego ciała kazała mi walczyć, więc to właśnie robiłem.
Walczyłem, bo przy Cassi odnalazłem spokój, a oni chcieli mi to odebrać. Walczyłem bo wiedziałem, że ona może dać mi wiele więcej, a to jednocześnie rozpalało we mnie ogień i uspokajało niczym fale oceanu.
Moja walka nie trwała długo. Ich było sześciu, a ja tylko jeden. Patrick i Aida jeszcze wtedy spali. Chodź cicho – mówili Oficerowie. Tak będzie łatwiej dla wszystkich, chyba nie chcesz żebyśmy Cię zakneblowali?
Pokręciłem przecząco głową.
Klasyfikacja zawsze wychodzi na jaw, tak czy inaczej – jeden z nich odezwał się do pozostałych – Ten ponoć miał być łatwym przypadkiem, był podporządkowany przez wiele lat. A tu proszę, Aberracja zawsze będzie Aberracją.
Byliśmy prawie na zewnątrz kiedy Aida nas zobaczyła.
Wychodziliśmy na pustą o tej porze ulicę, a Aida krzyczała za nami, Patrick mówił coś niskim i spokojnym głosem.
Nie. Nie chcę myśleć o Patricku i Aidzie, ani o tym co się wydarzyło później. Kocham ich bardziej niż kogokolwiek na świecie poza Cassią i jeśli kiedykolwiek ją odnajdę, zacznę szukać i ich. Teraz nie mogę o nich myśleć za długo – o rodzicach, którzy przygarnęli mnie, a w zamian nie otrzymali nic poza jeszcze większą stratą. To było bardzo odważne z ich strony pokochać znów. Dzięki temu uwierzyłem, że i ja mogę kogoś obdarzyć takim uczuciem.
Krew w moich ustach i w moich żyłach buzowała tylko czekając na wybuch. Głowę miałem nisko, ręce skrępowane za plecami.
I wtedy.
Moje imię.
Wykrzykiwała moje imię przed wszystkimi, którzy się pojawili. Nie dbała o to, że ktoś się dowie, że mnie kocha. Ja zacząłem ją wołać po imieniu. Widziałem jej splątane włosy, bose stopy, jej oczy wpatrzone tylko we mnie… Wtedy podniosła rękę i wskazała niebo.
Wiem, że to miało znaczyć, że zawsze mnie zapamiętasz Cassio, ale boję się, że jednak mogłaś zapomnieć.

Przesuwamy mniejsze kamienie i kawałki drewna by mieć miejsce na odpoczynek. Część z tych kamieni to krzemienie, których używano zapewnie do rozpalania ognia w jaskini. W moje ręce wpada też kawałek piaskowca, niemalże idealnie okrągły.
- Myślisz, że jacyś farmerzy obozowali tu w drodze z Kanionu? – pyta Eli.
- Nie wiem – odpowiadam – Możliwe. To miejsce wygląda na często używane. Dostrzegam zwęglone koła pozostałe po ogniskach, nieco rozmazane ślady stóp na piasku, a także kości zwierząt, upieczonych i zjedzonych w tym miejscu.
Eli szybko zasypia, jak zwykle. Ułożył się przy ścianie na której narysowana postać wznosi swoje ręce do góry.
- Co ze sobą wziąłeś? – pytam Vicka sięgając po plecak, do którego schowałem rzeczy zabrane z jaskini-biblioteki. W pośpiechu każdy z nas zabrał kilka książek i papierów bez zbytniego przyglądania się im.
Vick zaczyna się śmiać.
- O co chodzi?
- Mam nadzieję, że Ty masz coś lepszego niż ja – mówi, pokazując, co zabrał. Złapał stosik zwykłych brązowych ulotek – To wyglądało jak coś, co widziałem kiedyś w Tanie. Okazuje się, że te wszystkie kartki są takie same.
- Co na nich jest? – pytam.
- Jakaś historyjka– odpowiada.
- Mimo wszystko, mogą się okazać wartościowe – odpowiadam – A jeśli nie, mogę dać Ci kilka tych, które ja zabrałem. Mi poszło lepiej niż Vickowi, mam nieco poezji i dwie książki pełne opowiadań, które nie należą do Stu. Zerkam na plecak Eliego.
- Będziemy musieli zapytać Eliego, co zabrał kiedy się obudzi.
Vick przegląda kilka kartek – Czekaj, tu mam coś interesującego – podaje mi jedną z ulotek, otwartą na pierwszej stronie.
Papier jest nieco rozmiękły. Tani, masowo produkowany gdzieś na skraju Społeczeństwa przy użyciu starego sprzętu, najpewniej skradzionego z jakiegoś magazynu. Otwieram ulotkę i czytam przy świetle latarki:

POWSTANIE

Krótka historia naszego buntu wobec Społeczeństwa.

Powstanie zaczęło istnieć w momencie powstania Stu Komitetów.
Rok przed tym jak rozpoczęło się Sto Wyborów, Wskaźnik Zwalczania Raka wynosił 85,1 procent. To była pierwsza oznaka porażki, za którą odpowiedzialna była Inicjatywa wobec Zwalczania Raka. Społeczeństwo nie przyjęło tego dobrze. Mimo, że ich chęć osiągnięcia perfekcji we wszystkim była niemożliwa do wykonania, zdecydowali, że w tej kwestii osiągnięcie 100 procent jest jednym z najważniejszych priorytetów. Wiedzieli, że dokonanie tego będzie wymagało ogromnego zaangażowania i oddania.
Zdecydowali skupić wszystkie swoje wysiłki na podniesienie produktywności i zdrowia fizycznego. Ci na najwyższych szczeblach Władzy zagłosowali za usunięciem takich zakłóceń jak zbędna poezja i muzyka, przy jednoczesnym zachowaniu optymalnej ich ilości dla zaspokojenia potrzeb doświadczania sztuki. Sto Komitetów, oddzielnie dla każdego rodzaju sztuki zostało powołanych do dokonania wyboru.
To był początek wykorzystywania władzy przez Społeczeństwo. Zlikwidowali też ustawę, według której każde pokolenie miało prawo do głosowania czy chce żyć według zasad Społeczeństwa. Zaczęto usuwać Anomalie i Aberracje z ogólnej populacji i izolować albo eliminować tych, którzy sprawiali najwięcej problemów.
Jednym z wierszy, których nie aprobowało Społeczeństwo był wiersz Tennysona „Przekraczając brzeg”. Jego tytuł stał się niepisanym hasłem członków naszego powstania. Utwór ten odnosi się do dwóch ważnych dla Powstańców aspektów:
1. Lider, nazwany Pilotem kieruje Powstańcami,
2. Ci, którzy należą do Powstania wierzą, że możliwy jest powrót do lepszych dni Społeczeństwa – to czasów sprzed Stu Wyborów.
Niektóre Anomalie, które uciekły ze Społeczeństwa dołączyły do Powstania. Mimo, że Powstańcy są w każdej części Społeczeństwa, najsilniejsze grupy są w Zewnętrznych i Granicznych Prowincjach, dokładnie tam gdzie Aberracje zostały zesłane i rosną w siłę od nadejścia Stu Komitetów.

- Wiedziałeś o tym wszystkim? – pyta Vick.
- Tylko część – przyznaję – Wiedziałem o Pilocie i Powstańcach. Wiedziałem też oczywiście o Stu Komitetach.
- I o likwidowaniu Aberracji i Anomalii – Vick dodaje.
- Racja – odpowiadam szorstkim głosem.
- Kiedy usłyszałem jak recytujesz wiersz nad pierwszym chłopakiem, którego wrzucaliśmy do rzeki – mówi dalej Vick – pomyślałem, że może mówiąc to chcesz mi dać do zrozumienia, że należysz do Powstańców.
- Nie – odpowiadam.
- Nawet wtedy, kiedy Twój ojciec był ich liderem?
- Nie – odpowiadam, ale nie mówię niczego więcej. Nie zgadzam się z tym, co robił ojciec ale też nie potępiam go. To kolejna cienka linia, której nie chcę przekraczać, by nie znaleźć się po jej złej stronie.
- Nikt z pozostałych nie rozpoznał tych słów – mówi Vick – Myślisz, że inne Aberracje mogły wiedzieć o Powstaniu i opowiadać o nim swoim dzieciom?
- Być może Ci, którzy zdołali uciec zanim Społeczeństwo zaczęło nas zsyłać do wiosek – odpowiadam.
- Farmerzy też nie należeli do Powstania. Myślałem, że może dlatego nas do nich prowadzisz – żebyśmy i my mogli do nich dołączyć.
- Nigdzie was nie prowadzę – odpowiadam na pytające spojrzenie Vicka – Farmerzy wiedzieli o Powstaniu, ale nie sądzę, żeby byli jego częścią.
- Nie wiesz zbyt wiele – z pewnego rodzaju niesmakiem mówi Vick.
Nie mogę powstrzymać śmiechu – Masz rację – przyznaję – Nie wiem.
- Myślałem, że jest w tym jakiś większy cel – mówi zamyślony Vick – Zebrać ludzi, by zaprowadzić ich do Powstańców. A ty przyszedłeś tu by uratować siebie i wrócić do dziewczyny, w której jesteś zakochany. To wszystko.
- To wszystko – zgadzam się. Taka jest prawda. Może teraz myśleć o mnie sobie co chce.
- Dobry powód – odzywa się Vick – Dobranoc.

Kiedy drapię skałę kawałkiem agatu trzymanym w ręce, zostawia biały ślad. Ten kompas nie działa, to już wiem. Nie da się go otworzyć. Jego strzałki nigdy się nie obrócą, ale mimo to dalej go rzeźbię. Muszę znaleźć jeszcze jeden kawałek agatu.
Kiedy tamtych dwoje śpi, ja kończę swój kompas. Gdy jest już gotowy, obracam go w dłoni tak by strzałki pokazywały kierunek, który jak myślę powinien być północą i wtedy kładę się spać. Czy Cassia ma jeszcze ten prawdziwy kompas, który zachowali dla mnie ciocia i wujek?

Ona znów stoi na szczycie wzgórza. W jej dłoni błyszczy mały, złoty przedmiot: kompas. Kąg jaśniejszego złota pojawia się na horyzoncie: to wschód słońca.
Otwiera kompas i spogląda na strzałkę.
Łzy na jej policzkach rozwiewa wiatr.
Jej sukienka dotyka trawy kiedy pochyla się by odłożyć kompas na ziemi. Kiedy znów się podnosi jej ręce są już puste.
Xander stoi tuż za nią. Wyciąga do niej swoje ręce.
– Jego tu nie ma – mówi jej – A ja jestem. Jego głos jest smutny ale pełny nadziei.
Nie! chciałbym zaprzeczyć ale Xander mówi prawdę. Nie ma mnie tam, nie tak naprawdę. Jestem jedynie cieniem spoglądającym znad chmur. Oni są prawdziwi. Ja już nie.

- Ky? – Eli woła moje imię potrząsając mnie za ramiona – Ky, obudź się. Co się dzieje?
Vick świeci latarką rażąc mnie w oczy – Miałeś zły sen – mówi – O czym?
Kręcę przecząco głową – O niczym – odpowiadam, spoglądając na kamień w mojej dłoni.
Strzałka tego kompasu pozostaje w tym samym miejscu. Nie rusza się. Pozostaje niezmienna. Tak jak moje uczucie do Cassi. Zamknięte w jednej idei, jednym marzeniu. Jedyna niezmienna rzecz, kiedy dookoła mnie wszystko zamienia się w pył.

tłumaczenie… choć nie takie, jak powinno być…

Moi drodzy,
Wiem, że jest Was kilka (może nawet kilkanaście) osób, które czekają na dalszą część tłumaczenia…
Ono się pisze, na prawdę! :) tyle, że tak wiele dzieje się w moim życiu, że najzwyczajniej w świecie nie mam czasu na Crossed… Rozdział 15 jest już w ponad połowie gotowy… nie chciałabym się jednak rozdrabniać i wrzucać rozdziały w kawałkach dlatego proszę o cierpliwość… obiecałam sobie, że do końca miesiąca skończę go i wrzucę :)

Rozdział XIV

Czekam na świt owinięta w kurtkę. Tu na dole mogę chodzić i spać ukryta głęboko tak, że Społeczeństwo mnie nie widzi. Zaczynam wierzyć, że oni naprawdę nie wiedzą gdzie jestem. Uciekłam. To dziwne uczucie.
Przez całe swoje życie byłam obserwowana. Społeczeństwo widziało jak chodzę do szkoły, jak uczę się pływać, jak wchodziłam na swój Bankiet Doboru. Widzieli moją sukienkę. Kiedy moje dane wydały im się interesujące, tak jak zrobiła to moja pani Oficer, zaczęli nagrywać moje reakcje.
I choć to zupełnie inny rodzaj obserwacji – moja rodzina również mnie obserwowała.
Pod koniec życia Dziadek często siadał w oknie i patrzył na zachodzące słońce. Zastanawiałam się wtedy czy nie śpi przez całą noc, żeby zobaczyć jak słońce wstaje następnego dnia. Czy którejś z tych nieprzespanych nocy zdecydował, że odda mi swoje wiersze?
Udaję, że Dziadek nie zniknął tylko unosi się nad tym wszystkim i mają do wyboru każde miejsce na świecie, obserwuje małą dziewczynę skuloną w kanionie. Zastanawia się kiedy się obudzę i ruszę widząc, że świt ogarnia już ziemię.
Czy Dziadek wiedział, że znajdę się w tym miejscu?
- Obudziłaś się już? – pyta Indie.
- Nawet nie zasnęłam – odpowiadam, choć nie jestem pewna, że to prawda. Czy moja wizja Dziadka nie była właśnie snem?
- Możemy ruszyć za kilka minut – mówi Indie. W ciągu kilku sekund od jej słów, światło się zmienia. Wyraźniej widzę jej twarz.
Indie wybrała dobre miejsce, muszę jej to przyznać. Ściany skalne nie są tak wysokie i urwiste jak w innych miejscach, a odłamane kawałki skał tworzą niemalże schody.
Mimo to, ściany skalne kanionu są zniechęcające, a ja nie mam dużej praktyki we wspinaniu – tylko tyle ile nauczyłam się wczoraj zanim poszłyśmy spać.
Indie wyciąga rękę w apodyktycznym geście – Podaj mu swój plecak.
- Co?
- Nie jesteś przyzwyczajona do wspinania – mówi Indie spokojnie – Włożę Twoje rzeczy do mojego, a Ty będziesz niosła pusty plecak. Tak będzie łatwiej. Nie chcę żeby ciężar przechylił Cię, żebyś spadła.
- Jesteś pewna? – czuję, że jeśli Indie będzie niosła wszystkie nasze rzeczy będzie miała zbyt wiele. Nie chcę oddawać tabletek.
Indie spogląda niecierpliwie – Wiem co robię. Tak jak Ty wiedziałaś o tych roślinach – marszczy brwi – Daj spokój. Zaufałaś mi w samolocie.
Ma rację, a to przypomniało mi o czymś – Indie? – pytam – Co takiego Ty miałaś? Co takiego chowałam za Ciebie w samolocie?
- Nic.
- Nic? – powtarzam za nią zaskoczona.
- Nie sądziłam, że mi zaufasz dopóki nie będziesz pewna, że i ja miałam coś do stracenia – mówi krzywiąc się.
- Ale w wiosce, wydawało mi się, że coś ode mnie odbierasz – mówię.
- Wiem – odpowiada bez cienia przeprosin w jej głosie. Kręcę głową i wbrew sobie zaczynam się śmiać i zsuwam plecak podając go Indie.
Ona otwiera go i wyciąga całą zawartość – latarkę, liście rośliny, pustą menażkę, niebieskie tabletki – i wkłada wszystko to swojego plecaka.
Nagle czuję się winna. Przecież równie dobrze to ja mogłam zabrać wszystkie tabletki, a ona zaufała mi – Powinnaś zatrzymać dla siebie część tabletek – mówię – Dla siebie.
Wyraz twarzy Indie zmienia się. – Oh – mówi tylko ostrożnym głosem – W porządku.
Oddaje mi pusty plecak a ja zakładam go na ramiona. Wspinamy się w kurtkach, przez co jesteśmy cięższe, ale Indie uważa, że lepiej iść tak, niż nieść kurtki w rękach. Zarzuca sobie plecak na plecy – Gotowa? – pyta.
- Tak mi się wydaje – odpowiadam spoglądając na skały.
- Idź za mną – mówi – Będę Cię instruowała. Układa dłonie na skale i podciąga się. W przypływie energii by za nią nadążyć łapię za skałę i odrywam jej mały kawałek. Kamienie się osuwają a ja staram się utrzymać równowagę.
- Nie patrz w dół – mówi Indie.

Wspinanie się zajmuje dużo więcej czasu niż spadanie.
Zaskakujące dla mnie jest to ile czasu trwa trzymanie się i czekanie, decydowanie gdzie zrobić kolejny krok. Moje palce trzymają się skał najmocniej jak potrafią. Skupiam się na tym co robię, w jakiś sposób, choć nie myślę o Ky’u, jestem całkowicie pochłonięta myślami o nim. A to dlatego, że robię dokładnie to, co robiłby on.
Ściany kanionu są rdzawo czerwone z czarnymi smugami. Nie jestem pewna skąd te czarne smugi, wygląda to tak, jakby fale smoły zalały te skały wiele lat temu.
- Dobrze Ci idzie – chwali mnie Indie, kiedy przybliżam się do niej – Teraz czeka nas najtrudniejsze podejście – mówi, wskazując do góry – Daj mi spróbować, poczekaj na mnie.
Siadam więc na skalnej półce opierając się plecami o skałę. Bolą mnie ramiona od ciągłego trzymania się skał. Chciałabym żeby skały podtrzymywały nas i otulały kiedy się do nich przylepiamy, ale tak nie jest.
- Już chyba wiem jak to przejść – Indie woła mnie miękkim głosem – Kiedy wejdziesz tu…
Słyszę spadające kamienie i dźwięk skóry ocierającej się o skałę. Stoję niepewnie na skalnej półce – Indie!
Wisi koło mnie trzymając się skał rękoma. Jedna z jej nóg jest tuż koło mojej twarzy, podrapana i krwawiąca. Słyszę, że przeklina.
- Wszystko w porządku? – dopytuję.
- Pchaj – mówi szorstkim głosem – Popchnij mnie do góry.
Układam ręce na podeszwie jej buta, zniszczonego przez bieg po równinie, zakurzonego od ziemi w Kanionie.
Przez jeden okropny moment Indie opiera ciężar swojego ciała na moich rękach, jest bardzo ciężka, a wiem, że nie może znaleźć skały, której mogłaby się chwycić. Sekundę później już jej nie czuję. Na moich dłoniach pozostaje jedynie ślad jej buta.
- Jestem na górze – woła do mnie – Przejdź do swojej lewej strony. Pokieruję cię.
- Czy to bezpieczne? Jesteś pewna, że wszystko w porządku?
- To była moja wina. Te skały są bardziej miękkie niż te, po których wspinałam się wcześniej. Stanęłam na tamtym kamieniu ze zbyt dużą siłą i dlatego się oberwał.
Zadrapania na jej nodze zaprzeczają jej słowom, że skały są miękkie, ale wiem, co ma na myśli. Tutaj wszystko jest inne. Zatrute rzeki, zmiękczone skały. Nigdy nie można być pewnym na co się trafi. Co wytrzyma, a co nie.

Druga część podejścia idzie już gładko. Indie miała rację – urwisty fragment był najtrudniejszy do przejścia. Wczepiałam się w skały jedynie opuszkami palców, zmuszając stawy do ciągłego zgięcia a nogi do utrzymania się bez poślizgnięć. Ramiona i łokcie starałam się trzymać tuż przy skałach, traktowałam swoje ubrania tak, jak kazała mi Indie – jak rzep, który ma trzymać moje ciało tuż przy skale.
- Już prawie jesteśmy – powiedziała ponad mną – Daj mi chwilę na wejście. To nie powinno być trudne.
Staram się złapać oddech wciskając się w szczelinę. Skała przytrzymuje mnie, a ja uśmiecham się, zdając sobie sprawę z tego, jak wysoko weszłyśmy.
Ky byłby tym zachwycony. Może i on się wspina.
Jeszcze jeden wysiłek i będę na szczycie.
Nie będę spoglądać w dół ani na boki, będę patrzeć tylko przed siebie. Pusty plecak przesuwa się po moim ramieniu, delikatnie poprawiam go utrzymując równowagę i nie puszczając się skał. Trzymaj się. Poczekaj. Skrzydlate, małe coś przelatuje koło mnie, co bardzo mnie dziwi. Żeby się uspokoić przypominam sobie wiersz, który Ky podarował mi na moje urodziny:
I wstałem
W deszczach jesieni,
By odejść w świat w przelotnej mżawce moich dni.
Teraz tutaj, trzymając się kurczowo skały czuję się jakbym była samotnym stworzeniem, które zostało tu porzucone przez cofającą się falę. Próbuję się wspiąć do miejsca, gdzie mógł być Ky. A nawet jeśli jego tam nie ma, odnajdę go. Będę się wspinać znów i znów, aż nasze drogi się zejdą.
Zatrzymuję się na chwilę by odzyskać równowagę i wtedy, mimo woli zaglądam przez ramię.
Widok tu jest zupełnie inny od tego, który oglądałam razem z Ky’em ze szczytu Wzgórza. Tu nie ma żadnych domów, żadnego Ratusza, żadnych budynków. Widać jedynie piasek, skały i mizerne drzewa. Znów czuję, jakby Ky pomagał mi w tej wspinaczce.
- Już prawie jestem – szepcę do niego i do Indie.
Podciągam się na brzeg i z uśmiechem podnoszę na nogi. Wtedy spoglądam przed siebie.
Nie jesteśmy tutaj same.

Teraz już wiem dlaczego to miejsce nazywają pogorzeliskiem. Wszędzie widać tylko popiół. Wiatr przemierzający Kanion rozdmuchuje ten pył, który dostaje się do oczu, wywołując łzy.
To pozostałości po jakimś pożarze, staram się sobie przetłumaczyć. Wszędzie widać spopielone pnie drzew, a do nieba unosi się jeszcze dym.
Wystarczy jedno spojrzenie na twarz Indie i wiem, że ona zna prawdę, która trafia i do mojej świadomości. Poczerniałe kształty rozsiane po całym terenie to nie pnie drzew. To całkowicie realne tuziny spalonych ciał na szczycie kanionu.
Indie pochyla się i podnosi coś z ziemi. Nadpalony kawałek liny, w większości nieuszkodzony.
- Chodźmy – mówi, a popiół z liny brudzi jej ręce. Odruchowo podnosi rękę by poprawić kosmyk swoich rudych włosów opadający jej na czoło i przypadkowo brudzi sobie twarz popiołem.
Spoglądam na ciała. Dostrzegam na ich ciałach jakieś znaki, niebieskie, powykręcane linie. Ciekawe co mogły oznaczać?

Po co tu weszliście? Jak zrobiliście tą linę? Czego jeszcze nauczyliście się tu, kiedy my wszyscy o was zapomnieliśmy? Lub nawet nie wiedzieliśmy o waszym istnieniu?

- Jak długo oni nie żyją? – pytam.
- Wystarczająco długo – odpowiada Indie – Tydzień albo i więcej. Nie jestem pewna – w jej głosie słychać szorstkość – Ktokolwiek to zrobił, może wrócić. Musimy stąd iść.
Kątem oka dostrzegam ruch i odwracam się w jego stronę. Wysokie czerwone flagi powiewają mocno trzepocząc na wietrze. Mimo, że są one wbite w ziemię a nie przywiązane do drzew przypominają mi o czerwonych wstążkach, które razem z Ky’em zostawialiśmy na Wzgórzu.
Kto zaznaczył tą ziemię? Kto zabił tych wszystkich ludzi? Społeczeństwo? Wróg?
Gdzie są Powstańcy?
- Cassia, musimy iść. Już – Indie odzywa się do mnie
- Nie – odpowiadam – Nie możemy ich tutaj zostawić.
Czy to oni byli Powstańcami?
- W ten sposób umierają Anomalie – Indie tłumaczy stanowczym głosem – My we dwie nie jesteśmy w stanie tego zmienić. Musimy poszukać innych.
- A może to są ludzie, których próbowałyśmy odnaleźć? – pytam. Proszę, niech Powstańcy nie znikną zanim nie spróbujemy ich odnaleźć.
Oh, Ky, myślę. Nigdy bym nie podejrzewała, że to właśnie taką śmierć musiałeś oglądać.
Przebiegam z Indie przez szczyt zostawiając ciała za sobą. Ky wciąż żyję, powtarzam sobie. Musi żyć.
Na niebie jest tylko słońce. Nic nie lata. Tutaj nie ma nawet aniołów.

Odrobina tłumaczenia

Wiem, że minęło wiele czasu od ostatniego wpisu. Przepraszam wszystkich, nie wyrabiam czasowo z natłokiem obowiązków. Tłumaczę dalej, powoli choć do przodu. Niedługo pojawi się kolejny rozdział i mam nadzieję, że szybko wrócę do regularnych wpisów.

Rozdział XIII (cz. 2)

Ciągnie nas by przyjrzeć się domom. Wydaje się, że minęło bardzo dużo czasu odkąd widzieliśmy miejsce zbudowane przez prawdziwych ludzi z intencją do pozostania. Budynki są już nieco zniszczone, zbudowane z kamienia i szarego drewna. Eli wchodzi po schodach do jednego z nich. Vick i ja podążamy za nim.
- Ky – Eli woła, kiedy tylko przekracza prób domu – Zobacz to.
To, co widzimy w środku sprawia, że zaczynam jeszcze raz myśleć o opuszczeniu tej osady przez jej mieszkańców. Najwidoczniej był w tej wyprowadzce element paniki. W innym wypadku, nie zostawiliby swoich domów w takim stanie.
Po ścianach można poznać, że ich wyprowadzce towarzyszył pośpiech. Jakby mieli za mało czasu. Wciąż na ścianach namalowane są obrazy, a gdyby farmerzy mieli więcej czasu, na pewno wyczyściliby ściany do czysta. Te malowidła są zbyt osobiste i mówią zbyt wiele.
W tym domu na ścianie namalowana jest łódź zacumowana na pierzastych chmurach w niebie. W rogu istnieje podpis artysty, który to stworzył. To jest właśnie to miejsce, którego tak długo szukałem, a mimo to dalej ciężko mi uwierzyć, że tu jestem.
To w tej osadzie uczył się mój ojciec.
O pisaniu.
O malowaniu.
- Zatrzymajmy się tu – odzywa się Eli – Mają tu łóżka. Możemy zostać tu na zawsze.
- Nie zapomniałeś o czymś ważnym? – pyta go Vick – Ludzie, którzy tu mieszkali nie odeszli stąd bez powodu.
Przytakuję – Musimy poszukać mapy i czegoś do jedzenia. Potem ruszamy dalej. Sprawdźmy jaskinie.
Przeszukujemy wszystkie jaskinie wzdłuż kanionu. W niektórych odnajdujemy rysunki skalne, podobne do tych w domach, ale nie ma tam ani skrawka papieru.
To oni nauczyli go pisać. Jestem tego pewien. Gdzie zatem ukrywają swoje słowa? Nie byliby w stanie zabrać wszystkiego. Słońce już prawie zaszło i kolory na obrazach zlewają się w szarość w gasnącym świetle. Spoglądam na ściany jaskini, którą przeszukujemy.
- Ten jest jakiś dziwny – mówi Eli przyglądając się jednemu z malowideł – Jakby brakowało mu elementów. Świeci latarką wprost na skalną ścianę, które zostały zniszczone przez wodę i jedynie na górze widać pozostałości po obrazie – widać jedynie kawałek kobiecej twarzy, jej oczy i czoło.
- Jest podobna do mojej matki – mówi miękko Eli.
Zaskoczony spoglądam na niego. To samo właśnie przeszło mi przez myśl, kiedy spojrzałem na rysunek, choć mojej matki przecież nigdy tu nie było. Zastanawiam się czy to słowo, matka, jest tak samo ważne dla niego jak jest dla mnie. Być może ważniejsze bardziej niż ojciec. Dlatego, że wobec matki nie czuję żadnego gniewu. Jedynie poczucie straty, a tego uczucia nie jest się wcale łatwo pozbyć.
- Wiem, gdzie mogli ukryć mapy- odzywa się nagle Eli. Dostrzegam błysk w jego oku, którego do tej pory nie widziałem i zastanawiam się czy lubię go tak bardzo ponieważ przypomina mi Brama, czy bardziej dlatego, że przypomina mi mnie. Byłem mniej więcej w jego wieku kiedy ukradłem czerwone tabletki rodzicom Xandera.
Zaraz po przyjeździe do Orii, dziwnie było mi oglądać ludzi masowo wychodzących ze swoich domów do pracy. Mój niepokój wzbudzał sposób ich chodzenia, monotonia codziennych wędrówek do napowietrznej kolejki. Udawałem więc, że ulice są wyschniętym korytem rzeki, którą znałem z domu, a ludzie byli wodą po deszczu, która zamieniała suchą ziemię w strumień. Wmawiałem sobie, że ludzie w szarych i niebieskich ubraniach roboczych są niczym więcej jak tylko kolejnym elementem otaczającej mnie przyrody.
To nie przyniosło mi niczego dobrego. Zgubiłem się pewnego dnia i Xander zobaczył, że używam kompasu by znaleźć drogę powrotną do domu. Zagroził wtedy, że doniesie na Patricka, za to, że pozwolił mi zatrzymać kompas, chyba że ukradnę dla niego kilka czerwonych tabletek.
Xander musiał już wtedy wiedzieć, że jestem Aberracją. Nie wiem, w jaki sposób domyślił się tego tak szybko, nigdy nie rozmawialiśmy na ten temat. W sumie to wcale nie ma znaczenia. To była dla mnie ważna lekcja. Nie można udawać, że jakieś miejsce jest podobne do innego, nie można też szukać podobieństw. Należy szukać tego, co jest istotą danego miejsca.
- Gdzie, Eli? – pytam.
Eli milczy przez chwilę, cały czas uśmiechając się, znam dokładnie ten rodzaj uśmiechu – chwila przed wyjawieniem czegoś, czego nikt nie wie.
Trzymam otwartą dłoń tuż przed Xanderem pokazując mu dwie czerwone tabletki, które ukradłem. Nie sądził, że jestem w stanie to zrobić. Chciałem, żeby się ze mną liczył, nawet jeśli byłem Aberracją. Ten jeden raz chciałem, żeby ktoś wiedział, że nie zawsze wszystko było mi obojętne, tak jak jest teraz. W tej jednej chwili czułem się silny. Czułem się jak musiał czuć się mój ojciec.
- Tam, gdzie woda nie może dosięgnąć – odpowiada Eli, wciąż wpatrując się w rysunek kobiety, który został zniszczony – Jaskinie z cennymi rzeczami muszą znajdować się wyżej.
- Powinienem był się tego domyślić – mówię kiedy szybkim krokiem wychodzimy z jaskini by dokładnie przyjrzeć się klifom. Mój ojciec opowiadał mi o powodziach. Czasami farmerzy mogli je przewidzieć obserwując nurt rzeki. Innym razem powódź przychodziła niespodziewanie. Musieli zbudować swoje siedliska nisko, bo tam było zdecydowanie więcej miejsca, lecz kiedy przychodziły powodzie przenosili się do jaskiń znajdujących się wyżej.
Linia oddzielająca tych, którzy przeżywają i tych którzy tracą życie jest w Kanionie bardzo cienka, mówił mój ojciec. Codziennie masz nadzieje, że stoisz po odpowiedniej jej stronie.
Teraz, gdy wiemy czego szukać, ślady starych powodzi są wszędzie – ślady poziomu wody na skałach, martwe drzewa, które ucierpiały pod naporem siły wody. Siła z jaką wszystko tu było niszczone mogłaby rzucić na kolana nawet Społeczeństwo.
- A ja zawsze myślałem, że najbezpieczniej jest zakopywać rzeczy – odzywa się Vick.
- Nie zawsze – odpowiadam, przypominając sobie Wzgórze – Czasami bezpieczniej jest zabrać coś najwyżej jak tylko jest się w stanie.

Prawie godzinę zajmuje nam odnalezienie tego, czego szukamy. Z dołu prawie wcale nie można tego dostrzec – farmerzy wcieli się w klif, tak by zlewało się to dokładnie ze ścianami kanionów. Idziemy ścieżką coraz wyżej i wyżej, aż okrążamy klif i znajdujemy zaułek niewidoczny z dołu. Jestem niemal pewien, że z góry też tego go nie widać. Jedynie, jeśli jesteś na tyle odważny by wejść aż tu i przyjrzeć się dokładnie można to dostrzec.
Kiedy jesteśmy na miejscu dostrzegamy jaskinie.
Stanowią idealne miejsce do przechowywania przedmiotów – są wysokie i schowane. Do tego są też suche. Vick pewnym krokiem chodzi do środka jako pierwszy.
- Jest tam jakieś jedzenie? – pyta Eli, a jego brzuch zaczyna burczeć. Uśmiecham się z ulgą. Porcjowaliśmy nasze jedzenie bardzo dokładanie i dotarliśmy do tego siedliska w samą porę.
- Nie ma – odpowiada Vick – Ky, chodź tu i spójrz na to.
Schylam się nieco by wejść do środka, a po wejściu dostrzegam jedynie kilka skrzyń i futerałów. Tuż przy wyjściu zauważam ślady i odciski stóp kogoś, kto niedawno wyciągnął stąd coś i przeniósł gdzieś indziej.
Już kiedyś widziałem podobne skrzynie. – Uważaj – mówię Vickowi i podważam jedną z nich, ostrożnie zaglądając do środka. Przewody. Materiały wybuchowe, konsolety. Cały ten sprzęt wygląda jak ten, którym posługuje się Społeczeństwo.
Czy to możliwe, że farmerzy byli w komitywie ze Społeczeństwem? To raczej mało prawdopodobne. Bardziej realne jest to, że farmerzy ukradli te rzeczy lub wymienili się z kimś za nie na czarnym rynku. Zbieranie takiego arsenału musiało zabrać całe lata.
Co stało się z resztą skrzyń, które na pewno się tu znajdowały?
Eli chce bliżej przyjrzeć się zawartości skrzyni, lecz powstrzymuję go przed wyciąganiem czegokolwiek. – To wygląda jak przewody z naszych kurtek – mówi. – Może weźmiemy ich trochę ze sobą?
- Nie – odpowiadam od razu – Poszukajmy czegoś do jedzenia. I nie zapominajcie o mapach. – Eli wycofuje się z jaskini.
Vick wacha się przez moment. To wszystko mogłoby się nam przydać – mówi, wskazując na skrzynie – Mógłbyś coś z nimi zrobić, prawda?
- Mógłbym spróbować – przyznaję – Ale wolałbym tego nie ruszać. Potrzebujemy miejsca w naszych plecakach na jedzenie i mapy, jeśli je znajdziemy. Nie chcę mówić tego na głos, ale te przewody mogą spowodować jakieś problemy. Myślę, że fascynacja mojego ojca na temat tego miejsca mogła przyczynić się do jego śmierci. Wydawało mu się, że może być jak Syzyf i pokonać Społeczeństwo ich własną bronią.
Oczywiście ja próbowałem dokonać tego samego, kiedy z innymi skazańcami używaliśmy ich broni. Niestety, nikomu nie przyszło z tego nic dobrego. – Niebezpiecznie byłoby próbować wymiany takich przedmiotów. Nie jestem pewien czy Archiwiści chcieliby mieć z tym cokolwiek do czynienia.
Vick kręci głową, ale nie spiera się ze mną. Idzie w głąb jaskini i wyciąga jeden z dużych okrągłych futerałów z miękkiego plastiku. – Wiesz co to może być? – pyta.
- Jakiś rodzaj schronienia – odpowiadam przyglądając się z bliska. Dostrzegam w środku jakieś liny i cienkie rurki.
- Łodzie – mówi Vick – Widziałem kiedyś podobne w bazie wojskowej, w której mieszkałem.
To pierwsza rzecz, dotycząca jego przeszłości, którą mi powiedział. Czekam, czy powie coś więcej.
W tym momencie Eli zaczyna nas głośno przywoływać, pełen podniecenia – Jeśli chcecie jedzenia, właśnie go znalazłem! – wykrzykuje.
Znajdujemy go jedzącego jabłko w następnej jaskini. – To musiało być zbyt ciężkie, żeby to zabrać ze sobą – mówi – Bardzo dużo tu jabłek i zbóż. Pełno tu też różnych nasion.
- Może trzymali to tutaj na wypadek powrotu? –mówi Vick – pomyśleli o wszystkim.
Kiwam głową, zgadzając się. Stojąc tutaj i widząc to wszystko jestem pełen podziwu dla ludzi, którzy tu żyli. Czuję się też zawiedziony. Bardzo chciałbym ich poznać.
Vick czuje podobnie – Wszyscy myśleliśmy o wydostaniu się – mówi – Im się to naprawdę udało.
Każdy z nas pakuje do pełna plecak jedzeniem ze spiżarni farmerów. Bierzemy jabłka i jakiegoś rodzaju płaski chleb, który nie zepsuje się szybko. Znajdujemy też kilka zapałek, które farmerzy musieli zrobić sami. Może później znajdziemy miejsce gdzie bezpiecznie będzie rozpalić ognisko. Kiedy już nasze plecaki były pełne, znaleźliśmy kilka innych w jaskini i je też zapakowaliśmy.
- Teraz poszukajmy map i czegoś do wymiany – mówię. Biorę głęboki wdech i czuję wszystkie zapachy tej jaskini – piaskowiec, błoto, wodę i jabłka.
- Mogę się założyć, że coś tu znajdziemy – z głębi jaskini dobiega mnie głos Eli’ego – Tu jest następne pomieszczenie
Ruszamy z Vickiem za Elim i przechodzimy do pomieszczenia, które kiedy oświetlamy je latarkami okazuje się bardzo czyste i uporządkowanie, pełne pudełek. Podchodzę do jednego z nich i zdejmuję pokrywę. Jest wypełnione książkami i papierami.
Staram się nie myśleć, że to jest miejsce, w którym uczył się mój ojciec, że mógł siedzieć na tej ławce, która stoi przede mną.
- Zostawili tak wiele – Eli szepcze.
- Nie byliby w stanie unieść tego wszystkiego – mówię – Prawdopodobnie zabrali ze sobą to, co najcenniejsze.
- A może mieli ze sobą czytniki – sugeruje Vick – Mogli wprowadzić informacje z książek do nich.
- Być może – odpowiadam. Mimo to zastanawiam się, jakie musiało być trudne zostawienie oryginałów za sobą. Informacje tutaj zebrane są bezcenne, zwłaszcza w oryginalnej formie. Poza tym, przodkowie przynieśli je tu w takim właśnie stanie. Musiało być im ciężko, zostawiać to wszystko.
Na środku pomieszczenia stoi niski drewniany stół. Wykonany jest z małych kawałków drewna, które musiały być tu dostarczane osobno i dopiero na miejscu składane w całość. Całe to pomieszczenie, podobnie jak siedlisko, sprawia wrażenie dokładnie przemyślanego. Każdy przedmiot tutaj ma swoje konkretne przeznaczenie. Społeczeństwo nie podało gotowego rozwiązania. Oni musieli wymyśleć to wszystko sami. Wynaleźć to. Zrobić samemu.
Świecę latarką na blat stołu i dostrzegam tam drewnianą misę pełną węglowych ołówków. Sięgam i wyciągam jeden z nich. Zostawia ciemny ślad na moich palcach. Ten ołówek przypomina mi narzędzia pisarskie, które zrobiłem w Mieście. Zbierałem wtedy kawałki drewna podczas wypraw na Wzgórze czy kiedy któryś z klonów tracił gałąź. Wiązałem je ze sobą i ostrzyłem ich końce tak, by można nimi było pisać i rysować. Kiedy potrzebowałem czerwonego koloru, ukradłem kilka płatków z jednej z krwistoczerwonych petunii i użyłem ich do kolorowania rąk Oficera, swoich rąk i słońca.
- Spójrz – Vick mówi stoją za mną. Znalazł pudełko z mapami. Wyciąga kilka z nich. Ciepłe światło latarek sprawia, że papier wygląda na dużo starszy niż w rzeczywistości jest. Przeglądamy je dopóki nie znajdujemy tej, która przedstawia Kanion.
- To ta – mówię rozkładając ja na stole. Wszyscy trzej stajemy bliżej – Tu jesteśmy – wskazuję punkt na mapie, choć mój wzrok ucieka na kanion, który jest tuż obok nas na mapie. Czarnych tuszem zostało tam zaznaczone „iksem” kilka miejsc, które tworzą jakby rządek szwów. Zastanawiam się, co to może oznaczać. Chciałbym przerysować mapę po swojemu. Byłoby dużo łatwiej, gdybym mógł ułożyć świat tak jak powinien wyglądać, zamiast próbować wyjaśnić jaki jest naprawdę.
- Chciałbym umieć pisać – mówi Eli, a mnie jest przykro, że nie mam czasu by go tego nauczyć. Może kiedyś to się uda. Teraz musimy ruszać dalej.
- Jakie to piękne – mówi dalej Eli, delikatnie dotykając mapy – To wygląda zupełnie inaczej niż nasze rysunki na portach.
- Wiem – mówię. Ktokolwiek wykonał tą mapę, niewątpliwie był artystą. Kolory i skala całej mapy jest dopracowana perfekcyjnie.
- Wiesz jak się maluje? – Eli pyta.
- Trochę – odpowiadam.
- Skąd?
- Moja mama była samoukiem, potem uczyła mnie – odpowiadam – Mój ojciec kiedyś tu przychodził i wymieniał się z farmerami. Kiedyś przyniósł dla mamy pędzel. Prawdziwy. Niestety, nie było go stać na farbę. Zawsze chciał przynieść jej choć trochę, lecz nigdy mu się to nie udało.
- W takim razie nie mogła malować – mówi Eli, rozczarowany.
- Mogła – odpowiadam – Używała wody i malowała na skałach. Przypominam sobie rysunki wyryte w skalnej szczelinie niedaleko naszego domu. Zastanawiam się czy właśnie od nich wziął się pomysł malowania na skałach. Używała do tego tylko wody, a jej ruchy były bardzo delikatne. – Jej obrazy znikały po kilku minutach – mówię do Eliego.
- Więc skąd wiedziałeś jak wyglądały? – dopytuje Eli.
- Widziałem je zanim zdążały wyschnąć – odpowiadam – Były piękne.
Eli i Vick milkną, a ja czuję, że niedowierzają mojej opowieści. Pewnie myślą, że zmyślam to wszystko i pamiętam obrazy, które chciałbym widzieć. Wszystko to, co mówię jest prawdą. To wyglądało niemalże tak, jakby jej obrazy żyły – sposób w jaki najpierw błyszczały a potem znikały w słońcu. Jej rysunki były piękne przez to jak wyglądały, jak i przez to, że nigdy nie przetrwały.
- W każdym razie – mówię – Tu znajduje się wyjście – pokazuję im jak kanion ciągnie się do rozwidlenia z drugiej strony niż kierunek, z którego przyszliśmy. Sądząc po mapie, jest tam więcej upraw i inna, większa rzeka niż ta tutaj. Pośród gór po drugiej stronie kanionu, na równinie jest pewne oznaczenie – mały, czarny domek, który według mnie może oznaczać kolejną osadę lub schronienie, w taki sam sposób farmerzy oznaczali swoje siedliska na mapie. Kierując się od tego miejsca dalej na północ, znajduje się miejsce oznaczone jako „SPOŁECZEŃSTWO”. Jedna z Zewnętrznych Prowincji.
- Myślę, że dotarcie do tej równiny powinno nam zająć dwa lub trzy dni. Dojście do tych gór zajmie nam kolejnych kilka dni.
- Na tej równinie jest jakaś rzeka – zauważa Vick, ze skupieniem wpatrując się w mapę – Szkoda, że nie możemy użyć jednej z łodzi, żeby nią popłynąć.
- Moglibyśmy spróbować – mówię – ale wydaje mi się, że góry są lepszą opcją. Tam jest jakieś siedlisko. Nie wiemy, gdzie poprowadziłby nas prąd rzeki – góry znajdują się na brzegu mapy, rzeka płynie tam i znika na dole papieru.
- Masz rację – przyznaje Vick – Choć moglibyśmy się tam zatrzymać i złowić ryby. Wędzone ryby długo nadają się do jedzenia.
Przesuwam mapę ku Eli’emu – A co Ty o tym sądzisz? – pytam.
- Idźmy tu – odpowiada, kładąc palec wskazujący na czarnym domku w górach – Mam nadzieję, że tam są farmerzy. Chciałbym ich poznać.
- Co jeszcze powinniśmy stąd zabrać? – Vick pyta, przeglądając książki.
- Możemy poszukać czegoś rano – odpowiadam. Z jakiegoś powodu dokładnie posegregowane i porzucone książki sprawiają, że jestem smutny. Zmęczony. Chciałbym, żeby Cassia była tu ze mną. Przekartkowałaby każdą książkę, przeczytałaby każde zapisane słowo. Wyobrażam sobie, jak siedzi w przytłumionym świetle jaskini, z uśmiechem na ustach i błyszczącymi oczami. Zamykam oczy. Mgliste wspomnienia są jedynym co mam do naszego następnego spotkania. Mam mapę, lecz odległość, jaka nas dzieli dalej wydaje się niemalże nie do przezwyciężenia.
- Powinniśmy położyć się spać – mówię, odsuwając od siebie wszelkie wątpliwości. Nie przynoszą niczego dobrego. – Musimy wstać o wschodzie słońca. – Zwracam się do Eli’ego – Chcesz zejść na dół i spać w jednym z domów? Są tam łóżka.
- Nie – odpowiada Eli układając się na podłodze – Zostańmy tutaj.
Rozumiem taką decyzję. Późną nocą puste miasto wydaje się wystawione na łaskę rzeki, na łaskę samotności, którą pozostawili po sobie farmerzy, kiedy odeszli. Tutaj, w jaskini, gdzie skrywali najcenniejsze rzeczy wydaje się, że i my możemy czuć się bezpiecznie.
We śnie, nietoperze latają przy suficie jaskini przez całą noc. Niektóre z nich są grube i wiem, że najadły się krwi innych żywych istot. Inne latają wyżej i wiem, że są lekkie z powodu głodu. Natomiast wszystkie bez wyjątku hałasują trzepoczącymi skrzydłami.
Tuż przed świtem, budzę się. Vick i Eli dalej śpią, a ja zastanawiam się, co przerwało mój sen. Czy to były jakieś odgłosy z siedliska?
Wychodzę na zewnątrz i rozglądam się uważnie.
W jednym z domów poniżej dostrzegam błysk światła.

Rozdział XIII KY (część I)

Skalne ściany kanionu są czarne i pomarańczowe. Wyglądają jakby płomienie zostały zamknięte w skale.
- Jak tu głęboko – mówi Eli, w zamyśleniu spoglądając ku górze. W miejscu, gdzie stoimy ściany są wyższe niż jakikolwiek budynek, który kiedykolwiek widziałem, wyższe niż Wzgórze.
- Czuję się jakby jakiś olbrzym zrobił nacięcia w ziemi i wrzucił nas do środka.
- Mam podobnie – odpowiadam. Wewnątrz Kanionu znajdują się rzeki, jaskinie i rośliny, który nie można dostrzec z góry. Na myśl przychodzi mi przyglądanie się z bliska swojemu ciału, patrzenie na krew płynącą w żyłach i słuchanie bicia własnego serca.
- W Stolicy nie ma niczego podobnego – mówi Eli.
- Jesteś ze Stolicy? – Vick i ja pytamy jednocześnie.
- Tam dorastałem – odpowiada Eli – Nigdy nie mieszkałem w innym miejscu.
- Musisz się dziwnie czuć w miejscu takim jak to – mówię przypominając sobie, że kiedy byłem w wieku Eli’ego przeprowadziłem się do Orii i czułem wtedy dziwny rodzaj samotności – byłem samotny bo przytłoczony zbyt dużą liczbą osób dookoła.
- W jaki sposób Anomalie się tu dostały? – pyta Eli, próbując zmienić temat.
- Pierwsi Anomalie wybrali bycie Anomaliami, to było kiedy Społeczeństwo się formowało – mówię mu. Pamiętam coś jeszcze. – Ci, którzy mieszkali w Kanionie nie nazywali siebie Anomaliami, woleli być znani jak farmerzy.
- W jakim sensie mogli wybierać? – pyta Eli wyraźnie zaciekawiony.
- Zanim Społeczeństwo przejęło kontrolę nad wszystkimi, byli ludzie, którzy przewidywali co się wydarzy i nie chcieli być tego częścią. Zaczęli gromadzić różne rzeczy wewnątrz Kanionu – wskazuję na łuki i wygięcia w piaskowych skałach. – Wszędzie dookoła są ukryte jaskinie. Farmerzy mieli wystarczająco dużo jedzenia by przetrwać do czasu, aż przyniesione przez nich i posadzone nasiona przyniosą plony. Nazywali swoje osady siedliskami, nie chcieli używać nazw wykorzystywanych przez Społeczeństwo.
- Czy Społeczeństwo nie odnalazło ich?
- Ostatecznie tak. Farmerzy mieli tą przewagę, że przyszli tu pierwsi. Mogli pozbyć się każdego, kto za nimi podążał. Społeczeństwo było przekonane, że prędzej czy później farmerzy zginą w tych warunkach. Nie jest to najłatwiejsze miejsce do życia.
Kawałek mojej porozcinanej kurtki znów się odpruł więc zatrzymałem się koło sosny, żeby zebrać więcej żywicy.
- W pewnym sensie przyczynili się też Społeczeństwu. Wielu ludzi z Zewnętrznych Prowincji było zbyt przestraszonych by próbować uciec do Kaniony ponieważ Społeczeństwo rozsiewało plotki, że farmerzy to niebezpieczne dzikusy.
- Myślisz, że naprawdę będą próbowali nas zabić? – zaniepokojonym głosem pyta Eli.
- Byli bezlitości dla każdego ze Społeczeństwa – odpowiadam szczerze – ale my już nie należymy do Społeczeństwa. Jesteśmy Aberracjami. Nie zabijają Aberracji czy innych Anomalii bez powodu.
- Skąd będą wiedzieli kim jesteśmy?
- Spójrz na nas – mówię – Nie wyglądamy jak Obywatele czy Funkcjonariusze. Nasza trójka jest młoda, brudna i rozczochrana, wyraźnie widać, że uciekamy.
- Dlaczego twój ojciec nie sprowadził tutaj twojej rodziny żeby się osiedlić? – odzywa się Vick.
- W pewnych kwestiach Społeczeństwo miało rację przestrzegając przed ucieczką tutaj – odpowiadam – Tutaj możesz umrzeć jako wolny człowiek, ale na pewno umrzesz szybciej. Farmerzy nie mają leków czy technologii takiej jaką posiada Społeczeństwo. Moja matka nie chciała tego dla mnie, a mój ojciec uszanował jej decyzję.
Vick kiwa głową ze zrozumieniem.
- Czyli szukamy tych ludzi i będziemy prosić ich o pomoc, tak? Bo pomogli twojemu ojcu.
- Tak – odpowiadam – I mam nadzieję, że uda mi się z nimi wymienić pewne przedmioty. Mają mapy i stare książki. Przynajmniej kiedyś mieli.
- A co Ty masz na wymianę? – Vick pyta nieco lekceważąco.
- To samo co Ty i Eli – odpowiadam spokojnie – Informacje na temat Społeczeństwa. Żyliśmy w nim przez wiele lat. Już od dawna w Zewnętrznych Prowincjach nie ma prawdziwych osad, a to oznacza, że ludzie z kanionu nie mieli możliwości wymiany niczego ani rozmowy z nikim nowym przez długi czas.
- Więc, jeśli faktycznie będą chcieli jakiejś wymiany – zaczyna Eli, raczej nieprzekonany – to co my później zrobimy z tymi papierami i starymi książkami, które dostaniemy?
- Możesz z nimi zrobić cokolwiek zechcesz – odpowiadam – Nawet nie musisz się z nimi wymieniać na książki. Możesz wziąć coś innego. Twoja wola. Ja wiem, że chcę mapę i spróbuję dotrzeć do jednej z Granicznych Prowincji.
- Czekaj – przerywa mi Eli – Chcesz wrócić do Społeczeństwa? Dlaczego?
- Nie wróciłbym tam – Poszedłbym inną drogą niż ta, którą dotarliśmy tutaj. Poszedłbym jedynie tak daleko, żeby móc wysłać jej wiadomość. Ona musi wiedzieć, gdzie jestem.
- Jak chcesz to zrobić? – pyta Eli – Nawet jeśli uda Ci się dotrzeć do Granicznych Prowincji, Społeczeństwo monitoruje porty. Zobaczą, że coś jej wysłałeś.
- Właśnie dlatego potrzebuję papieru od farmerów – wyjaśniam – Chcę wymienić się nim z Archiwistami. Oni znają sposoby na wysyłanie wiadomości bez użycia portów, ale to bardzo kosztowne.
- Archiwistami? – Eli wygląda na zdezorientowanego
- To ludzie którzy zajmują się wymianą na czarnym rynku – tłumaczę – Istnieli jeszcze przed Społeczeństwem. Nawet mój ojciec z nimi handlował.
- Jeśli taki jest twój plan – zaczyna Vick – Powiedziałeś nam wszystko, o czym powinniśmy wiedzieć.
- Na razie tak – odpowiadam.
- Myślisz, że Ci się uda? – pyta Eli.
- Nie wiem – odpowiadam. Nad naszymi głowami ptak zaczyna śpiewać – to strzyżyk. Jego śpiew jest głośny i dynamiczny. Roznosi się niczym wodospad po ścianach kanionu. Rozpoznaję ten dźwięk, ponieważ mój ojciec kiedyś go dla mnie naśladował. Mówił wtedy, że to jest właśnie głos Kanionu.
Bardzo mu się tutaj podobało.
Kiedy opowiadał mi historie, zamazywały się linie tego, co było prawdziwe, z tym co było tylko opowiadaniem. „We wszystkich jest część prawdy” – odpowiadał, kiedy mama żartowała z niego, że opowiada bajki. „Ale siedliska a kanionie są prawdziwe?” – dopytywałem zawsze, żeby się upewnić. „Tak” – odpowiadał ojciec – „Kiedyś Cię tam zabiorę, zobaczysz”.

Trudno było mi uwierzyć, kiedy za zakrętem ujrzałem to na własne oczy. Oto przed nami, dokładnie tak jak opowiadał ojciec, siedlisko w szerszej części wąwozu.
Poczucie niedowierzania zalewa mnie niczym popołudniowe słońce oświetlające ściany kanionu wokół nas. Osada wygląda niemalże dokładnie tak, jak zapamiętałem ją z opowieści ojca:
Zachodzące słońce sprawiało, że wszystko nabierało złotego blasku: mosty, budynki, ludzie, nawet ja. Nie mogłem uwierzyć, że to miejsce naprawdę istnieje, choć słuchałem o nim od lat. Później, kiedy farmerzy nauczyli mnie pisać, poczucie wyjątkowości tego miejsca nie opuściło mnie. Było niczym słońce ogrzewające moje plecy.
Zimowe słońce zachodząc rzuca pomarańczowo-złoty blask na budynki i most znajdujące się przed nami.
- To tu – mówię.
- Istnieje naprawdę – dodaje Vick.
Eli promienieje.
Budynki, które widzimy gromadzą się wokół zakrętu rzeki przepływającej obok. Domy. Większe budynki. Małe pola wyrzeźbione tam, gdzie kanion jest szerszy.
Jednak czegoś brakuje. Ludzi. Bezruch jest obezwładniający. Vick spogląda na mnie kątem oka. On też to czuje.
- Spóźniliśmy się – mówię po chwili – Już ich tu nie ma.

Musieli odejść niedawno. Gdzieniegdzie widać jeszcze ślady ich stóp na ziemi.
Dostrzegam również znaki świadczące o tym, że przygotowywali się do tego odejścia. Nie było ono nagłe, lecz przygotowywane z dokładnością. Z jabłoni zebrano plony; tylko na niektórych gałęziach złociły się pojedyncze jabłka. Większość sprzętu gospodarskiego została zabrana, rozebrana na części i zabrana, tak myślę. Kilka zardzewiałych elementów zostało.
- Gdzie oni poszli? – pyta Eli.
- Nie wiem – odpowiadam.
Czy ktokolwiek istnieje poza Społeczeństwem?
Mijamy rosnące przy zakręcie rzeki topole włoskie. Jedno z powykręcanych drzew rośnie samotnie na samym brzegu.
- Poczekajcie – mówię do dwójki moich towarzyszy – To nie zajmie mi dużo czasu.
Nie nacinam drzewa głęboko – nie chce go zabić. Wycinam delikatnie jej imię w korze, myśląc, o tym jak trzymałem jej dłoń w swojej, kiedy uczyłem ją pisać. Vick i Eli nie odzywają się ani słowem, kiedy wycinam litery w drzewie. Czekają.
Kiedy kończę stawiam krok w tył i spoglądam na drzewo.
Ma płytkie korzenie. Rośnie w piaszczystej ziemi. Jego kora jest szara i krucha. Już dawno opadły z niego liście, ale jej imię sprawia, że dla mnie to drzewo wygląda pięknie.

Grudniowe zawirowania

Dziękuję wszystkim za ciepłe słowa :) Cieszę się, że moja praca daje radość tak wielu osobom. Z przykrością jednak przyznaję bez bicia, że zaniedbuję pisanie na rzecz szału świątecznego :) co roku sama robię kartki dla najbliższych i ozdoby choinkowe, więc czasu mam zdecydowanie mniej. Niedługo wrócę. Obiecuję, że do końca roku kolejny rozdział będzie przetłumaczony!

Drodzy Czytelnicy :)

Jestem bardzo ciekawa Waszych odczuć po przeczytaniu przetłumaczonych rozdziałów. Zachęcam do komentowania, żywych i żwawych rozmów na temat tego, co dzieje się z Cassią i Ky’em :) wiedząc i widząc Wasze zainteresowanie łatwiej będzie mi zmobilizować się do szybszego tłumaczenia :)

Rozdział X Cassia

 

            Kiedy zbliżamy się do lądowania mam chęć przepchać się przed wszystkich, żeby jako pierwsza opuścić pokład i sprawdzić czy Ky tu jest. Pamiętam jednak, co powiedział mi, jeszcze w Mieście, żebym wmieszała się w tłum, więc teraz stoję dokładnie po środku grupy, a gdy wychodzimy z samolotu dyskretnie szukam Ky’a w ciągnących się rzędach stojących przed nami chłopaków i mężczyzn ubranych na czarno.

            Nie ma go tu.

- Pamiętajcie – Oficer zwraca się do obecnych – Macie traktować tych nowych mieszkańców, jak wszystkich innych. Żadnej przemocy żadnego rodzaju. Będziemy Was obserwować i słuchać.

            Nikt nic nie odpowiedział. Wydaje się, że nikt nimi nie przewodzi. Stojąca obok mnie Indie przenosi ciężar ciała na inną nogę. Dziewczyna za nami tłumi swój płacz.

- Wystąpcie po swoje racje żywieniowe – mówi Funkcjonariusz i nikt z obecnych nie przepycha się, ani nie biegnie. Wszyscy chłopcy spokojnie ustawiają się w kolejce. Musiało tu padać poprzedniej nocy. Na ich butach jest gruba warstwa czerwonego błota.

            Przyglądam się każdej twarzy.

            Niektórzy z nich wyglądają na przerażonych, inni wydają się niebezpieczni i przebiegli. Nike nie wygląda na miłego. Wszyscy przeżyli zbyt wiele. Patrzę na ich plecy, na ich dłonie kiedy wyciągają je po zapasy, na ich twarze gdy mijają Oficera. Nie kłócą się o jedzenie, dla każdego coś się znajdzie. Napełniają swoje menażki wodą z wielkich, niebieskich butki.

            Zdaję sobie sprawę, że ich sortuję. Po chwili zadaję sobie pytanie, a co jeśli miałabym sortować samą siebie? Co takiego bym zobaczyła? Czy widziałabym we mnie kogoś, kto przetrwa?

            Staram się spojrzeć na siebie, widzę dziewczynę, która obserwuje Oficera i Funkcjonariuszy pakujących się i odlatujących samolotem. Jest ubrana w nieznany kombinezon wpatruje się intensywnie w twarze, których nie zna. Widzę jej poplątane brązowe włosy, sposób w jaki stoi – jest niska lecz stoi wyprostowana, nawet gdy po odlocie Oficera i Funkcjonariuszy, kiedy jeden z tutejszych chłopaków wystąpił z szeregu by powiedzieć dziewczynom, że tak naprawdę niczego tu nie uprawiają, że Wróg robi naloty prawie każdej nocy, że Społeczeństwo przestało dostarczać im broń, która i tak nigdy nie działała, że wszyscy tutaj są pozostawieni na śmierć, że nigdy tak naprawdę nie wie dlaczego.

            Dziewczyna dalej stoi z uniesioną głową kiedy wszyscy dookoła załamują się, ponieważ ona już o tym wszystkim wie. Nie może zrezygnować, nie może wznosić rąk do nieba ani płakać prosto w ziemię, ponieważ ma zadanie do wykonania. Musi kogoś odnaleźć. Jedyna ze wszystkich dziewcząt uśmiecha się lekko.

            Tak, mówię sobie. Ta dziewczyna przeżyje.

 

            Indie poprosiła mnie o zwrot jej paczki. Podałam ją jej i kiedy zobaczyłam, że wysuwa coś z pojemnika z tabletkami i oddaje mi ten pojemnik z powrotem, zdałam sobie sprawę, że dalej nie wiem, co takiego musiała ukryć. Teraz nie jest czas na zadawanie pytań na ten temat. Jest inne, zdecydowanie bardziej ważne pytanie, na które muszę odnaleźć odpowiedź: Gdzie jest Ky?

- Szukam kogoś – mówię głośno – Ma na imię Ky. Część chłopaków zaczęła się rozchodzić po tym, jak dowiedziałyśmy się prawdy o tym miejscu.

- Ma ciemne włosy i niebieskie oczy – zawołałam, jeszcze głośniej – Pochodzi z miasta, ale zna te okolice. Zna też różne słowa – zastanawiam się, czy znalazł tu sposobność by je sprzedać, wymienić na coś potrzebnego tutaj.

            Ludzie zaczynają się odwracać, przyglądam się ich oczom – niebieskim, brązowym, zielonym, szarym. Żadne z nich nie należą do Ky’a; żaden odcień niebieskiego nie jest tym właściwym.

            – Powinnyście teraz odpocząć – mówi chłopak, który opowiedział nam prawdę – Ciężko się tu śpi nocą. Właśnie wtedy zazwyczaj nas ostrzeliwują  – wydaje się wyczerpany, dostrzegam miniport w jego dłoni kiedy się odwraca. Czy kiedyś tutaj dowodził? Czy może z przyzwyczajenia przekazuje wszystkie informacje?

            Reszta też odchodzi. Panująca tu apatia przeraża mnie bardziej niż sama sytuacja. Ci ludzie wydają się nie mieć żadnego pojęcia o rewolucji czy Powstańcach. Jeśli nikomu już nie zależy, jeśli wszyscy się poddali, kto pomoże mi w odnalezieniu Ky’a?

            – Nie mogę położyć się spać – dziewczyna z samolotu mówi cicho – A co jeśli to mój ostatni dzień?

            Ona chociaż mówi cokolwiek. Niektóre z dziewcząt są dalej w szoku. Widzę chłopaka, który podchodzi do jednej z dziewczyn, mówi jej coś. Ona wzrusza ramionami, spogląda na nas, po czym odchodzi z nim.

            Moje serce zaczyna bić szybciej. Może powinnam ją zatrzymać? Co on chce zrobić?

            – Widziałaś ich buty? – Indie szepce do mnie.

            Kiwam głową. Zauważyłam błoto i same buty – ich grube podeszwy wykonane z gumy. Są takie jak nasze, różnią się właśnie tym, że ich podeszwy są grubsze i mają płytkie nacięcia. Mam pewne podejrzenie, co takiego mogą one oznaczać, co odliczają. Przeżyte dni. Z rozczarowaniem zauważam, że żaden z chłopaków nie ma zbyt wielu nacięć. Ky powinien być przez prawie dwanaście tygodni.

            Ludzie powoli rozchodzą się. Wydaje się, że idą gdzieś odpocząć, zajmują się swoimi sprawami, kilku chłopaków otacza grupkę dziewczyn. Wyglądają na głodnych.

            Nie sortuj – mówię do siebie. Patrz.

            Mają tylko kilka nacięć na swoich butach. Jeszcze nie ogarnęło ich zrezygnowanie. Dalej chcą pewnych rzeczy. Są tu nowi. Najwyraźniej są tu zbyt krótko, by móc znać Ky’a.

            Dalej ich sortujesz. Patrz.

            Jeden chłopak ma poparzone dłonie i czarny proch na swoich butach, stoi z tyłu grupy. Widzi, że mu się przyglądam, że patrzę jego dłonie i jego wzrok krzyżuje się z moim i wykonuje gest, który niezbyt mi się podoba. Wytrzymuję jego spojrzenie. Staram się patrzeć.

            – Ty go znasz – mówię do chłopaka – Wiesz, o kim mówę.

            Nie oczekuję, że to przyzna, lecz on kiwa potwierdzająco.

            – Gdzie on jest?

            – Umarł.

            – Kłamiesz – mówię, jednocześnie starając się opanować łzy i strach, który pojawia się w moim sercu – Będę z Tobą rozmawiać, kiedy zechcesz powiedzieć mi prawdę.

            – Dlaczego sądzisz, że powiem Ci cokolwiek? – pyta.

            – Nie masz zbyt wiele czasu by rozmawiać – odpowiadam – Nikt z nas nie ma.

            Indie stoi koło mnie, obserwuje linię horyzontu. Wygląda czegoś, co może nadejść z tamtej strony. Reszta zbiera się koło nas, słuchają.

            Przez moment wydaje mi się, że chłopak może coś powiedzieć, lecz on śmieje się przez chwilę i odchodzi.

            Nie martwi mnie to. Wiem, że wróci – widziałam to w jego oczach. Będę na niego czekać.

 

            Ten dzień dłuży się i jednocześnie biegnie bardzo szybko. Wszyscy czekają. Grupka chłopaków wraca, lecz coś każe im trzymać się od nas na dystans. Być może to przez to, że starszy przywódca, który stoi nieopodal trzyma w ręku miniport, przez który może zgłosić jakiekolwiek naruszenie. Czy oni aż tak boją się konsekwencji, że jeśli zrobią nam coś złego to Funkcjonariusze powrócą?

            Jem swój obiad z foliowej tacki razem z resztą dziewczyn, a gdy spoglądam w górę widzę, że chłopak z poparzonymi dłońmi zbliża się do mnie. Wstaję i przerywam swój posiłek, porcje jedzenia są tutaj tak małe, każdy kto jest tu od dłuższego czasu musi głodować.

            – Głupia – Indie mruczy pod nosem lecz wstaje razem ze mną. Po tym jak pomogłyśmy sobie nawzajem w samolocie stałyśmy się w jakiś sposób sprzymierzeńcami.

            – Chcesz mnie przekupić? – pyta chłopak, z jadem w głosie i podchodzi bliżej żeby przyjrzeć się wyciągniętej tacy z mięsną zapiekanką na niej.

            – Jasne – mówię – Jesteś jedynym, który tam był. Jesteś jedynym, który wie.

            – Mógłbym po prostu to wziąć – odpowiada – Mógłbym wziąć od Ciebie wszystko, co zechcę.

            – Mógłbyś – potwierdzam – Ale to nie byłoby mądre.

            – Dlaczego nie?- pyta chłopak.

            – Ponieważ nikt nie wysłucha Cię tak jak ja – odpowiadam – Nikt inny nie chce tego wiedzieć. A ja chcę. Chcę wiedzieć, co zobaczyłeś.

            Chłopak wyraźnie się waha.

            – Żaden z chłopaków nie chce o tym słyszeć, prawda? – pytam retorycznie.

            Chłopak odchyla głowę do tyłu i przeczesuje włosy dłonią, ten gest musiał mu zostać z przeszłości, ponieważ jego włosy teraz są krótkie, podobnie jak u reszty chłopaków.

            – W porządku – mówi – Ale to było w innym obozie. W tym, w którym byłem zanim trafiłem tutaj. To nie musi być ta sama osoba. Ky, którego poznałem znał słowa, tak jak mówiłaś.

            – Jakie to były słowa? – pytam

            Chłopak wzdryga się. – Takie, które mówił nas ciałami zabitych.

            – Pamiętasz jak brzmiały?

            – Niewiele pamiętam – odpowiada, a ja widzę, że mówi szczerze – Było tam coś o Pilocie.

            Mrugam zaskoczona. Ky znał słowa z wiersza Tennysona. Jak to możliwe? Po chwili przypominam sobie dzień w lesie, kiedy po raz pierwszy otworzyłam swój artefakt. Ky powiedział mi później, że widział mnie wtedy. Być może właśnie wtedy przeczytał ten wiersz, stojąc gdzieś za moimi plecami, albo słyszał, kiedy szeptałam jego treść, czytając go wtedy wielokrotnie. Uśmiecham się. Dzielimy ze sobą drugi wiersz.

            Indie spogląda to na mnie, to na chłopaka ciekawymi oczami – Co miał na myśli mówiąc o Pilocie? – pyta.

            Chłopak wzrusza ramionami. – Nie wiem. Powtarzał te słowa zawsze kiedy kogoś zakopywaliśmy. To wszystko – Chłopak zaczyna się śmiać, śmiechem w którym nie ma nic z humoru – Ostatniej nocy tam musiał pewnie wiele razy powtarzać te słowa.

            – Co się wydarzyło ostatniej nocy?

            – Był nalot – mówi chłopak, zupełnie już poważny – Najgorszy ze wszystkich.

            – Kiedy to było?

            Chłopak spogląda na swoje buty – Dwie noce temu – mówi, ledwo sam nie dowierzając – A wydaje mi się, że minęło już więcej czasu.

            – Widziałeś go tamtej nocy? – pytam, a moje serce bije gwałtownie. Jeśli faktycznie ten chłopak mówi prawdę, Ky żył i był tu niedaleko jeszcze dwa dni temu – Jesteś pewien? Widziałeś jego twarz?

            – Nie jego twarz. Jego plecy. Razem ze swoim kolegą, Vickiem uciekli i zostawili nas na pewną śmierć. Zostawili nas, żeby ratować siebie samych. Tylko sześciu z nas przeżyło. Nie wiem, gdzie Funkcjonariusze zabrali pozostałych pięciu po tym, jak mnie zostawili tutaj. Jestem tu sam.

            Indie spogląda na mnie wzrokiem, który zdaje się pytać „Czy to może być on?” To niepodobne do Ky’a, tak zostawić kogoś z tyłu, przy czym to tak podobne do Niego by wykorzystać jedyną szansę w tak beznadziejnej sytuacji jak ta. – Więc uciekł w trakcie jednego z ostrzałów i zostawił Cię… – nie jestem w stanie dokończyć zdania.

            Zapanowała niezręczna cisza.

            – Nie winię ich – mówi, a jego zgorzkniałość przybiera teraz kształt zmęczenia. – Pewnie zrobiłbym tak samo. Jeśli zbyt wielu z nas by uciekło zostalibyśmy złapani. Oni wcześniej próbowali nam pomóc. Pokazali nam, co zrobić, żeby nasze atrapy broni wystrzeliły raz, dzięki temu mogliśmy choć próbować się bronić. Ich ucieczka była zaplanowana z wyprzedzeniem. Wybrali idealny moment. Tak wielu ludzi umarło tamtej nocy, niektórzy nawet od własnej broni, Społeczeństwo może wcale się nie doliczyć tych brakujących ciał.

            – Wiesz gdzie oni teraz są? – pyta Indie

            – Gdzieś tam – chłopak wskazuje jakieś wzniesienia ledwo widoczne z miejsca, w którym jesteśmy. – Nasza wioska była blisko tamtych skał. Ky nazywał to miejsce Kanionem. Musiał być zdesperowany. Tam jest śmierć. Anomalie, skorpiony i powodzie. Mimo to… – przestaje mówić i spogląda w niebo – Wzięli ze sobą jednego dzieciaka, Eli’ego.  On ma tylko trzynaście lat, był najmłodszy w naszej grupie i nie potrafił trzymać języka za zębami. W czym mógłby im się tam przydać? Dlaczego nie wzięli jednego z nas?

            To naprawdę Ky. Nadzieja i rozczarowanie mieszają się w moim sercu.

            – Skoro widziałeś jak uciekali, dlaczego nie pobiegłeś za nimi? – pytam.

            – Widziałem, co stało się z kimś, kto tak zrobił – jego twarz nie wyraża żadnych emocji – Zaczął uciekać zbyt późno. Samoloty namierzyły go i zestrzeliły. Tylko im trzem się udało – chłopak spogląda w stronę Kanionu, przypominając sobie to wszystko.

            – Jak daleko jest ten Kanion? – pytam

            – Daleko stąd – odpowiada – Dwadzieścia pięć, może trzydzieści kilometrów – podnosi brwi patrząc na mnie – Wydaje Ci się, że sama dasz radę się tam dostać? Wczoraj padało. Ich ślady zniknęły.

            – Chciałabym , żebyś mi pomógł. Pokazał, gdzie dokładnie poszli.

            Na twarzy chłopaka pojawia się grymas, który nie podoba mi się wcale, ale rozumiem go.

            – A co ja będę z tego miał?

            – Coś, czego możesz użyć, żeby przeżyć w Kanionie – mówię pewnie – coś skradzionego w centrum medycznym w Społeczeństwie. Powiem Ci więcej, kiedy nas tam bezpiecznie doprowadzisz – spoglądam na Indie. Nie rozmawiałyśmy o tym, czy ona pójdzie ze mną, lecz wydaje się, że teraz jesteśmy jedną drużyną.

            – W porządku – odpowiada widocznie zainteresowany – ale nie dawaj mi więcej resztek jedzenia, które i tak smakuje jak styropian. Indie wydaje niekontrolowany dźwięk zdziwienia, a ja wiem, dlaczego chłopak nie odmówił – on chce tam iść z nami. On też chce uciec, ale nie chce tego robić sam. Nie zrobił tego będąc w tym samym obozie co Ky. Nie zrobił tego będąc w tym obozie. Potrzebuje nas w tym samym stopniu, w jakim my potrzebujemy jego.

            – Nie dam, obiecuję.

            – Musimy uciec dzisiaj. Dasz radę?

            – Tak – odpowiadam.

            – Ja też – odzywa się Indie, a ja spoglądam na nią – Idę z Wami – stwierdza to, jakby było to najprostsza decyzja, jaką musiała podjąć. Ona robi tylko to, co chce. A to jest ucieczka jej życia.

            – W porządku.

            – Przyjdę po Was, kiedy się ściemni a reszta pójdzie już spać – mówi chłopak – Znajdźcie jakieś miejsce i odpocznijcie. Na skraju wioski jest opuszczony sklep. To powinno być dobre miejsce. Zesłańcy, którzy tam będą, nie zrobią Wam krzywdy.

            – Dobrze – odpowiadam – A co jeśli w nocy będzie ostrzał?

            – Jeśli tak się stanie, przyjdę po Was jak się skończy. Jeśli go przeżyjecie. Macie latarki?

            – Tak

            – Zabierzcie je ze sobą. Księżyc nam pomoże, ale nie jest już w pełni.

 

            Księżyc, wyłaniający się zza czarnej linii gór jest biały, a ja zdaję sobie sprawę, że te góry były tam cały czas, a ja o nich zapomniałam, choć powinnam zauważyć, że w miejscy gdzie były góry powinno być niebo usiane gwiazdami. Gwiazdy tu są takie same jak w Prowincji Tana, jest ich dużo i widać je wyraźnie na tle ciemnego nieba.

            – Niedługo wrócę – mówi Indie i zanim próbuję ją zatrzymać, już jej nie ma.

            – Uważaj na siebie – szepcę, choć jest już za późno.

            – Kiedy zazwyczaj atakuje Wróg? – pyta jedna z dziewcząt. Wszyscy stoimy zebrani wokół okien, które nie mają już szyb. Wiatr dmucha prosto w nasze twarze, tworząc zimny przeciąg między oknami.

            – Tego nigdy nie wiadomo – odzywa się jakiś chłopak. Jego twarz jest zrezygnowana – Nigdy nie wiadomo – podkreśla – Kiedy się pojawia najlepiej ukryć się w jakiejś piwnicy. Ta wioska ma piwnice. Niektóre ich nie mają.

            – Niektórzy próbują ukryć się tutaj – mówi inny chłopak – Ja nie lubię piwnic. Nie myślę jako kiedy w nich jestem.

            Rozmawiają ze sobą jakby byli tu od zawsze, lecz kiedy kieruję światło latarki na ich buty, widzę jedynie pięć czy sześć nacięć.

            – Wychodzę na zewnątrz – mówię po chwili – Nie ma żadnych zasad zabraniających tego, prawda?

            – Trzymaj się w cieniu i nie świeć latarką – zaleca chłopak, który nie lubi piwnic – Staraj się nie zwracać na siebie uwagi. Być może oni latają wysoko i tylko czekają na jakiś ruch?

            – Będę uważać – mówię.

            Indie wślizguje się przez uchylone drzwi w tym samym momencie, w którym ja chcę wyjść i oddycham z ulgą. Tym razem nie uciekła.

            – Tutaj jest pięknie – mówi, niemalże radośnie, stając na schodku koło mnie.

            Ma rację. Jeśli uda ci się pominąć to wszystko co tu się dzieje, ta ziemia jest piękna. Księżyc oświetla białym światłem cementowe chodniki i dostrzegam „naszego” chłopaka. Jest ostrożny – trzyma się cienia, lecz ja wiem, że to on. Jego szept nie zaskakuje mnie, Indie też nie reaguje.

            – Kiedy ruszamy? – pytam.

            – Teraz – odpowiada – Inaczej nie zdążymy przed świtem.

            Podążamy za nim do granic zabudowań. Widzę innych ludzi przemieszczających się pod osłoną cieni, robiących różne rzeczy, na które mają mało czasu. Wydają się nawet nas nie zauważać.

            – Czy ktokolwiek próbował stąd uciec? – pytam

            – Niewielu.

            – A co z rewolucją? – pytam kiedy mijamy ostatnie budynki – Czy ktokolwiek tu kiedyś wspominał o czymś takim?

            -  Nie – chłopak mówi obojętnie – Nikt nic nie mówił – zatrzymał się nagle – Zdejmijcie kurtki.

            Wpatrujemy się w niego zdziwione. On uśmiecha się zdejmując swoje okrycie i przypinając je do swojego plecaka – Przez jakiś czas nie będziecie ich potrzebować – szybko się rozgrzejecie.

            Zdejmujemy nasze kurtki. Czarne ubranie sprawia, że jeszcze bardziej wtapiamy się w noc.

            – Za mną – mówi.

            Biegniemy.

 

            Po przebiegnięciu kilometra moje dłonie dalej są zimne.

            W Mieście biegłam boso po trawie by zrobić coś kiedy zabierali Ky’a. Teraz mam na nogach ciężkie buty i muszę biec po kamieniach, co niebezpiecznie wykręca moje stopy, a mimo to czuję się lżejsza niż wtedy w Mieście, lżejsza niż kiedykolwiek, gdy biegłam po gładkiej powierzchni bieżni. Jestem przepełniona adrenaliną i nadzieją, mogłabym tak biec bez końca, biec do Ky’a.

            Robimy przerwę by się napić i czuję jak lodowata woda wypełnia moje ciało. Jestem w stanie określić jej drogę od mojego gardła do brzucha. Jej temperatura sprawia, że wzdrygam się z zimna zanim zakręcam butelkę i chowam ją do plecaka.

            Niedługo po tym zaczynam czuć zmęczenie.

            Potykam się na kamieniu, niemalże wpadam na krzak. Jego ostre gałęzie zatapiają się w mojej nodze. Pod naszymi stopami skrzypi mróz. Mamy szczęście, że nie pada śnieg, a dzięki temu, że powietrze jest ostre i zimne mamy wrażenie, że nie chce nam się pić, samo oddychanie sprawia, że czujemy jakbyśmy połykali lód.

            Kiedy ręką dotykam swoich ust, są bardzo suche.

            Nie odwracam się żeby sprawdzić czy ktoś nas goni lub pod osłoną nocy namierza nas z powietrza. Skupiamy się nad tym, co przed nami. Księżyc świeci na tyle jasno, że widzimy gdzie biegniemy, ale używamy też latarek w miejscach, które są zacienione.

            Chłopak zapala swoją latarkę i zaklina pod nosem. – Zapomniałem się rozejrzeć – mówi. Kiedy ja to robie widzę, że by uniknąć małych wąwozów i ostrych kamieni zaczęliśmy tak naprawdę zawracać.

            – Jesteś zmęczony – odzywa się Indie – Pozwól mi prowadzić.

            – Ja mogę to robić – mówię.

            – Poczekaj – Indie odzywa się zmęczonym głosem – Myślę, że tylko ty będziesz miała wystarczająco tyle siły by poprowadzić nas pod koniec drogi.

            Nasze ubrania ocierają się o wysokie rośliny, ich intensywny zapach jest dla mnie obcy, w pewnym sensie suchy. Czy to może być szałwia? Ulubiony zapach z dzieciństwa Ky’a?

 

            Pokonując kolejne kilometry przestajemy biec jedno za drugim. Biegniemy obok siebie, co jest niewydajne, ale za bardzo potrzebujemy być blisko siebie. Każdy z nas upada. Każdy krwawi. Chłopak ma uszkodzone ramię, a nogi Indie są całe poocierane, ja wpadłam w niewielki dół i moje ciało jest całe obolałe. Biegniemy tak wolno, że można to nazwać szybkim marszem.

            – Maraton – odzywa się Indie – Tak się nazywa ten rodzaj biegu. Słyszałam opowieści o nim.

            – Możesz ją opowiedzieć? – pytam.

            – Nie chcesz jej słuchać.

            – Chcę – potrzebuję czegoś co zajmie mój umysł na tyle by zapomniał o tym jak ciężko się biegnie, o tym jak daleka droga jest jeszcze przed nami. Mimo, że zbliżamy się do celu, każdy krok wydaje się zbyt wyczerpujący. Dziwi mnie, że Indie jeszcze może mówić. Ja i chłopak przestaliśmy się odzywać wiele kilometrów wcześniej.

            – To działo się na końcu świata. Pewna wiadomość miała zostać dostarczona – Indie oddycha ciężko, wypowiadane słowa są jakby poucinane – Ktoś biegł by ją dostarczyć. Dwadzieścia sześć kilometrów. Tyle co my. Udało mu się. Przekazał wiadomość.

            – Został jakoś wynagrodzony? – pytam, a mój oddech staje się nierówny  - Czy jakiś samolot przyleciał po niego i go uratował?

            – Nie – odpowiada – Dostarczył wiadomość. Potem umarł.

            Zaczynam się śmiać, co nie jest zbyt mądre przy takim wysiłku i słyszę, że Indie śmieje się ze mną – Mówiłam, że nie chcesz posłuchać tej opowieści.

            – Przynajmniej wiadomość dotarła – mówię.

            – W sumie tak – Indie spogląda na mnie z uśmiechem, a ja widzę, że to co brałam za jej oziębłość jest tak naprawdę jej ciepłem. W Indie jest pewien żar, który trzyma ją przy życiu, nawet w takich miejscach jak to.

            Chłopak kaszle i wypluwa ślinę. Mimo, że przebywał w tych okolicach dłużej niż my jest od nas słabszy.

            Przestajemy rozmawiać.

            Kilka kilometrów od Kanionu, powietrze pachnie inaczej. Nie ma w nim czystości, zapachu roślin, które czuć było wcześniej, teraz czuć dym, jakby z ogniska. Rozglądam się do okoła i wydaje mi się, że widzę żarzące się węgle, które zmieniają się w małe płomyki, bursztynowo-pomarańczowe odłamki w świetle księżyca.

            Dochodzi mnie jeszcze jeden zapach nocy – nie znam go zbyt dobrze, lecz wydaje mi się, że może to być zapach śmierci.

            Nikt z nas nic nie mówi, lecz to właśnie ten zapach powoduje, że biegniemy dalej i staramy się nie wdychać tego powietrza zbyt głęboko.

 

            Wydaje się, że biegniemy całą wieczność. Powtarzam sobie słowa wiersza wystukując rytm swoimi krokami. Brzmią jakby wypowiadał je ktoś inny. Oddycham automatycznie, a słowa ciągle układają się nie tak jak powinny: Gdyż choć to śmierci i miejsca kres, A wody daleko porwą mnie. Nie podejrzewałam, że kiedyś przyznam, że ich kolejność nie ma znaczenia.

            – Mówisz te słowa dla nas? – wykrztusił z siebie chłopak, pierwszy raz od kilku godzin.

            – My nie umarliśmy – odpowiadam. Nikt, kto umarł nie czuje takiego zmęczenia.

 

            – Jesteśmy na miejscu – mówi chłopak i zatrzymuje się. Spoglądam w kierunku, który wskazuje i widzę grupę ogromnych głazów o ostrych krawędziach, które będą bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe do przejścia.

            Udaje się nam.

            Chłopak niemalże przewraca się z wyczerpania. Spoglądamy na siebie z Indie, poczym wyciągam rękę by dotknąć jego ramienia, wygląda jakby był chory, lecz wtedy on prostuje się.

            – Chodźmy – mówię, nie do końca pewna na co czeka chłopak.

            – Nie pójdę tam z wami – mówi chłopak – Zejdę tym wyżłobieniem – wskazał na głęboki rów biegnący wzdłuż Kanionu.

            – Dlaczego? – pytam, a Indie dodaje – Skąd mamy wiedzieć, że możemy Ci ufać? Skąd mamy wiedzieć, że droga, którą nam pokazałeś jest właściwa?

            Chłopak kręci głową – To ta droga – mówi przy czym jednocześnie wyciąga rękę po swoją zapłatę – Pośpieszcie się. Już prawie świta – jego głos jest miękki lecz obojętny, co przekonuje mnie, że faktycznie mówi prawdę. Jest zbyt zmęczony by kłamać. – Wróg nie zaatakował dzisiejszej nocy. Ludzie połapią się, że uciekliśmy. Mogą zaraportować to przez miniport. Musimy ukryć się w Kanionie.

            – Więc chodź z nami – mówię.

            – Nie – odpowiada. W jego spojrzeniu widzę, że potrzebował nas do tej ucieczki. Byłaby niewykonalna w pojedynkę. Teraz, z jakiegoś powodu, chce odejść własną drogą. Szepce – Proszę.

            Sięgam do plecaka i wyciągam tabletki. Kiedy je rozwijam, moje palce są niezdarne i zmarznięte, mimo, że na plecach czuję krople potu. Chłopak odwraca się w kierunku, w którym chce iść. Chciałabym, że poszedł z nami. Wiem jednak, że wybór należy do niego.

            – Proszę – mówię, wyciągają na ręce połowę tabletek. Spogląda na nie, trzymane w mojej dłoni, wszystkie w tym samym kolorze – niebieskie.

            Wtedy zaczyna się śmiać.

            – Niebieskie – mówi, śmiejąc się jeszcze bardziej – Wszystkie są niebieskie. Wtedy jakby przez to, że wypowiedział nazwę tego koloru, niebo nad nami zmienia się w poranek.

            – Weź trochę – mówię, podsuwając do niego rękę. Widzę zmrożony pot na końcówkach jego krótko ściętych włosów i szron na jego rzęsach. Drży. Powinien założyć już swój płaszcz. – Weź trochę – powtarzam.

            – Nie – odpowiada, odpychając moją rękę. Tabletki upadają na ziemię. Ze łzami w oczach, upadam na kolana, żeby je jak najszybciej podnieść.

            Chłopak zmienia zdanie – Może wezmę jedną lub dwie – mówi i widzę, jak wyciąga po nie dłoń. Zabiera tabletki i odwraca się by od nas uciec.

            – Ale mam jeszcze inne – wołam za nim. Pomógł nam się tutaj dostać. Mogłabym dać mu zieloną tabletkę, żeby się uspokoił. Czerwoną, żeby mógł zapomnieć ten wyczerpujący bieg i zapach tych znajomych, którzy zginęli w spalonej wiosce, którą mijaliśmy. Powinnam dać mu wszystkie tabletki. Otwieram usta by jeszcze raz go zawołać, ale nie wiem jak się do niego zwrócić, nawet nie poznałyśmy jego imienia.

            Indie nie ruszyła się z miejsca.

            – Musimy iść za nim – mówię, poganiając ją – No chodź.

            – Numer dziewiętnaście – mówi spokojnym głosem. To, co mówi, nie ma dla mnie najmniejszego sensu dopóki nie spoglądam w kierunku, w który ona patrz. Widzimy to, co przed nami. Kanion jest już tak blisko, a teraz po raz pierwszy oświetla go budzące się słońce.

            – Oh – szepcę – Oh.

            Świat tutaj jest inny.

            Roztacza się przede mną kraina pełna kanionów, przepaści, głębokich wąwozów. Świat pełen cieni i odcieni, wzniesień i dołów. Pełen czerwieni, błękitu i znikomej zieleni. Indie ma rację. Kiedy niebo jaśnienie zaczynam dostrzegać coraz więcej szczegółów – powyszczerbiane głazy, zdumiewające kaniony, Kanion faktycznie przypomina nieco obraz, który dostałam od Xandera.

            Kanion w odróżnieniu od obrazu jest prawdziwy.

            Świat jest dużo większy niż kiedykolwiek przypuszczałam.

            Jeśli zejdziemy do Niego, do tych ciągnących się kilometrami gór, do hektarów dolin, do jego klifów i zatoczek, znikniemy niemalże całkowicie. Staniemy się prawie niczym.

            Nagle wracam pamięcią do szkoły podstawowej, jeszcze zanim wybraliśmy swoje specjalizacje, kiedy pokazywali nam zdjęcia naszych kości i ciała i powtarzali jak delikatni jesteśmy, jak łatwo jest zrobić sobie krzywdę lub rozchorować się bez opieki Społeczeństwa. Pamiętam widok kości, które mimo, że z wydają się białe, wypełnione są szpikiem i krwią i swoje myśli wtedy – Nie wiedziałam, że mam coś takiego w sobie.

            Nie wiedziałam, że Ziemia posiada coś takiego. Kanion wydaje się tak duży jak niebo panujące nad nim.

            To idealne miejsce na kryjówkę dla kogoś takiego jak Ky.  Cała rewolucja może ukrywać się w miejscu takim, jak to. Zaczynam się uśmiechać.

            – Czekaj – mówię, widząc, że Indie rusza to zejścia po głazach do Kanionu – Za kilka minut będzie wschód słońca – Jestem zachłanna. Chcę zobaczyć więcej.

            Indie kręci przecząco głową – Musimy zejść na dół zanim zrobi się całkiem jasno.

            Ma rację. Po raz ostatni spoglądam w kierunku, w którym poszedł chłopak, jego postać jest już ledwo widoczna, porusza się szybko, szybciej niż przypuszczałabym, że może. Żałuję, że nie zdążyłam mu podziękować.

            Ruszam za Indie, wkraczając do miejsca, gdzie mam nadzieję, dwa dni wcześniej poszedł Ky. Z dala od Społeczeństwa, od Xandera, od mojej rodziny, od życia takiego, jakie znałam. Z dala od chłopaka, który nas tu przyprowadził i od światła, które powoli zalewa ziemie, malując niebo na niebiesko, a wszechobecne skały na czerwono. Z dala od światła, które mogłoby nas zabić.

Rozdział IX KY

 

Wieczór zapada coraz szybciej, a my czekamy na pojawienie się księżyca. Niebo, które na początku jest niebieskie, nabiera odcieni różu, potem znów staje się niebieskie. Jest to coraz ciemniejszy i głębszy odcień granatu, który zmienia się w czerń.

            Nadal nie powiedziałem Eli’emu, że uciekamy.

            Jakiś czas temu pokazaliśmy wszystkim jak używać broni. Teraz, coraz bardziej niecierpliwi czekamy, by zostawić ich samych i zbiec w dół, wprost w otwartą paszczę Kanionu.

            Nagle miniport Vicka wydaje z siebie ostry dźwięk oznaczający przyjście wiadomości. Vick przykłada urządzenie do ucha i nasłuchuje przez chwilę. Ciekawi mnie, co sądzi o nas Wróg, o ludziach, których życia Społeczeństwo praktycznie nie broni. Zabijają nas, a my znów pokazujemy się im, niczym niekończące się zasoby ludzkich tarcz strzelniczych. Czy Wróg myśli o nas jak o szczurach, myszach, pchłach lub jakiś innych robakach, których nie da się wytępić? Czy oni mają jakieś pojęcie o tym, co tak naprawdę robi Społeczeństwo?

- Słuchajcie – Vick przywołuje uwagę wszystkich wokół – Właśnie dostałem wiadomość od Oficera nadzorującego. – Wszyscy zebrani uciszają się nawzajem. Wpatrują się w Vicka, stojąc z czarnymi od prochu dłońmi i z oczami pełnymi nadziei. Trudno się im nie przyglądać. W mojej głowie zaczynają pojawiać się słowa, rytm tych słów jest dziwnie znajomy lecz dopiero po chwili uświadamiam sobie co takiego wypowiadam w myślach. Mówię słowa wiersza, który zawsze powtarzam przy zmarłych.

- Wkrótce dostarczą nam nowych skazańców – mówi Vick.

- Ilu? – pada pytanie z tłumu.

- Nie wiem – odpowiada Vick – Wiem tylko to, co powiedział Oficer, że będą inni niż my, ale mamy traktować ich dokładnie tak samo jak wszystkich i będziemy za wszystko, co się z nimi tutaj stanie.

            Nikt nic nie mówi. To jedna z rzeczy, które Społeczeństwo mówiło naprawdę – każdy kto skrzywdzi lub zabije jednego z pozostałych zostanie zabrany przez Funkcjonariuszy. Szybko. Widywaliśmy już to. Społeczeństwo postawiło sprawę jasno: nie możemy ranić się nawzajem. To zadanie dla Wroga.

- Może przyślą nam jakąś dużą grupę – ktoś się odzywa – Może powinniśmy zaczekać z walką do ich przybycia.

- Nie – zaprzecza stanowczo Vick, z nutą przywództwa w głosie – Jeśli Wróg zaatakuje dziś, dziś będziemy z nim walczyć. – Jego ręka wskazuje pojawiający się właśnie na horyzoncie biały księżyc. – Wszyscy na swoje pozycje.

- Jak myślisz, co ten Oficer miał na myśli? – Eli pyta kiedy inni już odeszli – O tych nowych, dlaczego mają być inni?

Vick zaciska usta, a ja już wiem, że myśli o tym samym. Dziewczyny. Oni przysyłają nam do obozu dziewczyny.

- Masz rację – mówi Vick spoglądając na mnie – Chcą się pozbyć Abberacji.

- I mogę się założyć, że  pozbyli się już wszystkich Anomalii przed nami – mówię i niemalże w tym samym momencie, kiedy słowa padają z moich ust, widzę jak Vick zaciska pięść i wykonuje zamach prosto w moją twarz. Uchylam się w ostatnim momencie. Pudłuję, a ja instynktownie wykonuję cios prosto w jego brzuch. Odrzuca go to do tyłu, ale nie upada.

Eli stoi jak wryty. Vick i ja wpatrujemy się w siebie.

Ból, który dostrzegam w oczach Vicka, nie jest wynikiem ciosu, który mu zadałem. Vick dostawał takie uderzenia nie raz, podobnie jak i ja. Potrafimy sobie radzić z takim bólem. Nie jestem pewny, dlaczego to, co powiedziałem wywołało u niego taką reakcję, wiem jednak doskonale, że nigdy mi tego nie powie. Ja mam swoje sekrety. On ma swoje.

- Myślisz, że jestem Anomalią? – po chwili Vick pyta cicho. Eli cofa się nieco, by zachować bezpieczny dystans.

- Nie – odpowiadam szczerze.

- A gdybym był?

- Ucieszyłbym się – mówię – Oznaczałoby to, że niektórzy przeżyli, lub to, że myliłem się co do planów Społeczeństwa dotyczących skazańców tutaj.

Vick i ja w tym samym momencie spoglądamy w niebo. Usłyszeliśmy ten sam dźwięk, poczuliśmy to samo ciśnienie w naszych żyłach.

Wróg.

Księżyc wysoko na niebie.

I do tego w pełni.

- Atakują! – Vick wykrzykuje, co sił w płucach.

Wiadomość roznosi się lotem błyskawicy.  Wszyscy zaczynają krzyczeć i wydawać różne polecenia, wyraźnie słychać w ich głosach złość i terror, ale jest też coś jeszcze, coś czego dawno nie słyszałem. W ich głosach słychać radość z tego, że mogą się bronić.

Vick spogląda na mnie i wiem, że znów myślimy o tym samym. Kusi nas by zostać i stanąć do walki z pozostałymi. Przecząco kręcę głową. Nie. On może zostać jeśli chce. Ja uciekam. Muszę stąd uciec. Muszę spróbować dostać się do Cassi.

            Światła latarek poruszają się w różnych kierunkach. Ciemne postaci biegają i krzyczą.

            – Teraz – decyduje Vick.

            Odrzucam swoją broń i łapię Eli’ego za ramię. – Chodź z nami – mówię mu. Spogląda na mnie zdziwiony.

            – Gdzie? – pyta, a ja wskazuje Kanion. Jego oczy rozszerzają się w widocznym niedowierzaniu. Tam?

            – Tam – mówię – teraz!

Eli wacha się jedynie przez moment, po czym kiwa głową i zaczynamy biec. Swoją broń zostawiłem na ziemi za nami. Jedna szansa więcej dla kogoś by mógł dzięki niej się obronić. Kątem oka spoglądam na Vicka, on też zostawił broń, a obok niej swój miniport.

            Mam nieodparte wrażenie, że biegniemy po grzbiecie jakiegoś ogromnego zwierzęcia, pod nogami czuję jego żebra, a przemierzając wysokie, wyschnięte trawy srebrzące się w świetle księżyca, odnoszę wrażenie, że to jego futro. Po chwili trawy kończą się i pod naszymi nogami są twarde kamienie, zbliżamy się do granic Kanionu, tam właśnie będziemy najbardziej widoczni.

            Mniej niż kilometr dalej słyszę upadek Eliego.

- Zostaw swoją broń – mówię mu, a gdy nie słucha, wyciągam rękę w jego stronę i wytrąca mu ją z rąk. Upada na ziemię, a Eli zatrzymuje się koło niej.

- Eli – mówię, a mój głos niknie w odgłosach nalotu, który właśnie się zaczął. Słychać krzyki ludzi.

- Biegnij – mówię – Nie słuchaj tego. Sam też staram się tego nie słyszeć – tego krzyku, wrzasków, umierania.

            Dobiegamy do krawędzi, zatrzymujemy się koło Vicka, który zdążył już nieco ochłonąć.

- Tędy – mówię wskazując kierunek

- Musimy wrócić i im pomóc – odzywa się Eli.

            Vick nie odpowiada, zaczyna biec we wskazanym przeze mnie kierunku.

- Ky?

- Biegnij dalej Eli – odpowiadam.

- Nie obchodzi Cię to, że oni tam umierają? – pyta.

            Dobiegają nas dźwięki walki, słychać strzały z broni, którą stworzyliśmy.

- Chcesz przeżyć? – pytam Eliego, wściekły, że tak bardzo utrudnia mi zapomnienie o tym, co dzieję za nami.

            Wtedy zwierzę, po którego grzbiecie biegliśmy zadrżało. Wybuchło coś dużego, w jednej sekundzie Eli i ja zaczynamy uciekać, instynkt każe nam biec by przeżyć. Nie myślę o niczym poza tym biegiem.

 

            Już kiedyś przeżyłem coś podobnego. Wiele lat temu. Mój ojciec powiedział mi wtedy „Jeśli coś się wydarzy, biegnij do Kanionu”. Więc tak zrobiłem. Jak zawsze, chciałem przeżyć.

            Wtedy jednak Funkcjonariusze pojawili się przede mną w samolocie, przemierzając w kilka chwil odcinek, którego przebiegnięcie zajęło mi kilka godzin. Obezwładnili mnie. Próbowałem się wyrwać. Kamień ranił mój policzek, kiedy przyciskali mnie do ziemi. Chciałem ukryć przed nimi jedną najcenniejszą dla mnie rzecz, którą przed ucieczką zabrałem z domu – pędzel mojej matki.

            W samolocie zobaczyłem tylko jedną osobę – dziewczynę z mojej wioski. Kiedy wznieśliśmy się w powietrze Funkcjonariusze kazali nam wziąć czerwone tabletki. Słyszałem na ich temat wiele pogłosek. Myślałem, że umrę. Zacisnąłem usta najmocniej jak potrafiłem. Nie chciałem wziąć tej tabletki.

- Teraz Twoja kolej – jedna z Funkcjonariuszek odezwała się sympatycznym głosem i wepchnęła mi do ust zieloną tabletkę. Fałszywy spokój ogarnął moje ciało i nie mogłem się bronić kiedy wkładała mi do ust czerwoną kapsułkę. Moje ręce jednak walczyły. Złapałem pędzel mojej mamy i zacisnąłem pięści tak mocno, że pędzel się złamał.

            Nie umarłem. Zabrali nas do kabiny z tyłu samolotu i  tam umyli nasze ręce, twarze i włosy. Traktowali nas delikatnie, dali nam nowe ubrania i powiedzieli historię, którą mieliśmy pamiętać zamiast tego, co naprawdę się wydarzyło.

- Przykro nam – mówili, starając się by ich twarze faktycznie wyrażały żal – Wróg zaatakował w czasie, kiedy większość ludzi pracowała w polu. Niewielka część ludzi zginęła, w tym niestety wasi rodzice.

            Pomyślałem sobie wtedy, dlaczego oni to mówią? Myślą, że zapomnimy, co naprawdę się stało? To nieprawda, że niewielu zginęło. Prawie wszyscy zginęli. I nie byli wtedy w polu. Wszystko przecież widziałem.

            Dziewczyna siedząca obok rozpłakała się, kiwała zgadzając się na prawdę, którą mówili, uwierzyła mimo, że przecież powinna wiedzieć, że oni kłamią. Wtedy zdałem sobie sprawę, że czerwona tabletka miała sprawić, że zapomnę.

            Udawałem, że zapomniałem. Zachowywałem się tak jak dziewczyna i próbowałem przyjąć obojętny wyraz twarzy, taki sam jak jej.

            Nie potrafiłem jednak płakać, jak ona. Wiedziałem, że jeśli zacznę płakać, nigdy nie przestanę. Wtedy oni domyśliliby się, że wiem, co naprawdę się tam wydarzyło.

            Wyjęli mi z rąk połamany pędzel i zapytali skąd go mam.

            W pierwszym momencie spanikowałem. Nie wiedziałem skąd go mam. Czy czerwona tabletka zadziałała? I wtedy przypomniałem sobie skąd mam ten pędzel, należał do mojej matki. Znalazłem go w wiosce kiedy wróciłem tam z Kanionu po ostrzelaniu.

            Spojrzałem na Funkcjonariuszkę i powiedziałem „Nie wiem, chyba go znalazłem”

            Uwierzyli mi i wtedy nauczyłem się kłamać, tak by nie zostać przyłapanym.

 

Zbliżamy się do Kanionu.

- Którędy? – Vick woła do mnie. Z tej odległości widać to, czego nie sposób dostrzec kiedy patrzy się na Kanion z daleka – głębokie szczeliny pokrywające całą płaszczyznę. Każda szczelina prowadziła w głąb Kanionu, od wyboru dobrej drogi zależało powodzenie całej akcji.

            Nie wiem. Nigdy tu wcześniej nie byłem, słyszałem jedynie od ojca o jego wyprawach tutaj. Musiałem szybko podjąć decyzję. Przez tę jedną chwilę jestem ich liderem.

- Tędy – mówię, wskazując najbliższe miejsce, w którym rozstąpiła się ziemia. Coś w wyglądzie tej szczeliny sprawia, że wydaje się znana, jak czytana już kiedyś powieść.

            Poruszamy się bez latarek. Światło księżyca musi wystarczyć. Obiema rękami przytrzymujemy się skał. Rozcinam sobie ramię wystającymi ze ściany kamieniami i korzeniami roślin.

            Za nami słyszę kolejny wybuch – dźwięk, który jest niepodobny do dźwięków broni Wroga. Nie dochodził z wioski. Był zdecydowanie bliżej. Jakby na równinie tuż za nami.

- Co to było? – Eli pyta.

- Rusz się – mówię z Vickiem jednocześnie i schodzimy szybko, coraz szybciej, coraz bardziej posiniaczeni i krwawiący.

Jesteśmy ścigani.

            Po kilku chwilach Vick zatrzymuje się, a ja przeciskam się przed niego. Musimy zejść głęboko w Kanion i to szybko.

- Uważaj – odzywam się – Grunt jest skalisty. Słyszę oddechy Vicka i Eliego za sobą.

- Co to było? – znów pyta Eli, kiedy schodzimy niżej.

- Ktoś nas śledził – mówi Vick – I został zastrzelony.

- Możemy się zatrzymać na chwilę – mówię wdrapując się pod duży wystający kamień. Vick i Eli wciskają się koło mnie.

            Oddech Vicka jest niespokojny. Przyglądam mu się chwilę.

- Wszystko w porządku – odpowiada – Dzieje się tak kiedy biegam, zwłaszcza kiedy jest tak dużo kurzu.

- Kto do nich strzelał? – dopytuje Eli – Wróg?

            Vick nic nie mówi.

- Kto? – głos Eliego staje się ostry.

- Nie wiem – odpowiada w końcu Vick – Naprawdę nie wiem.

- Ty nie wiesz?

- Nikt nie wie wszystkiego – mówi Vick – Poza Ky’em. On myśli, że znalazł tą jedyną.

            Nagła nienawiść gotuje się we mnie, czysty, wyczerpujący gniew, lecz zanim mówię i robię cokolwiek, Vick dodaje – Kto wie. Może tak właśnie jest.

            Odpycha się od ściany, na której się opierał i mówi – Idziemy, Ty pierwszy.

            Powietrze w Kanionie jest ostre i mroźne tak bardzo, że pali mnie w gardło, pozwalam oczom przyzwyczaić się do ciemności by po chwili znów ujrzeć zarysy skał i roślin.

- Tędy – mówię – Świećcie latarkami nisko po ziemi jeśli musicie ich używać, choć księżyc powinien wystarczyć.

            Społeczeństwo lubi ukrywać przed nami różne sprawy, lecz wiatr nie dba o to co wiemy. Dobiega do nas to, co wydarzyło się na górze – zapach dymu i biała substancja, która na nas spada. Biały popiół. Ani przez moment nie przypomina on śniegu.