Bez kategorii

Rozdział VIII CASSIA

 

Pierwszą rzeczą jaką zrobili Funkcjonariusze po tym, jak wznieśliśmy się w powietrze było złożenie obietnicy, że dostaniemy kurtki.

- Przed nastaniem Społeczeństwa, w czasach wielkiego Upału, zmienił się klimat Zewnętrznych Prowincji – mówi Oficer – Jest tu zimno, choć nie tak zimno jak bywało kiedyś. Nadal istnieje zagrożenie zamarznięcia w nocy, lecz jeśli będziecie nosić te kurtki, nic wam się nie stanie.

            Więc lecimy do Zewnętrznych Prowincji. To już pewne. Spoglądam na inne dziewczyny, wszystkie patrzą przed siebie, nawet Indie. Niektóre z nich trzęsą się bardziej niż reszta.

- To zadanie nie będzie różniło się niczym od waszej poprzedniej pracy – Oficer mówi, do pogrążonych w ciszy dziewczyn – Waszym zadaniem będzie uprawa bawełny. Chcemy by Wróg myślał, że ta część naszej ziemi jest dalej zamieszkiwana i tętniąca życiem. To strategiczny ruch Społeczeństwa.

- Więc to prawda? Toczymy wojnę z Wrogiem? – pyta jedna z dziewcząt.

            Oficer zaśmiał się pogodnie. – Już niedługo. Społeczeństwo jest bardzo silne, ale Wróg jest nieprzewidywalny. Musimy zrobić wszystko by Wróg uwierzył, że Zewnętrzne Prowincje są zamieszkałe i dobrze prosperujące. Społeczeństwo nie chce by ktokolwiek musiał przebywać tu zbyt długo, dlatego wdrożyło program sześciomiesięcznej rotacji. Jak tylko wasz czas tutaj dobiegnie końca, wrócicie do domów, jako Obywatele.

Nic z tego, o czym mówi nie jest prawdą – myślę sobie – choć tak łatwo uwierzyć w jego słowa.

- A teraz – mówi, gestem przywołując pozostałych Funkcjonariuszy, którzy nie pilotują samolotu – Oni zabiorą was za tamtą zasłonę, przeszukają i rozdadzą standardowe uposażenie, w tym kurki.

            Będą nas przeszukiwać. I to teraz.

            Nie zostałam wywołana jako pierwsza do sprawdzania. Przerażona, szukam jakiegoś miejsca, w którym mogłabym schować tabletki, ale nic nie wydaje się odpowiednią kryjówką. Samoloty produkowane na potrzeby Społeczeństwa są pełne gładkich powierzchni, bez żadnych zakamarków czy schowków. Nawet nasze siedzenia są twarde i równe, a pasy, którymi jesteśmy przypięte są proste i napięte. Nie ma tu żadnego miejsca, w którym mogłabym ukryć tabletki.

- Masz coś do ukrycia – słyszę szept Indie.

- Tak – odpowiadam. Nie ma powodu, żeby ją okłamywać.

- Ja też – szepce – Wezmę to, co Ty masz. A kiedy będzie moja kolej Ty weźmiesz coś ode mnie.

            Otwieram powoli saszetkę i wyjmuję z niej opakowanie z tabletkami. Zanim jestem w stanie zrobić coś więcej Indie z niesamowitą szybkością – mimo kajdanek na rękach, przechwytuje tabletki. Co teraz z nimi zrobi? Co takiego ona próbuje ukryć i jak chce po to sięgnąć skoro ręce ma uwięzione.

            Nie mam więcej czasu by o tym myśleć. – Nastęna – Funkcjonariuszka o brązowych włosach woła, wskazując na mnie.

            Nie oglądaj się za Indie, powtarzam sobie. Niczego po sobie nie zdradź.

 

             Za zasłoną musiałam rozebrać się do bielizny, a Funkcjonariuszka przeszukiwała kieszenie moich ubrań. Kazała mi się ubrać w nowy komplet – czarny zamiast dotychczas noszonego brązowego.

- Sprawdźmy jeszcze saszetkę – mówi odbierając mi ją. Przegląda wiadomości i stara się nie skrzywić kiedy jeden z najstarszych listów od Brama rozsypuje się na kawałki w jej palcach.

            Oddaje mi saszetkę – Możesz się już ubrać – mówi.

            Kiedy kończę zapinać ostatni guzik koszuli Funkcjonariuszka woła głównego Oficera – Ta nie ma nic – mówi o mnie. Oficer kiwa głową.

            Z powrotem na swoim miejscu koło Indie wkładam ręce do kieszeni nowo pozyskanego płaszcza – Jestem gotowa – mówię miękko, lekko poruszając ustami.

- Wszystko jest już w Twojej kieszeni – Indie spokojnie odpowiada.

            Mam ochotę zapytać jej jak zrobiła to tak szybko, ale nie chcę być usłyszana. Oddycham z ulgą, udało nam się. Indie się udało.

            Kiedy Funkcjonariuszka wskazuje na Indie kilka chwil później, ona wstaje i idzie do niej z pochyloną głową i rękoma posłusznie trzymanymi przed sobą. Indie świetnie udaje załamaną tą całą sytuacją, myślę sobie przyglądając się jak odgrywa swoją rolę.

            Siedząca naprzeciw mnie dziewczyna, którą przeszukiwano zaraz po mnie zaczyna szlochać. Zastanawiam się czy próbowała coś przemycić i to się nie udało – dokładanie to zdarzyłoby się mnie, gdyby nie Indie.

- Masz rację, że płaczesz – mówi szorstko inna dziewczyna – Lecimy do Zewnętrznych Prowincji.

- Zostaw ją w spokoju – trzecia włącza się do rozmowy. Oficer zauważa płaczącą dziewczynę i przynosi jej zieloną tabletkę.

            Indie nie odzywa się ani słowem po powrocie z przeszukania. Nawet nie spogląda w moim kierunku. Czuję ciężar tabletek w kieszeni mojego płaszcza. Chciałabym bardzo móc zajrzeć tam by sprawdzić, że wszystkie tam są – niebieskie od Xandera i moje własne, lecz wiem, że nie mogę teraz nic zrobić. Ufam Indie i ona ufa mi. Waga pojemnika z tabletkami wydaje się taka sama; nie odczułam ciężaru czegoś innego. Cokolwiek Indie chciała ukryć, musi to być małe i lekkie.

            Zastanawiam się, co to takiego. Być może powie mi to później.

            Funkcjonariusze dają nam minimalny ekwipunek: porcje jedzenia na dwa dni, dodatkowy komplet ubrań, menaszkę, plecak, w którym możemy nosić to wszystko. Żadnych noży, nic ostrego. Żadnych pistoletów, ani broni. Latarkę, która jest tak lekka i powykręcana w kształcie, że w żadnym wypadku nie może posłużyć jako broń.

            Nasze kurtki są lekkie, lecz ciepłe, zrobione z jakiegoś specjalnego materiału. Zastanawia mnie, dlaczego Społeczeństwo marnuje tyle pieniędzy na ludzi, których tutaj wysyła. Te kurtki to jedyny przebłysk ich troski o to, czy przeżyjemy, czy nie. Jak nic innego z rzeczy, które otrzymaliśmy te kurtki oznaczają inwestycję. Wydatek.

            Zerkam na Oficera. Odwraca się i otwiera drzwi do kabiny pilota. Wchodząc, zostawia je delikatnie uchylone i dostrzegam kokpit pełen różnych dźwigni i migających lampek. Dla mnie nie przestawiają żadnego porządku, są niezrozumiałe niczym konstelacje gwiazd, tylko pilot zna ich przeznaczenie.

- Ten samolot wydaje dźwięki podobne do szumu rzeki – odzywa się Indie.

- Tam, skąd pochodzisz jest wiele rzek? – pytam

Kiwa głową.

- Jedyną rzeką, o której słyszałam, że płynie w okolicy, jest Syzyf – mówię.

- Syzyf? – Indie spogląda na mnie ciekawie. Odwracam się by sprawdzić czy żaden Funkcjonariusz czy Oficer nie słuchają.

- Społeczeństwo ją zatruło – mówię – Nic nie może żyć w niej, ani na jej brzegach. Nic tam nie rośnie.

            Indie patrzy prosto w moje oczy. – Nigdy nie można zabić rzeki do końca – mówi – Nie można zabić czegoś, co ciągle jest w ruchu i ciągle się zmienia.

            Oficer, po rozmowie z pilotem wraca i mówi coś do Funkcjonariuszy. Coś w sposobie w jaki porusza się po samolocie sprawia, że przypomina mi się Ky; sposób w jaki utrzymywał równowagę w jadącym pociągu powietrznym, jego umiejętność przewidywania nawet najmniejszej zmiany w kierunku jazdy.

            Ky nie potrzebował kompasu, który by go kierował. Ja też potrafię podróżować bez niego.

            Lecę teraz w stronę Ky’a, oddalając się od Xandera, w kierunku, który jest czymś nowym, Zewnętrznym.

- Jesteśmy prawie na miejscu – mówi brązowowłosa Funkcjonariuszka. Spogląda na nas a ja dostrzegam w jej spojrzeniu coś szczególnego – współczucie.

Jest jej nas wszystkich żal. Jest jej żal mnie.

            A nie powinna tak czuć. Nikt na pokładzie nie powinien tak czuć. W końcu docieram do Zewnętrznych Prowincji.

            Pozwalam sobie na marzenie, że Ky czeka na mnie kiedy ląduję, że jestem jedynie chwile od momentu, kiedy znów na niego spojrzę. Może nawet dotknę jego dłoni, a potem, w ciemności, jego ust.

- Uśmiechasz się – Indie mówi.

- Wiem – odpowiadam.

Rozdział VII KY

- Wszyscy na Ciebie patrzą – mówi do mnie Vick.

            Ignoruję go. Kilka cylindrów, którymi wczoraj ostrzeliwał nas Wróg nie wybuchły. Wciąż mają proch w środku. Próbuję przesypać go do komory pistoletu. Działania Wroga zastanawiają mnie coraz bardziej – ich amunicja wydaje się coraz bardziej prymitywna i coraz mnie efektywna odkąd tu jesteśmy. Może faktycznie przegrywają.

- Co robisz? – Vick pyta.

            Nie odpowiadam. Próbuję sobie przypomnieć jak to się robi. moje dłonie robią się czarne od prochu kiedy przesypuję go między palcami.

            Vick kładzie dłoń na moim ramieniu. – Przestań – mówi cicho – Wszyscy skazańcy przyglądają się Tobie.

- A co Ciebie obchodzi co oni myślą?

- To nie wpływa dobrze na morale, gdy ktoś taki jak Ty zaczyna wariować.

- Sam powiedziałeś, że nie jesteśmy ich przywódcami. – mówię do niego, a kiedy spoglądam na jego twarz on odwraca się w stronę gapiów. Nikt nie patrzy mi prosto w oczy. Poza Elim – on przygląda mi się uważnie a ja posyłam mu szybki uśmiech, żeby wiedział, że nie oszalałem.

- Ky – odzywa się Vick, nagle pojmując, co tak właściwie robię – Próbujesz wykombinować jak zrobić z tego prawdziwą amunicję?

- Niewiele dobrego da się z tego zrobić – mówię – Można z tego wystrzelić tylko raz i trzeba będzie rzucać tym jak granatami. Rzuć i uciekać w drugą stronę.

            Vickowi zdecydowanie poprawia się humor – Moglibyśmy dorzucić tam kamieni i innych rzeczy. Rozgryzłeś już jak otworzyć bezpiecznik?

- Jeszcze nie – przyznaję – to najtrudniejsza część.

- Dlaczego? – Vick pyta cicho, by nikt nie słyszał naszej rozmowy – To dobry pomysł, pewnie, ale to będzie zbyt trudne, żeby odpalić to w czasie ucieczki.

- To nie dla nas – odpowiadam i znów zerkam na pozostałych – Nauczymy ich jak robić broń zanim odejdziemy. Niestety, mamy coraz mniej czasu. Zostawmy zakopywanie ciał na dziś.

            Vick wstaje i odwraca się do grupy – Ky i ja robimy sobie dzisiaj przerwę od kopania grobów Reszta ma robić to dalej. Niektórzy nowi jeszcze nawet nie zaczęli.

             Kiedy wszyscy się rozchodzą spoglądam na swoje dłonie – pokryte czarnym prochem i trzymające to, co zadawało śmierć podczas nocnego nalotu – przypominam sobie jak przerabialiśmy te same pozostałości po pociskach jeszcze w mojej prawdziwej osadzie. Społeczeństwo, podobnie jak teraz Wróg myśleli, że tylko oni są uzbrojeni, lecz my wiedzieliśmy jak używać ich broń. I jak produkować swoją własną. Używaliśmy krzemieni – kamieni, dzięki którym rozpalaliśmy małe ogniska wtedy, gdy tego potrzebowaliśmy.

- Dalej uważam, że powinniśmy uciec w nocy, w której nie będzie nalotu – mówi Vick – Możemy zaaranżować to tak, żeby myśleli, że wysadziliśmy się sami używając tego – wskazał na odłamki nabojów leżące dookoła.

            W pewnym stopniu ma rację. Byłem tak pewny, że będą chcieli nas ścigać, że nie brałem pod uwagę żadnej innej możliwości ucieczki. Chociaż, dalej jest bardziej prawdopodobne, że inni będą chcieli ruszyć za nami jeśli nie zrobimy tego w czasie nalotu, kiedy to śmierć innych będzie zacierać nasze ślady. Nie chcę, żeby ktokolwiek inny próbował uciekać z nami. Społeczeństwo z pewnością zauważy brak więcej niż kilku skazańców, a wtedy możemy okazać się cennymi do schwytania.

            Poza tym, nie mam pojęcia co nasz czeka w Kanionie. Nie próbuję dowodzić. Ja chcę jedynie przetrwać.

- A co po wiesz na to – mówię – Ruszamy dzisiaj. Bez względu na to by będzie nalot czy nie.

- W porządku – po chwili odpowiada Vick.

            Więc postanowione. Uciekamy. Wkrótce.

            Staramy się jak najszybciej wymyślić sposób, w jaki moglibyśmy użyć zdobytej broni. Kiedy reszta wraca z kopania grobów, widząc co dokładnie robimy, zaczyna pomagać nam zbierając proch i przynosząc kamienie. Niektórzy nawet nucą i śpiewają podczas pracy. Kiedy zdaję sobie sprawę, co takiego nucą przez sekundę zamieram, choć nie powinienem być zdziwiony melodią, którą wybrali. To hymn Społeczeństwa. Społeczeństwo odebrało nam muzykę, ostrożnie dobierając Sto Piosenek – kombinację utworów, które można odtworzyć jedynie elektronicznie – poza hymnem, który  jest jedyną, jaką ludzie są w stanie zaśpiewać. Mimo, że w hymnie są strofy śpiewane wysokim sopranem, ludzie starają się odśpiewać podstawową linię, łatwe nuty altów i tenorów. Właśnie to teraz słyszę.

            Niektórzy, pochodzący z Zewnętrznych Prowincji utrzymali w pamięci swoje stare piosenki. Pamiętam jak śpiewaliśmy je podczas pracy. Pewna kobieta powiedziała mi, że zapamiętanie starych melodii wcale nie jest trudne tu, gdzie rzeki i skały Kanionu są tak blisko.

            Chciałbym pamiętać jak robiło się naboje. Wzbraniam się natomiast przed wspomnieniami z kim i dlaczego to robiłem.

            Vick kręci głową. – Nawet jeśli rozgryziemy jak zrobić z tego broń, dalej zostawimy ich tu na pewną śmierć.

- Wiem o tym – odpowiadam – ale będą mogli się chociaż przez chwilę bronić.

- Obronią się raz – mówi. Po raz pierwszy zauważyłem, że jego ramiona się garbią. Jakby w końcu zdał sobie sprawę, że jest przywódcą i zawsze nim był i ta wiedza teraz go przytłacza.

- To za mało, wiem – mówię, wracając z powrotem do pracy.

- Za mało – Vick przytakuje.

            Starałem się nie patrzeć na innych skazańców, ale nie udawało mi się to. Jeden z nich ma zmarszczki na twarzy. Inny ma twarz podobną do chłopca, którego wrzuciliśmy do rzeki i zastanawiam się czy byli braćmi. Nigdy go o to nie zapytałem i nie zapytam. Wszyscy noszą nie dopasowane ubrania i wymyślne kurtki, które ogrzewają ich, w oczekiwaniu na śmierć.

- Jak się naprawdę nazywasz? – nieoczekiwanie pyta Vick.

- Naprawdę mam na imię Ky –odpowiadam.

- Ale jakie jest twoje pełne imię i nazwisko?

            Milczę przez minutę, widząc przed oczami swoje nazwisko, pierwszy raz od wielu lat. Ky Finnow. Tak się wtedy nazywałem.

- Roberts – mówi Vick zniecierpliwiony moim zawahaniem. – To moje nazwisko. Nazywam się Vick Roberts.

- Markham – odpowiadam. – Ky Markham. Mówię tak ponieważ pod tym nazwiskiem ona mnie zna. Tak się teraz naprawdę nazywam.

            Mimo to, moje poprzednie nazwisko też brzmi dobrze, kiedy powtarzam je w myślach. Finnow. Nazwisko, które dzieliłem ze swoją matką i ojcem.

            Spoglądam na tych, którzy zbierają kamienie. Część mnie  jest zadowolona z widoku celowości ich ruchów i wiedzy, że pomogłem im czuć się lepiej, choć przez chwilę. Niestety, głęboko czuję, że rzuciłem im tylko strzęp nadziei. Nadziei, której nie powinni mieć. I tak wszyscy umrą.

Rozdział VI CASSIA

 

            Słysząc ciężkie i regularne oddechy w pokoju jestem zupełnie pewna, że reszta dziewczyn śpi, odwracam się na bok i wyciągam z kieszeni kartkę, którą dostałam od Archiwisty.

            Papier jest cienki i kiepskiej jakości, nie to co gruba kremowa kartka, na której był wiersz od dziadka. Ten też jest stary, lecz nie tak stary jak ten od dziadka. Mój tata mógłby określić jego wiek; ale niestety nie ma go tu, pozwolił mi odejść. Kiedy ostrożnie rozkładam złożoną kartkę, papier wydaje cichy szmer, który wydaje się jednak głośny i mam nadzieję, że dziewczyny wezmą ten odgłos za szelest koca lub za dźwięk skrzydeł jakiegoś owada.

            Długo czekałam, aż wszyscy w pokoju zasną. Kiedy wróciłam ze swojego spotkania z Xanderem powiedziano mi, że żadna z nas nie dostała jeszcze polecenia przeniesienia; Funkcjonariusz powiedział, że powiedzą gdzie nas przenoszą następnego dnia rano. Doskonale rozumiem, że dziewczyny czują się z tym nieswojo – ja mam dokładnie tak samo. Do tej pory zawsze wiedziałyśmy już przed ostatnią nocą gdzie będziemy wysłane następnego dnia. Skąd ta zmiana? Widocznie Społeczeństwo miało jakiś ważny ku temu powód. Społeczeństwo zawsze ma jakieś powody swoich decyzji.

            Przesuwam kartkę tak, by oświetlało ją białe światło księżyca za oknem. Moje serce bije szybko, a puls przyśpiesza mimo, że leżę prawie nieruchomo. Niech to będzie coś warte, proszę – w myślach wypowiadam prośbę skierowaną do nikogo i zaczynam czytać.

            O nie.

            Zaciśniętą mocno pięść przykładam do drżących ust by powstrzymać się przed wypowiedzeniem tych słów na głos w cichym pokoju.

            To nie jest mapa, ani nawet wskazówki jak dotrzeć tam, gdzie chcę być.

            To opowiadanie, a po przeczytaniu pierwszej linijki wiem, że nie jest to jedno ze Stu:

            Mężczyzna wtaczał kamień pod górę. Kiedy dochodził do szczytu, kamień staczał się na sam dół i mężczyzna zaczynał od początku. W pobliskiej wiosce ludzie zaczęli zwracać na niego uwagę. „Taki dostał wyrok” mówili. Nikt się do niego nie zbliżał ani nie próbował pomóc ponieważ bali się tych, którzy zawinili i musieli ponosić karę. On wtaczał dalej. Oni patrzyli.

            Wiele lat później, następne pokolenie zauważyło, że mężczyzna i jego kamień wtopili się w górę, tak jak słońce wtapia się w linię horyzontu. Widzieli jedynie część kamienia i część mężczyzny, który wtaczał kamień na szczyt.

            Jedno z dzieci zaciekawiło to bardzo. Pewnego dnia dziecko postanowiło podejść bliżej. Kiedy dziewczynka stała wystarczająco blisko zauważyła, że na kamieniu wyryte są imiona, daty i miejsca.

- Co to za słowa? – zapytała.

- To smutki zebrane ze świata – mężczyzna odpowiedział jej – Steruję nimi by doszły na szczyt i to w kółko.

- Używasz ich by drążyć w skałach – dziecko odpowiedziało przyglądając się głębokiemu tunelowi, w którym mężczyzna toczył kamień.

- Tworzę coś – mężczyzna powiedział – A kiedy skończę, przyjdzie czas na Ciebie byś zajęła moje miejsce.          

            Dziewczynka nie przestraszyła się. – A co takiego robisz?

- Rzekę – odpowiedział.

            Dziecko wróciło do wioski zastanawiając się, jak ktokolwiek może zrobić rzekę. Niedługo potem spadł obwity deszcz i powódź zalała koryto i porwała ze sobą mężczyznę niewiadomo gdzie. Dziewczynka przekonała się, że mężczyzna miał rację – można robić rzekę, zajęła więc jego miejsce i zaczęła pchać kamień sterując smutkami i żalami świata.

            W ten sposób narodził się Pilot.

            Pilot to człowiek, który toczy kamień a potem zostaje porwany przez wodę. To kobieta, która przekracza rzekę i spogląda w niebo. Pilot jest stary i młody i ma każdy możliwy kolor oczy i włosy w każdym możliwym odcieniu, zamieszkuje pustynie, wyspy, lasy, góry i równiny.

            Pilot jest przywódcą Powstańców – grupy zbuntowanych wobec Społeczeństwa. Pilot nigdy nie umiera. Kiedy jeden kończy swoją pracę, na jego miejsce przychodzi następny.

            I tak to już się toczy, od wielu, wielu lat.

            Ktoś w pokoju obraca się i porusza na łóżku – ja zamieram w bezruchu czekając aż oddech tej dziewczyny znów się wyrówna we śnie. Kiedy tak się dzieje wracam do czytania, by dowiedzieć się co jest napisane w ostatnim zdaniu:

            Daleko poza granicami Społeczeństwa oznaczonymi na mapie Pilot będzie zawsze żył i działał.

            Niespodziewanie przeszywa mnie gorąca iskra nadziei kiedy dochodzi do mnie o czym tak naprawdę jest ten tekst, który trzymam w dłoniach.

            Istnieją buntownicy. Są prawdziwi, zorganizowani i mają przywódcę.

            Ky i ja nie jesteśmy jedynymi.

            Słowem-kluczem był Pilot. Czy dziadek wiedział o tym? Czy to właśnie dlatego podarował mi wiersz zanim umarł? Czy do tej pory źle odczytywałam to, co dziadek chciał mi przekazać przez tamten wiersz?

            Nie jestem w stanie usiedzieć w miejscu.

            „Obudź się” szepcę tak cicho, że ledwo słyszę swój własny głos. „Nie jesteśmy jedyni”. Jedną stopę zwieszam ze swojego łóżka. Mogłabym zejść z łóżka, obudzić wszystkie dziewczyny i opowiedzieć im o Powstańcach. Być może on już o nich wiedzą. Choć, to mało prawdopodobne. Wydają się takie pozbawione nadziei. Poza Indie, która choć ma w sobie więcej żaru niż inne, podobnie jak one nie ma żadnego celu. Nie wydaje mi się, żeby wiedziała.

            Powinnam powiedzieć Indie.

            Przez chwilę jestem przekonana, żeby to zrobić. Moje stopy lekko dotykają podłogi, kiedy schodzę z drabinki i otwieram usta. Wtedy, za drzwiami słyszę głos Funkcjonariusz patrolującego korytarz i zatrzymuję się z niebezpiecznym papierem w ręce, który wygląda jak biała flaga.

            W tym momencie postanawiam, że nie powiem nikomu. Zrobię z tą kartką to, co zawsze robie gdy ktoś powierza mi coś tak niebezpiecznego:

Zniszczę to.

 

- Co robisz? – słyszę cichy głos Indie za moimi plecami. Nie słyszałam jak podeszła do mnie ze swojego łóżka na drugim końcu pokoju, a kiedy ją słyszę prawię podskakuję ze strachu.

- Muszę znów umyć ręce – szepcę, opanowując potrzebę odwrócenia się do niej twarzą. Stoję przy umywalce i lodowata woda obmywa moje palce. Brzmi jakby przez środek ciemnego pomieszczenia płynęła rzeka. – Wcześniej nie wyczyściłam ich dokładnie. Sama wiesz jak Funkcjonariusze nie lubią, kiedy brudne kładziemy się do łóżka.

- Obudzisz pozostałe dziewczyny – mówi – I tak nie jest im łatwo tutaj zasypiać.

- Przepraszam – mówię szczerze. Nie znalazłam żadnego innego pomysłu na pozbycie się kartki. Kilka długich i stresujących chwil zajęło mi podarcie jej na malutkie kawałeczki. Na początku trzymałam kartkę przy twarzy i chuchałam na nią by darcie papieru nie było takie głośne. Mam nadzieję, że podarłam ją na tak małe kawałeczki, że nie utkną w odpływie i popłyną rurami gdzieś daleko.

            Indie pochyla się i zakręca wodę. Przez ułamek sekundy wydaje mi się, że ona coś wie. Być może nie wie o Powstańcach, o buncie, ale jestem przekonana, że wie coś o mnie.

            Stuk, stuk. Słychać obcasy Funkcjonariuszki odbijające się echem po cemencie. W sekundzie dobiegamy do swoich łóżek, staram się jak najszybciej wejść po drabince na swoją pryczę.

            Funkcjonariuszka zatrzymuje się na chwilę przed naszym pokojem, nasłuchuje, po czym rusza dalej.

            Siadam na łóżku nasłuchując drogę powrotną Funkcjonariuszki. Zatrzymała się przy innym pokoju.

            Bunt. Pilot.

            Kto to może być?

            Czy Ky wie coś o tym wszystkim?

            Może wiedzieć. Mężczyzna z opowiadania przypomina Syzyfa, o którym Ky opowiadał mi jeszcze w Mieście. Przypominam sobie jeszcze jak Ky opowiadał mi swoją historię, kawałek po kawałku. Nie przypuszczałabym, że znam ją już całą.

            Próba dotarcia do niego była moim głównym celem od bardzo długiego czasu. Nawet bez mapy, czy kompasu wiem, że potrafię go odnaleźć. W głowie odtwarzam sobie wciąż moment naszego ponownego spotkania. To jak przytula mnie mocno, jak szepcę mu do ucha słowa wiersza specjalnie dla niego. Wyobrażając sobie to wszystko nie pomijam nawet tego, że wiersz nie jest jeszcze dokończony. Nie umiem przebrnąć poza pierwszy wers. Pisałam już tak wiele początków przez te wszystkie miesiące, a nie jestem w stanie opisać dalej takiej miłości jak nasza.

            Powoli, centymetr po centymetrze kładę się najdelikatniej jak mogę, dopóki całym ciężarem nie leżę na łóżku czując wszystko od osmyków włosów po ciężar nóg na materacu. Dzisiejszej nocy już nie zasnę.

 

            Przychodzą po nas przed świtem, tak samo jak wtedy przyszli po Ky’a.

            Nie słyszę żadnych krzyków lecz coś wzbudza mój niepokój. Coś ciężkiego wisi w powietrzu; ptaki za oknem śpiewają dziś inaczej niż do tej pory.

            Siadam na łóżku i wyglądam przez okno. Funkcjonariusze zabierają dziewczyny, niektóre z nich płaczą i próbują się uwolnić. Przybliżam twarz do okna żeby zobaczyć więcej, moje serce bije mocno, podświadomie wiem, gdzie je zabierają.

            Co zrobić, żeby znaleźć się wśród nich? Mój umysł zaczyna sortować dane. Jak wiele kilometrów, jak wiele zmiennych musi pasować bym znalazła się bliżej niego. Nie potrafiłam dotrzeć do Zewnętrznych Prowincji sama, więc może teraz Społeczeństwo mnie tam zabierze.

            Dwóch Funkcjonariuszy otwiera drzwi naszego pokoju:

- Potrzebujemy dwóch dziewczyn z tego pokoju – mówi jeden z nich – Łóżko numer 8 i łóżko numer 3 – dziewczyna z łóżka numer 8 siada i rozgląda się z przerażeniem.

            Łóżko numer 3, łóżko Indie, jest puste.

            Funkcjonariusze podnoszą alarm, a ja dostrzegam jakiś cień za oknem. Ktoś stoi samotnie przy drzewach rosnących niedaleko. To Indie. Nawet, kiedy na dworze panuje jeszcze półmrok potrafię ją rozpoznać, po sposobie w jaki stoi. Musiała usłyszeć dziewczyny za oknem i w jakiś sposób wymknęła się. Nie zauważyłam kiedy zniknęła.

            Ona chce uciec.

            W momencie kiedy Funkcjonariusze są zajęci wyciąganiem dziewczyny z 8 łóżka i raportowaniem przez miniport o Indie, ruszam. Wysypuję trzy tabletki z mojego pojemnika – zieloną, niebieską i czerwoną – i chowam je do zawiniątka z niebieskimi tabletkami. Chowam tabletki pod wiadomościami w mojej saszetce i modlę się, że nikt nie będzie przeszukiwał mnie tak dokładnie. Pusty pojemnik chowam pod materacem. Muszę pozbyć się tylu oznak mojego Obywatelska ilu mogę.

            Wtedy zdaję sobie z czegoś sprawę.

            Coś zginęło z mojej saszetki.

            Srebrne pudełko z mojego Bankietu Doboru.

            Pospiesznie znów przeglądam zawartość saszetki, przesuwam palcami po kocu, spoglądam na podłogę. Nie mogło mi nigdzie wypaść ani się zgubić; zniknęło.

            I tak musiałabym się go pozbyć – taki był plan, lecz nagłe jego zniknięcie jest niepokojące.

            Gdzie ono może być?

            Nie ma czasu, żeby teraz się nad tym zastanawiać. Zsuwam się ze swojego łóżka i podążam za Funkcjonariuszami i płaczącą dziewczyną. Dziewczyny w innych pokojach udają, że śpią. Dokładnie tak samo jak ludzie w Orii, gdy zabierali Ky’a.

            Uciekaj, Indie – szpecę pod nosem. Mam nadzieje, że obie zdobędziemy to, czego pragniemy.

 

            Jeśli kogoś kochasz, jeśli ktoś kocha Ciebie, jeśli ten ktoś nauczył Cię pisać i zrobił to po to byś miała swoje zdanie, jak można nie zrobić nic? To tak jakby zebrać te wszystkie wyrazy zapisane na piasku i rzuć je wprost w nadciągający wiatr.

            Jeśli się zakochasz, to koniec. Kochasz i nie możesz tego cofnąć.

            Myślę o Ky’u intensywnie, czuję go głęboko w moim sercu, a opuszki jego palców wciąż ogrzewają moje puste dłonie. Muszę próbować go znaleźć. Miłość do niego dała mi skrzydła a wszystko to, co robię dodaje mi sił by działać dalej.

 

            Samolot ląduje na placu pośrodku obozu. Funkcjonariusze wyglądają na nieco rozkojarzonych, działają nieco chaotycznie – widzę wśród nich zupełnie nowe twarze. Jeden z nich, noszący uniform pilota mówi coś szorstko i spogląda w niebo. Słońce niedługo wzejdzie.

- Brakuje nam jednej – słyszę jak mówi cicho i wtedy ustawiam się w linii z resztą dziewczyn.

- Jesteś pewny? – inna Funkcjonariuszka pyta, przebiegając wzrokiem po naszych twarzach. Przelicza. Wyraz jej twarzy zmienia się i teraz wygląda na dużo bardziej zrelaksowaną. Ma długie włosy w ciepłym odcieniu brązu i wygląda na miłą osobę, jak na Funkcjonariusza.

- Nie – odpowiada – jest ich tyle ile trzeba.

- Na pewno? – pierwszy Funkcjonariusz niedowierza. Zaczyna przeliczać. Mam wrażenie, że przypatruje mi się dokładnie jakby starał sobie przypomnieć czy wcześniej mnie liczył. Nie po raz pierwszy zastanawiam się ile z każdego mojego działania zostało wcześniej przewidziane przez moją Funkcjonariuszkę. Czy ona dalej mnie obserwuje? Czy robi to Społeczeństwo?

            Inny Funkcjonariusz zatrzymuje Indie na granicy obozu i teraz razem ze wszystkimi wchodzi na pokład. Na twarzy Funkcjonariusza, który ją prowadzi widać świeże zadrapania. Jego mundur jest zakurzony, podobnie jej ubranie.

- Próbowała uciec – mówi Funkcjonariusz, usadzając ją na siedzeniu obok mnie. Zapina na jej przegubach kajdanki. Ona nawet nie mrugnęła okiem na dźwięk zatrzaskującego się metalu ale ja tak.

- Teraz mamy ich za dużo – mówi Funkcjonariuszka.

- Wszystkie są Aberracjami – odpowiada – Czy to ma jakieś znaczenie ile ich jest? Musimy już ruszać.

- Nie przeszukamy ich teraz? – dopytuje kobieta.

            O nie. Znajdą tabletki w mojej saszetce.

- No cóż, zrobimy to w trakcie lotu. Ruszajmy.

            Indie podnosi wzrok i nasze oczy się spotykają. Po raz pierwszy odkąd ją poznałam czuję do niej dziwnego rodzaju sympatię, czy może raczej podobieństwo, co jest najbliższe pojęciu przyjaźni między nami. Poznałyśmy się w obozie pracy, a teraz razem rozpoczynamy nową przygodę.

            Coś w tym wszystkim jest nie tak –cały ten pośpiech, brak zorganizowania, to wszystko jest niepodobne do Społeczeństwa. Mimo, że jestem wdzięczna, że udało mi się wykorzystać to zamieszanie, nadal czuję się osaczona, wszechobecność Społeczeństwa jest jednakowo przerażająca co pocieszająca.

            Oficer wchodzi na pokład.

– Wszystko gotowe? – pyta, a Funkcjonariusze potakują. Czekam, aż pojawi się więcej Oficerów – prawie zawsze poruszają się w trójkach – ale drzwi już się zamknęły. Tylko jeden Oficer, twoje Funkcjonariuszy, z czego jeden z nich jest pilotem. Po sposobie w jaki Funkcjonariusze odnoszą się do Oficera, łatwo odgadnąć, że jest on najważniejszym ze wszystkich tu obecnych.

            Samolot podrywa się do lotu. Po raz pierwszy podróżuję w ten sposób – do tej pory jeździłam jedynie powietrzną kolejką i samochodami – żołądek podchodzi mi do gardła i z rozczarowaniem zauważam, że nie ma tu okien.

            Nie tak wyobrażałam sobie swój pierwszy lot. Nie widać nic z tego, co znajduje się pod nami. Pilot w kabinie może oglądać to wszystko. Społeczeństwo pilnuje by nikt, kto nie musi  nie widział za wiele.

Odrobina wytłumaczenia

Kochani Czytelnicy, wiem, że regularność i częstotliwość moich wpisów pozostawia wiele do życzenia i winna jestem Wam przeprosiny i wytłumaczenie. Pracuję w edukacji i od połowy sierpnia chodzę na zwiększonych obrotach, a obowiązki zawodowe pochłaniają zdecydowaną część każdego mojego dnia. Obiecuję sobie i Wam, że będę tłumaczyła dalej, a Was proszę o nieco zrozumienia i cierpliwości :)

Pozdrawiam jesiennie Ola.

Rozdział V KY

Vick i ja podnosimy kolejne ciała i niesiemy je w stronę grobów. Po raz kolejny recytuję słowa, które powtarzam przy każdym zmarłym:

 

Gdyż choć to czasu i miejsca kres,
A wody daleko mogą przenieść mnie,
Liczę, że spotkam mego Pilota gdzieś,
Kiedy przekroczę już brzeg.

 

            Nie wydaje mi się, że mógłbym robić dla nich coś więcej. Co jeszcze można zrobić gdy wszyscy umierają tak łatwo i rozkładają się tak szybko. Mimo to, jakaś część mnie chce wierzyć, że ta fala śmierci prowadzi do czegoś więcej, że na końcu tej drogi ktoś na nich czeka. To właśnie ta część mnie każe wypowiadać mi te słowa za każdym razem kiedy chowamy kolejnego poległego.

- Dlaczego za każdym razem powtarzasz ten wiersz? – Vick pyta.

- Lubię jego słowa.

            Vick czeka. Chce żebym powiedział coś więcej, lecz ja milczę. – Wiesz, o czym on jest? – pyta w końcu.

- Ktoś wierzy, że jest coś więcej – odpowiadam mu wymijająco. – To część wiersza, który powstał przed Społeczeństwem. Nie tego wiersza, który dzielę z Cassią. Słów z tego wiersza nie wypowiem przed nikim dopóki najpierw nie powiem ich do niej. Wiersz, którego strofy powtarzam tak często pochodzą z wiersza, który Cassia znalazła w swoim artefakcie, kiedy otworzyła je tamtego dnia w lesie.

            Nie wiedziała, że tam byłem. Stałem i obserwowałem ją czytającą wiersz. Widziałem jak jej usta układają się by wypowiedzieć poszczególne słowa których nie znałem, poza jednym. Kiedy zdałem sobie sprawę co opowiada o Pilocie, pochyliłem się bliżej i wtedy gałązka leżąca na ziemi złamała się pod moim ciężarem.

- To niczego nie zmieni – Vick mówi, wskazując na jednego z martwym i zasypuje z irytacją jego twarz ziemią. Nikt nie daje nam nożyczek ani brzytw, żebyśmy mogli obcinać włosy, czy golić się – te narzędzia zbyt łatwo mogłyby zmienić się w broń, którą pozabijalibyśmy innych lub siebie samych. Zazwyczaj to nie ma znaczenia. Jedynie ja i Vick jesteśmy tu na tyle długo, że nasze włosy wpadają nam teraz do oczu.

- Więc to tylko wiersz? Jakiś stary wiersz?

            Wzdrygam.

            Popełniłem błąd.

            Zazwyczaj Vick nie przejmuje się tym, że nie odpowiadam na jego pytania, lecz tym razem widzę w jego oczach dociekliwość. Układam w głowie jak w najszybszy sposób zakończyć tę rozmowę. Zwiększona liczba ostrzeliwań wpłynęła również na niego. Doprowadziła go do kresu wytrzymałości. Jest większy ode mnie, choć niewiele, poza tym, ja nauczyłem się walczyć tu już lata temu. Kiedy znów się tu pojawiłem przypominam sobie wszystko, na przykład ten śnieg na wzniesieniu. Moje mięśnie zadrżały.

            Vick się zatrzymuje. – Nigdy nie nacinasz kresek na swoich butach – jego głos jest spokojniejszy a spojrzenie łagodniejsze.

- Nie – zgadzam się z nim.

- Dlaczego?

- Nikt nie musi tego wiedzieć – odpowiadam.

- Wiedzieć czego? Jak długo już tu jesteś? – Vick dopytuje.

- Nike nie musi o mnie niczego wiedzieć.

 

Zostawiamy groby za sobą i udajemy się na przerwę śniadaniową, siadamy na kilku kamieniach tuż przy granicy wioski. Na około wszystko jest czerwonawe, pomarańczowe lub brązowe – dokładnie jak wtedy kiedy byłem dzieckiem, powietrze też jest takie samo – suche i ostre, a w listopadzie – zimne.

            Używam węższej części swojej broni by wyryć znak w kamieniu. Nie chcę, żeby ktokolwiek wiedział, że potrafię pisać, więc nie piszę jej imienia.

            Zamiast tego rysuję łuk. Falę. Taką jak w oceanie, lub taką jak kawałek zielonego jedwabiu poruszającego się na wietrze. Kamień dotychczas kształtowany przez siły przyrody, wodę i wiatr teraz poddaje się moim dłoniom. Podoba mi się to. Podobnie jak ja, dopasowuje się tak, by być tym kim inni chcą, żeby był. Jedynie przy Cassi – wtedy na wzgórzu – mogłem być prawdziwym sobą.

            Nie czuję się jeszcze na siłach by namalować jej twarz. Nie wiem nawet czy potrafiłbym to zrobić. Rysuję na skale kolejny łuk. Ten wyglądem przypomina literę C, pierwszą, którą nauczyłem ją pisać. Rysują ją jeszcze raz przypominając sobie jej dłoń.

            Vick pochyla się do mnie i patrzy, co takiego robię. – To niczego nie przypomina.

- Wygląda jak księżyc – mówię mu – Kiedy jest w nowiu.

            Vick spogląda na góry. Wcześniej tego dnia samoloty przyleciały zabrać stamtąd ciała. To nie zdarzyło się nigdy wcześniej. Nie wiem co Społeczeństwo z nimi zrobiło, ale chciałbym wspiąć się na te góry by upamiętnić jakoś tych, którzy tam zginęli. Teraz nie ma tam, żadnego śladu świadczącego o tym, że tam w ogóle byli. Śnieg stopniał zanim zdążyli odcisnąć na nim ślady swoich stóp. Ich życia zakończyły się jeszcze przed tym jak tak naprawdę się zaczęły.

- Myślisz, że tamten chłopak miał szczęście? – pytam Vicka – Ten, który umarł w obozie, zanim jeszcze trafiliśmy tutaj?

- Szczęście? – Vick powtarza to słowo, jakby nie wiedział, co ono oznacza. Być może nie wie. Szczęście nie jest słowem powszechnym w Społeczeństwie. Nie jest czymś, co możemy znaleźć tutaj.

 

            Pierwszej nocy tutaj, był nalot. Wszyscy zaczęliśmy uciekać, by znaleźć schronienie. Kilku chłopaków pobiegło na ulice i tam zaczęli strzelać w niebo. Vick i ja znaleźliśmy się w tym samym budynku, razem z dwoma innymi. Nie pamiętam ich imion. Już nie żyją.

- Dlaczego nie jesteś tam, próbując odpierać atak? – zapytał mnie wtedy Vick. Nie rozmawialiśmy zbyt często od wtedy, gdy wrzuciliśmy tamtego chłopaka do rzeki.

- Nie ma po co – odpowiedziałem – ta amunicja nie jest prawdziwa – położyłem swoją broń przy nodze. Vick również odłożył swój pistolet. – Jak długo o tym wiesz?

- Odkąd tylko dali je nam w drodze do tej wioski – odpowiedziałem – A Ty?

- Tak samo – odparł Vick – Powinniśmy chyba powiedzieć o tym innym.

- Wiem – przyznałem – Byłem głupi, że nie zrobiłem tego wcześniej. Myślałem, że będziemy mieli nieco więcej czasu.

- Czas – Vick powiedział – jest dokładnie tym, czego nie mamy.

Te słowa zawisły między nami a za oknem ktoś zacząć krzyczeć

- Szkoda, że ta broń nie działa – przyznał Vick – Rozwaliłbym wszystkich w tych samolotach. Ich szczątki spadałyby z nieba jak iskry sztucznych ogni.

 

- Skończyłem – mówi Vick, składając swoją tackę na posiłek w kostkę – Powinniśmy już wracać do pracy.

- Zastanawiam się, dlaczego po prostu nie dają nam niebieskich tabletek – mówię – Wtedy nie musieliby zawracać sobie głowy z posiłkami.

            Vick spogląda na mnie jakbym oszalał. – To Ty nie wiesz?

- Nie wiem, co? – pytam.

- Niebieskie tabletki wcale Cię nie ratują. One Cię zatrzymują. Jeśli weźmiesz jedną, Twój organizm zwalnia i zostajesz w miejscu dopóki ktoś Cię nie znajdzie, lub umierasz czekając. Dwie tabletki wykończą Cię od razu.

Z niedowierzaniem kręcę głową i spoglądam w niebo, choć niczego na nim nie szukam. Spoglądam tam by zobaczyć jego błękit. Ręką przesłaniam świecące mi prosto w oczy słońce, tak bym mógł lepiej przyglądać się niebu. Nie ma na nim ani jednej chmury.

- Przykro mi – mówi Vick – ale taka jest prawda.

Spoglądam na niego. Wydaje mi się, że widzę zatroskanie na jego zaciętej twarzy. To jest tak niedorzeczne, że zaczynam się śmiać, a Vick dołącza do mnie. – Powinienem był się domyślić – mówię – Jeśli cokolwiek stanie się Społeczeństwu, nie chcieliby, żeby ktokolwiek mógł żyć bez nich.

 

Kilka godzin później odzywa się miniport Vicka. Wyciąga go zza paska i sprawdza ekran. Vick to jedyny skazaniec, który ma miniport – urządzenie mniej więcej tej samej wielkości co notatnik elektroniczny. Miniporty jednak mogą służyć do komunikacji. Notatnik służy jedynie do przechowywania informacji. Vick ma swój miniport przy sobie przez większość czasu, lecz raz na jakiś czas – na przykład kiedy mówi nowoprzybyłym prawdę o tym miejscu i o broni – chowa gdzieś miniport na jakiś czas.

            Jesteśmy prawie pewni, że Społeczeństwo sprawdza naszą lokalizację przez miniport. Nie wiemy, czy mogą nas słyszeć, tak jak robią to duże porty. Vick myśli, że mogą. Jest przekonany, że Społeczeństwo podsłuchuje nas cały czas. Ja nie sądzę, żeby ich to tak bardzo obchodziło.

- Czego chcą? – pytam Vicka, kiedy odczytuje wiadomość z ekranu.

- Przenoszą nas – odpowiada.

            Inni ustawiają się w linii razem z nami w oczekiwaniu na wylądowanie samolotów tuż przy granicy obozu. Funkcjonariusze działają w pośpiechu, jak zwykle. Nie lubią spędzać tutaj zbyt wiele czasu. Nie jestem pewien czy to dlatego, że boją się nas, czy Wroga. Ciekawe, kogo boją się bardziej?

            Funkcjonariusz dowodzący przeniesieniem jest młody i przypomina mi tego, który dowodził grupą uczniów chodzących po Wzgórzu, jeszcze w Orii. Jego wyraz twarzy zdaje się mówić: Jak ja się tu znalazłem? Co niby mam zrobić z tymi wszystkimi ludźmi?

- Więc – odzywa się do nas – Tam na wzgórzu? Co to było? Co tam się stało? Okoliczności przenosin nie byłby tak złe gdybyście wszyscy zostali w obozie.

- Tamtego ranka na szczycie był śnieg, więc oni chcieli po niego iść – odpowiadam – Ciągle chce się nam tu pić.

- Jesteś pewien, że to jedyny powód, dla którego tam poszli?

- Tu nie ma zbyt wyszukanych powodów, żeby robić cokolwiek – Vick odpowiada za mnie – Głód. Pragnienie. Chęć przeżycia. Tylko tyle. Więc, jeśli nam nie wierzycie wybierzcie sobie któryś z pozostałych dwóch powodów.

- A może wspinali się tam dla widoków? – zasugerował Funkcjonariusz.

- Vick zaczął się śmiać i to nie brzmiało zbyt dobrze. – A gdzie ich zmiennicy?

- Są w samolocie – odpowiada Funkcjonariusz – Przeniesiemy was wszystkich do nowego obozu, zostawimy wam też więcej zapasów.

- I więcej wody – dodaje Vick. Mimo, że nie jest uzbrojony i że to Funkcjonariusz decyduje, jego głos brzmi tak, jakby to on wydawał rozkazy. Funkcjonariusz się uśmiecha. Społeczeństwo nie jest ludzkie, lecz osoby, które dla niego pracują, czasami są.

- I więcej wody – Funkcjonariusz mówi.

 

            Vick i ja jednocześnie wstrzymujemy oddech na widok nowych skazańców, których widzimy na pokładzie samolotu. Są młodzi, dużo młodsi niż my. Wyglądają na czternaście, może nawet trzynaście lat. Ich oczy są szeroko otwarte. Przerażone. Jeden z nich, wyglądający na najmłodszego przypomina mi nieco brata Cassi, Brama. Jego skóra jest nieco ciemniejsza niż Brama, ciemniejsza niż moja, lecz jego oczy są identyczne jak u Brama. Przed strzyżeniem jego włosy musiały być kręcone, dokładnie tak jak Brama.

- Społeczeństwu zaczyna brakować ludzi – mówię do Vicka, starając się by nikt poza nim mnie nie usłyszał.

- Może taki jest ich plan – odpowiada Vick.

            Obydwaj wiemy, że Społeczeństwo chce by wszystkie Aberracje zniknęły. To doskonale tłumaczy dlaczego się tu znaleźliśmy. Nie jesteśmy tu by walczyć. Jest jedno pytanie, na które nie potrafię odnaleźć odpowiedzi: Dlaczego tak bardzo na nienawidzą?

 

            Lecimy na ślepo. Samolot nie ma żadnych okien, poza kabiną pilota. Dopiero kiedy wychodzimy na zewnątrz – wiem, gdzie jesteśmy.

Nie znam wioski samej w sobie ale znam tę okolicę. Ziemia, po której idziemy jest pomarańczowa i piaszczysta,  gdzieniegdzie pojawiają się czarne kamienie, żółtawa trawa, na której rosną zielone roślinki. Takie ziemie znajdują się w prawie każdej Zewnętrznej Prowincji. Ja jednak wiem dokładnie gdzie jesteśmy, a to przez widok, który roztacza się przed moimi oczami.

Jestem w domu.

To bolesne. Widzę go dokładnie na horyzoncie – wspomnienie mojego dzieciństwa.

Kanion.

Z miejsca, w którym stoimy nie widzę go całego – jedynie fragment czerwieniących się w słońcu skał wystających gdzieniegdzie poza horyzont. Jeśli podejdzie się bliżej – kiedy dojdzie się do krawędzi i spojrzy w dół – człowiek zdaje sobie sprawę, że te skały wcale nie są małe. To, co widać to jedynie wierzchołki form wielkich niczym góry.

Kanion to nie jeden wąwóz, jedna góra, lecz wiele – cała sieć skomplikowanych formacji skalnych, które ciągną się kilometrami. Ziemia tam w dole unosi się i opada niczym fale wody, wszystko w odcieniach pomarańczy, czerwieni i bieli. Daleko, na granicy Kanionu ogniste kolory wydają się łączyć z błękitem nieba na horyzoncie.

Wiem o tym wszystkim, ponieważ stawałem na krawędzi kilka razy.

Nigdy nie zszedłem na dół.

- Dlaczego się tak uśmiechasz? – Vick pyta mnie, lecz zanim odpowiadam podchodzi do nas ten chłopak podobny do Brama i zwraca się prosto do Vicka:

- Jestem Eli – mówi.

- Dobrze – odpowiada Vick i poirytowany odwraca się od chłopaka i spogląda na rząd wpatrzonych w niego twarzy, które wybrały go na swojego lidera, mimo, że on nigdy nie chciał nim zostać. Niektórzy nie potrafią nie być przywódcami. Jest coś w ich krwi, kościach i umysłach, coś co nie pozwala im być obojętnymi.

            Są też ludzie, którzy potrzebują lidera.

Masz większe szanse na przeżycie jeśli się nie wychylasz – przypominam sobie – Twój ojciec myślał, że jest przywódcą. Nie mógł przestać zachowywać się jak lider i zobacz co się z nim stało. Stoję o krok za Vickiem.

- Nie zamierzasz wygłosić jakiegoś przemówienia lub coś w tym stylu? – dopytuje Eli – Dopiero co tu przyjechaliśmy.

- To nie ja rządzę całym tym bałaganem – Vick mówi. I pojawiła się. Złość, którą tak starannie stara się utrzymywać w ryzach wymyka się. – Nie jestem przedstawicielem Społeczeństwa!

- Ale tylko Ty masz przy sobie to – odpowiada Eli, wskazując na port przymocowany do paska Vicka.

- Chcesz przemowy? – pyta Vick a nowy kiwa głową i wpatruje się w niego intensywnie. Wszyscy słyszeli ten sam wykład kiedy po raz pierwszy wsiadaliśmy do samolotów, o tym, jak to Społeczeństwo nas potrzebuje do udawania rolników i cywili by odwrócić uwagę Wroga, że jest tylko praca na sześć miesięcy i kiedy już wrócimy do Społeczeństwa nasz status Aberracji zostanie wykasowany.

            Dokładnie jeden dzień zajmie im zdanie sobie sprawy, że nikt nie przetrwał tu sześciu miesięcy. Nawet Vick nie ma na swoich butach tak wielu nacięć.

- Obserwujcie nas – Vick się odzywa – Zachowujcie się jak osadnicy. To jest nasze zadanie do wykonania tutaj – zatrzymuje się. Wyciąga port zza paska i rzuca go do chłopaka, który jest tu kilka tygodni – Weź go żeby sprawdzić jak daleki ma zasięg. Upewnij się, że działa przy granicach miasta.

            W momencie, kiedy chłopak z portem znajdują się poza zasięgiem słuchu Vick dodaje – Amunicja jest ślepa. Nie próbujcie używać jej do samoobrony. Eli przerywa.

– Ale my ćwiczyliśmy strzelanie z nimi na obozie treningowym – protestuje. Znów się uśmiecham, mimo, że powinienem być zły, że przysyłają tutaj takich młodych chłopaków. Ten dzieciak jest dokładnie taki jak Bram.

- To nieważne – Vick odpowiada – Te naboje to ślepaki.

            Eli przetrawia tą wiadomość, ale to nie koniec jego dociekliwości – Skoro to wioska rolnicza, to gdzie są wszystkie kobiety i dzieci?

- Wy jesteście dziećmi – odpowiada Vick

- Nie jesteśmy. I nie jesteśmy też dziewczynami, więc gdzie one są?

- Tu nie ma dziewczyn – mówi Vick – Ani kobiet.

- Skoro ta, to przecież Wróg musi wiedzieć, że nie jesteśmy prawdziwymi osadnikami – mówi zamyślony Eli – Nie mogli tego nie zauważyć.

- Masz rację – odpowiada Vick – I tak nas zabijają. Nikt się nie przejmuje. A teraz, mamy pracę do wykonania. Powinniśmy udawać wioskę pełną farmerów, więc do pracy farmerzy!

            Ruszamy w stronę pola. Słońce nad naszymi głowami stało się gorące. Czuję buzujący w Elim gniew nawet kiedy już zostawiliśmy go w tyle.

- Przynajmniej mamy wystarczającą ilość wody – mówię do Vicka wskazując na stołówkę – I to dzięki Tobie.

- Nie dziękuj mi – Vick odpowiada i zniża głos – Jest jej tak mało, że nawet nie można się w niej utopić.

 

 Główną uprawą tutaj jest bawełna – niemalże niemożliwa do uprawiania. Z torebek nasiennych bardzo marne kosmki wypadają przy lekkim naduszeniu.

- Nic dziwnego, że nikt nie przejmuje się brakiem kobiet czy dzieci – Eli mówi stojąc tuż za mną – Na pierwszy rzut oka Wróg widzi, że to nie jest prawdziwa osada. Nikt nie byłby na tyle głupi, żeby na takiej ziemi uprawiać bawełnę.

Nie chciałem nic odpowiadać. Jak dotąd unikałem pułapki jaką były rozmowy z kimś w trakcie pracy, poza Vickiem, rzecz jasna. Od reszty trzymałem się z daleka.

Teraz jednak nie czuję się najlepiej. Zbiór bawełny dzisiaj i wczorajszy śnieg przypomniał mi o opowieści Cassi o kwitnących drzewach, których puch wyglądał jak śnieg padający w czerwcu. Społeczeństwo nienawidzi tych drzew, lecz to właśnie one znajdują się w Zewnętrznych Prowincjach. Drewno jest dobre do rzeźbienia. Jeśli udałoby mi się znaleźć jakiejś mógłbym pokryć korę jej imieniem.

Zacząłem rozmowę z Elim by odgonić od siebie te myśli o kimś kogo nie mogę mieć. – Faktycznie to głupie – mówię do niego – ale nawet to jest bardziej realistyczne od rzeczy, które Społeczeństwo potrafi wymyśleć. Kilka wiosek w pobliżu zaczęło kiedyś formować coś na kształt wspólnoty Abberacji. Bawełna była jedną z roślin, które Społeczeństwo kazało im tu posiać. To było dawno, wtedy jeszcze było tu więcej wody. Więc to nie jest całkiem niemożliwe, żeby ktoś tutaj uprawiał ziemię.

- Oh – to jedyne co odpowiada Eli, a po tym milknie. Nie wiem dlaczego, ale próbuję dać mu nadzieję. Może to przez przypomnienie sobie o opowieści Cassi, albo przez przypomnienie sobie o niej samej. Kiedy później spoglądam na Eliego widzę, że płacze, lecz na razie niczego nie robię.

 

W trakcie drogi powrotnej z pola do wioski kiwam znacząco głową do Vicka, to nasz znak, który oznacza, że chcę z nim porozmawiać bez obecności portu, który przy sobie nosi.

- Masz – mówi Vick i rzuca port Eliemu, który już przestał płakać. – Weź go przetestuj – Eli kiwa głową i odchodzi.

- Co tam? – pyta Vick.

- Kiedyś mieszkałem w tej okolicy – mówię, starając się by w moim głosie nie dało się słyszeć żadnych emocji. Ta część świata była kiedyś moim domem. Nienawidzę Społeczeństwo za to, co zrobiło z tą ziemią. – Moja wioska była kilka mil stąd w tamtym kierunku. Znam ten teren.

- Więc chcesz uciec? – Vick próbuje odgadnąć moje myśli.

Pada to pytanie. To, które każdy z nas zadaje sobie w myślach. Czy zamierzam uciec? – myślałem o tym każdego dnia, każdej godziny.

- Myślisz, o tym, żeby wrócić do swojej wioski? – Vick pyta dalej – Czy jest tam ktoś, kto mógłby Ci pomóc?

- Nie – odpowiadam – Tam już nic nie ma.

            Vick kręci głową – Więc nie ma sensu uciekać. Nie uda nam się odejść daleko i pozostać niezauważonym przez innych

- A najbliższa rzeka jest za daleko – dopowiadam – Nie możemy uciec w ten sposób.

- A jak możemy? – pyta Vick.

- Nie możemy uciekać po płaskim terenie. Musimy iść w dół.

Vick odwraca się do mnie – W dół czego?

- Kanionu – mówię mu jednocześnie wskazując niedaleko zaczynający się Kanion długi na wiele kilometrów, do którego wejście jest niemożliwe do zobaczenia z miejsca, w którym jesteśmy. – Jeśli zejdziemy wystarczająco daleko, znajdziemy tam świeżą wodę.

- Funkcjonariusze zawsze powtarzali nam, że Kaniony w Zewnętrznych Prowincjach są pełne Anomalii. – Vick mówi.

- Też o tym słyszałem – przyznaję – Niektórzy z nich zbudowali tam swoje obozy i pomagają podróżnikom. Słyszałem to od ludzi, którzy tam byli.

- Czekaj, znasz kogoś, kto schodził do Kanionu? – Vick nie potrafi ukryć zaskoczenia.

- Znałem ludzi, którzy tam schodzili – odpowiadam.

- I można ufać tym ludziom?

- To był mój ojciec – odpowiadam i na tym kończy się nasza rozmowa a Vick kiwa głową znacząco.

            Po kilku krokach Vick pyta – To kiedy wyruszamy?

- W tym właśnie problem – mówię starając się ukryć jaką ulgę poczułem gdy zgodził się uciec ze mną. Stawianie czoła tym kanionom nie jest zadaniem, które chciałbym podjąć sam. – Najlepiej byłoby uciec podczas nalotu Wroga, wtedy panuje ogólny chaos i Społeczeństwo nie będzie się później doszukiwać nieobecnych, pomyślą, że zginęliśmy a zanim się zorientują, że brakuje ciał my będziemy już daleko. Najlepiej jakby to był nocny nalot. Z księżycem w pełni, tak, żebyśmy mogli widzieć drogę.

            Vick się zaśmiał. – Zarówno Społeczeństwo jak i Wróg mają w swoich samolotach podczerwień. Ktokolwiek będzie w powietrzu zobaczy, że uciekamy.

- Wiem, ale mogą ominąć trzy małe ciała kiedy będą mieli tutaj ich o wiele więcej.

- Trzy? – Vick pyta nie ukrywając zdumienia.

- Eli idzie z nami – nie zdawałem sobie z tego sprawy, dopóki nie wypowiedziałem tych słów.

Cisza.

- Zwariowałeś – spokojnym głosem zaczyna Vick – Nie ma szans, że ten dzieciak wytrwa do nalotu.

- Wiem – odpowiadam w pełni świadomie. Vick ma rację. To jedynie kwestia czasu, kiedy Eli zginie. Jest mały. Jest narowisty. Zadaje zbyt wiele pytań. Z drugiej strony – to tylko kwestia czasu, kiedy każdy z nas umrze.

- Po co on nam? Na co się nam przyda?

- W Orii jest pewna dziewczyna – mówię – Eli przypomina mi jej brata.

- To nie jest żaden powód.

- Dla mnie jest – mówię twardo.

Cisza rozciąga się między nami.

- Robisz się słaby – w końcu Vick się odzywa. – A to może Cię zabić. A to znów oznacza, że możesz jej już nigdy nie zobaczyć.

- Jeśli się nim nie zaopiekuję – mówię – Stanę się kimś obcym dla niej, nawet jeśli jeszcze kiedyś ją spotkam.

Rozdział IV CASSIA

Xander, tutaj, przede mną. Jego blond włosy, niebieskie oczy, uśmiech tak ciepły, że nie mogę powstrzymać się by go dotknąć zanim Funkcjonariusz dał nam pozwolenie na dotyk.
- Cassia – Xander mówi i też nie czeka. Przyciąga mnie do siebie i tulimy się mocno. Nawet nie próbuję zatrzymać się przed mocnym wtuleniem w jego klatkę piersiową, tak intensywnie pachnie domem i nim.
- Tęskniłem – mówi w końcu Xander, a jego głos odbija się w mojej głowie. Brzmi głębiej niż kiedyś. Wydaje się być silniejszy. To takie miłe i ciepłe uczucie, być tu z nim. Odchylam się, biorę jego twarz w swoje dłonie, pociągam go i całuję w policzek, niebezpiecznie blisko jego ust. Kiedy na niego spoglądam, obydwoje mamy łzy w oczach. Nigdy nie widziałam Xandera płaczącego, ten widok sprawia, że na sekundę tracę oddech.
- Tęskniłam za Tobą – mówię mu jednocześnie zastanawiając się jak duży ból sprawia mi myśl, że straciłam również Jego.
Funkcjonariusz stojący za Xanderem uśmiecha się. Nasze spotkanie jest dokładnie takie jakie powinno być. Funkcjonariusz wycofuje się dyskretnie, dając nam więcej przestrzeni i wpisuje coś do swojego przenośnego portu. Prawdopodobnie coś w stylu: Oba podmioty wyraziły aprobowane reakcje spotykając się.
- Jak? – pytam Xandera – Jak się tu dostałeś? – to, że jest tu ze mną jest niemalże jak sen. Czy to jakiś kolejny test od mojej pani Oficer?
- Minęło pięć miesięcy od naszego Dobrania – odpowiada – wszyscy Dobrani z naszego miesiąca mają teraz swoje pierwsze spotkania twarzą w twarz. Władze jeszcze tego nie zlikwidowały – uśmiecha się do mnie, lecz w jego oczach dostrzegam cień smutku. – Zaznaczyłem, że nie mieszkamy już blisko siebie, więc i my zasługujemy na spotkanie. A przyjęte jest, że spotkanie odbywa się tam, gdzie mieszka dziewczyna.
Celowo nie użył zwrotu „w domu dziewczyny”. On wszystko rozumie. I ma rację, ja tu mieszkam. To jedynie obóz pracy a nie dom. Mogłabym nazwać Orię domem ponieważ tam mieszka Xander i Em, ponieważ tam wszystko się zaczęło. Mimo, że tam nie mieszkam mogłabym nazwać domem również Prowincję Keya, tam przecież mieszkają moi rodzice i Bram.
Jest jeszcze miejsce, gdzie mieszka Ky i o tym miejscu też myślę jak o domu, nawet jeśli nie jestem w stanie go nazwać i nie wiem, gdzie dokładnie to jest.
Xander wyciąga do mnie rękę. – Mamy pozwolenie na wyjście poza budynek – mówi – Jeśli chcesz.
- Oczywiście, że chcę – odpowiadam uśmiechając się. Nie mogę się powstrzymać. Kilkanaście minut temu stałam w łazience zapamiętale szorując ręce w poczuciu całkowitego osamotnienia a teraz Xander jest tutaj.
Funkcjonariusz wskazuję drogę do wyjścia i wtedy orientuję się, że to nie jest ten sam Funkcjonariusz, który towarzyszył moim spotkaniom i wyjściem na kolację z Xanderem w Mieście. Wtedy nasze spotkanie zostało specjalnie zaaranżowane, nie była to rozmowa przez port tak jak u większości Dobranych, my już się wtedy znaliśmy. Funkcjonariusz, który odprowadzał nas tamtej nocy był młody. Ten też jest, lecz wygląda łagodniej. Zauważa, że na niego zerkam i nieznacznie kiwa głową, w formalnym acz przyjaznym geście. – Nie ma już konkretnych Funkcjonariuszy przypisanych do każdej pary – tłumaczy mi – Obecny system jest bardziej efektywny.
- Już za późno na posiłek – mówi Xander – Ale nadal możemy pójść do miasta. Gdzie chciałabyś się wybrać?
- Ja nawet nie wiem co się tu znajduje – odpowiadam. Mam mgliste wspomnienie przyjazdu do miasta pociągiem długodystansowym i drogi do transportu, który dowiózł nas do obozu. Przypominam sobie niemalże gołe drzewa mieniące się na tle nieba z niewieloma czerwonymi i złotymi liśćmi. Czy na pewno to było to miasto, czy może raczej to w poprzednim obozie? To musiało być wczesną jesienią, skoro liście były jeszcze na drzewach.
- Zabudowania są tu mniejsze – Xander spogląda na mnie – Ale mają tutaj to co mieliśmy w Mieście-salę muzyki, centrum gier, kino lub dwa.
Kino. Nie byłam w żadnym od tak długiego czasu. Przez moment zastanawiam się co powinnam wybrać. Już nawet otwieram usta by to powiedzieć. Wyobrażam sobie jak światło w sali gaśnie i moje serce bije coraz szybciej w oczekiwaniu na pojawienie się na ekranie obrazów i muzyki, która zacznie rozbrzmiewać z głośników. W tym momencie przypominam sobie przerażenie i łzy w oczach Ky’a, który oglądał ten sam film. W mojej głowie pojawia się inne wspomnienie. – Czy mają tu muzeum? – pytam.
Zauważam radosne iskierki w oczach Xandera. Nie potrafię ich rozgryźć. Czy to było rozbawienie? Zaskoczenie? Pochylam się bliżej próbując rozgryźć jest spojrzenie. Xander nigdy nie stanowił dla mnie tajemnicy. Zawsze był otwarty, szczery, potrafiłam bezbłędnie go odczytać i bardzo mi się to w nim podobało. Natomiast w tym momencie nie byłam wstanie odgadnąć o czym myśli.
– Tak – odpowiedział.
- Chciałabym tam pójść – mówię – jeśli oczywiście i Ty masz na to ochotę.
Xander kiwa głową.
Droga do miasta zajmuje nam nieco czasu, a powietrzu unosi się specyficzny zapach palonego drewna i chłodu oraz przejrzałych jabłek. Czuję pewnego rodzaju sympatię do tego miejsca i wiem doskonale, że ma to związek z chłopakiem, który idzie przy mnie. Xander zawsze potrafił sprawić, że każde miejsce, każdy człowiek, stawali się lepsi. W powietrzu jest coś jeszcze – słodkogorzki posmak tego, co mogłoby być. Wstrzymuję na chwilę oddech i w tym momencie Xander spogląda na mnie w świetle ulicznych lamp. Jego oczy wciąż mówią, co może być.
Tutejsze muzeum ma tylko jedno piętro, nad czym ubolewam. Co jeśli tutaj rzeczy mają się inaczej niż w Orii?
- Zamykamy za pół godziny – odzywa się mężczyzna za biurkiem. Jego strój jest wyblakły i zniszczony, podobnie jak on sam, wygląda jakby powoli rozpadał się na brzegach. Przesuwa powoli ręką wzdłuż blatu i wskazuje na elektroniczny notatnik – Wpiszcie swoje imiona – mówi i wykonujemy jego polecenie, Funkcjonariusz wpisuje się pierwszy. Gdyby przyjrzeć się oczom Funkcjonariusza są one podobnie zmęczone jak oczy starszego pana za biurkiem.
- Dziękuję – mówię po wpisaniu swojego imienia i przesuwam notatnik w stronę mężczyzny.
- Nie mamy zbyt wielu eksponatów – tłumaczy nam.
- Nic nie szkodzi – odpowiadam z uśmiechem.
Zastanawiam się czy nasz Funkcjonariusz uznałby to miejsce za dziwny wybór na spotkanie, lecz ku mojemu zaskoczeniu w momencie, kiedy wchodzimy do sali on odwraca się i znika w stróżówce. Jakby chciał dać nam nieco swobody, byśmy mogli spokojnie porozmawiać. Wchodzi do oszklonego pomieszczenia i staje swobodnie z dłońmi splecionymi za plecami. Miły Funkcjonariusz. Oczywiście, tacy przecież też istnieją. Przecież Dziadek takim był.
Ogarnia mnie uczucie ulgi, kiedy odnajduję to, czego tak naprawdę tutaj szukałam – w oszklonej witrynie znajduje się mapa Społeczeństwa. Znajduje się na samym środku sali.
- Tam – wskazuję do Xandera – Podejdziemy tam?
Xander kiwa głową. Podczas gdy ja czytam nazwy rzek w Miastach i Prowincjach on staje koło mnie i przeczesuje palcami swoje włosy. W odróżnieniu od Ky’a, który w miejscach jak to zachowuje stoicki spokój i nie wykonuje niepotrzebnych ruchów, Xander ciągle się porusza, jakby noszony falami. Dzięki temu właśnie zawsze był dobry w różnych grach – uniesienie brwi, uśmiechy, sposób w jaki poruszał kartami.
- Ten dokument nie był ostatnio wznawiany – słyszymy głos za sobą. To mężczyzna zza biurka. Zerkam dookoła szukając innego pracownika. Mężczyzna widzi, że to robię i mówi z uśmiechem – Inni są na tyłach, zamykają muzeum na noc. Jeśli czegoś potrzebujesz, możesz pytać mnie.
Spoglądam na naszego Funkcjonariusza. Nadal stoi w służbówce niedaleko wejścia, jest całkowicie skupiony na tym co widzi na swoim porcie. Spoglądam na Xandera próbując przekazać mu wiadomość bez używania słów. Proszę.
Przez moment mam wrażenie, że mnie nie rozumie, lub nie chce rozumieć. Czuję jego palce zaciskające się wokół moich i widzę zacięcie w jego oczach oraz cień zaciskającej się szczęki. W następnej chwili jego twarz się rozluźnia i kiwa głową z przyzwoleniem. – Pospiesz się – mówi, puszczając moją dłoń. Podchodzi do Funkcjonariusza po drugiej stronie pomieszczenia.
Muszę spróbować, choć wątpię, żeby zmęczony szary człowiek miał jakiekolwiek odpowiedzi dla moich pytań i nadzieja, z którą tu przyszłam powoli znika – Chciałabym się dowiedzieć więcej o Wspaniałej Historii Prowincji Tana.
Cisza. Słyszę uderzenie własnego serca.
On nic nie wie. Moje serce straciło nadzieję. Jeszcze w Orii Ky powiedział mi, że wiersze, które dał mi Dziadek mogą być wartościowe i że pytanie o Prowincje było hasłem dzięki któremu Archiwiści wiedzieli, że masz coś na wymianę. Miałam nadzieję, że tutaj będzie tak samo. Czuję się jak idiotka. Być może w Tanie nie ma Archiwistów, a jeśli są to zapewne mają lepsze zajęcie niż czekanie do zamknięcia w tym małym, smutnym muzeum.
Tymczasem mężczyzna dalej opowiada – W czasach przed Społeczeństwem w Prowincji Tana pojawiały się powodzie, lecz od wielu już lat jest to pod ścisłą kontrolą. Jesteśmy jedną z najbardziej produktywnych gospodarskich prowincji w Społeczeństwie.
Nie spoglądam na Xandera. Ani na Funkcjonariusza. Mój wzrok zawieszony jest na mapie przede mną. Już kiedyś próbowałam dokonać wymiany i wtedy też nic z tego nie wyszło. Za pierwszym razem nie mogłam zdecydować się, żeby oddać wiersz, który dzieliłam z Ky’em. Nagle zdałam sobie sprawę, że mężczyzna przestał opowiadać. Spogląda na mnie – Czy w czymś jeszcze mogę pomóc?
Powinnam się poddać. Powinnam uśmiechnąć się i odejść do Xandera, zaakceptować fakt, że mężczyzna niczego nie wie i iść dalej. Z jakiegoś niezrozumiałego powodu w mojej głowie pojawił się czerwony liść samotnie wiszący na gałęzi. Odetchnęłam. Liść spadł.
- Tak – mówię delikatnie.
Dziadek podarował mi dwa wiersze. Mi i Ky’owi spodobał się ten Thomasa, lecz znałam przecież jeszcze jeden i właśnie on przypomniał o sobie w mojej pamięci. Nie pamiętam całości tego wiersza Tennyson’a lecz jedna zwrotka jawi mi się bardzo wyraźnie przed oczami. Być może to przez to, że mężczyzna opowiadał mi o powodzi:
Gdyż choć to czasu i miejsca kres,
A wody daleko mogą przenieść mnie,
Liczę, że spotkam mego Pilota gdzieś,
Kiedy przekroczę już brzeg.

W trakcie mówienia wiersza twarz mężczyzny zmienia się. Staje się bardziej bystra, świadoma, żywa. – Ciekawy wiersz – mówi – Chyba nie na leży do Stu.
- Nie – odpowiadam. Moje ręce drżą i nadzieja zaczyna znów rosnąć. – Lecz jest coś wart.
- Obawiam się, że nie – mówi mężczyzna – Chyba, że masz go na papierze.
- Nie mam, został zniszczony. – odpowiadam. Ja go zniszczyłam. Pamiętam tę chwilę w Spalarni kiedy papier uniósł się w powietrzu a potem opadł by spłonąć.
- Przykro mi – odpowiada mężczyzna a jego głos zdradza, że naprawdę tak jest – A czego chciałabyś w zamian za ten wiersz – pyta z ciekawością.
Wskazuję na Zewnętrzne Prowincje. Jeśli tylko mogłabym się tam znaleźć jest cienka lecz realna szansa, że uda mi się znaleźć Ky’a. – Wiem, że tam wysyłane są Abberacje – mówię łagodnie – Lecz nie wiem gdzie dokładnie i jak mogę się tam dostać. Potrzebuję mapy.
Mężczyzna kręci głową przecząco. Nie.
Nie może mi pomóc? Czy nie chce? – Mam coś jeszcze – mówię.
Przesuwam się nieco, by ani Xander ani Funkcjonariusz nie mogli zobaczyć moich dłoni. Sięgam do saszetki. Moje palce dotykają torebeczki z tabletkami i twardej powierzchni kompasu. W tej chwili się zatrzymuję. Co powinnam wymienić?
Nagle zaczyna mi się kręcić w głowie, nie mogę się zdecydować, przypomina mi się ten moment, w którym musiałam przyporządkować Ky’a do odpowiedniej grupy. Pomieszczenie wydaje się duszne, a ja czuję ból z wiązany z decyzją, którą muszę podjąć…
Uspokój się – powtarzam sobie. Zerkam przez ramię i mój wzrok spotyka niebieskie oczy Xandera na sekundę przed tym jak ten odwraca się do Funckjonariusza. Przypomina mi się spojrzenie Ky’a kiedy spoglądał na mnie z samolotu tuż przed tym zabrali go ode mnie i znów ogarnia mnie panika, że ucieka mi cenny czas.
Decyduję się i sięgam do saszetki, wyjmuję przedmiot, którym chce handlować. Pokazuję go mężczyźnie wystarczająco wysoko, by mógł dojrzeć, co to jest, przy czym staram się bardzo by moje ręce się nie trzęsły, przekonuję się czy faktycznie jestem w stanie to oddać.
Mężczyzna kiwa głową i uśmiecha się – Tak – mówi – To jest coś warte. Zorganizowanie tego, czego potrzebujesz zajmie dni, a nawet tygodnie.
- Mam tylko dzisiejszy wieczór – odpowiadam.
Zanim mogę powiedzieć cokolwiek więcej mężczyzna zabiera to, co mu proponuję i zostawia moją rękę pustą. – Gdzie teraz idziecie?
- Do kina – odpowiadam.
- Zajrzyj pod swój fotel, kiedy będziecie wychodzić – szepcze – Zrobię wszystko, co w mojej mocy. Światła za nami zaczynają ciemnieć. – Musicie już iść. Zamykamy.

Kiedy słuchamy muzyki Xander pochyla się do mnie. – Dostałaś to, czego potrzebowałaś? – pyta niskim głębokim głosem a jego usta niemalże dotykają mojej szyi. Po jego drugiej stronie siedzi Funkcjonariusz wpatrzony gdzieś przed siebie. Wystukuje palcami rytm muzyki w oparcie swojego fotela.
- Jeszcze nie wiem – odpowiadam mu. Archiwista kazał zajrzeć pod fotel, kiedy będziemy wychodzić, nie wcześniej, a mnie wciąż kusi, żeby spróbować zajrzeć tam wcześniej. – Dzięki, że mi pomogłeś.
- Taki już jestem – mówi Xander.
- Wiem, znam Cię – odpowiadam. Pamiętam dobrze prezenty jakie mi dał: obraz, niebieskie tabletki ciastno zwinięte w opakowaniu. Zdaję sobie sprawę, że nawet kompas, prezent od Ky’a został uratowany przez Xandera – tego dnia w Mieście, kiedy Funkcjonariusze zabierali wszystkie artefakty.
- Nie wiesz o mnie wszystkiego – mówi nagle Xander. Uśmiecha się przekornie.
Spoglądam na jego dłoń zaciśniętą na mojej, jego kciuk głaszcze moją skórę i podnoszę wzrok do jego oczu. Mimo, że wciąż się uśmiecha, w jego oczach dostrzegam coś surowego. – Nie – zgadzam się – Nie wiem.
Trzymamy się razem. Muzyka puszczana przez Społeczeństwo gra wokół nas, lecz nasze myśli są dla nich nieodgadnione.

Kiedy wstajemy, przesuwam ręką pod swoim siedzeniem. Coś tak jest – kawałek papieru złożony na pół. Kiedy go chwytam, lekko odrywa się od krzesła. Ogarnia mnie ogromna potrzeba sprawdzenia, co skrywa ten papier, lecz na razie musi pozostać w mojej kieszeni. Zastanawiam się czy jest to warte tego, co zostawiłam Archiwiście w zamian.

Funkcjonariusz odprowadza nas z powrotem do głównego budynku w obozie. Kiedy wchodzimy do środka, ten rozgląda się dookoła – długie puste stoły, jeden port starej generacji, podnosi wzrok na mnie i wydaje mi się, że w jego oczach dostrzegam współczucie. Podnoszę głowę wyżej.
- Macie 10 minut na pożegnanie – mówi Funkcjonariusz. Jego głos wydaje się bardziej szorstki niż był kiedy byliśmy w muzeum. Wyciąga swój notatnik i kiwa głową do Funkcjonariusza czekającego by odprowadzić mnie do mojej sali.
W tym samym momencie głęboko wzdychamy – ja i Xander – i w tym samym momencie zaczynamy się z tego śmiać. Podoba mi się ten dźwięk – nasz śmiech rozchodzący się echem po niemalże pustej sali.
- Co robił Funkcjonariusz kiedy ja rozmawiałam w muzeum? – pytam się Xandera jednocześnie wskazując ruchem głowy Funkcjonariusza.
- Przeglądał historię naszego Dobrania – Xander odpowiada cicho. Spogląda na mnie w sposób, który nadaje jego słowom jakieś znaczenie, lecz ja tego nie wychwytuję.
- 9 minut – Funkcjonariusz mówi nawet na nas nie spoglądając.
- Dalej nie mogę uwierzyć, że pozwolili Ci tu przyjechać – mówię Xanderowi – ale bardzo się cieszę, że tak się stało.
- Czas zgrał się optymalnie – odpowiada – Opuściłem Orię. Jestem przejazdem przez Prowincję Tana w drodze do Prowincji Camas.
- Co takiego? – mrugam oczami niedowierzając. Camas to jedna z Prowincji przylegających do Zewnętrznych Prowincji. Czuję się dziwnie zaniepokojona. Choć uwielbiam patrzeć w gwiazdy, nigdy nie nauczyłam się podążać za ich konstelacjami. Swój kurs wyznaczam dzięki ludziom; Xander to punkt na mapie; moi rodzice – kolejny punkt; Ky to ostateczny cel. Kiedy Xander postanowił się przenieść, cała moja mapa uległa zmianie.
- Dostałem tam przydział do pracy – Xander tłumaczy – W Stolicy. Tak jak Ty. Chcą jednak bym najpierw nabył doświadczenia w innej Prowincji.
- Dlaczego? – pytam łagodnie.
Głos Xandera jest stanowczy. – Są pewne rzeczy, których muszę się nauczyć by dobrze wykonywać swoją pracę, a nie mogę uczyć się ich nigdzie indziej.
- A wtedy wyjedziesz do Stolicy – mówię, jakby sama do siebie. Xander żyjący w Stolicy – tta decyzja wydaje się słuszna i w jakiś sposób ostateczna. Oczywiście odnajdzie się w centrum Społeczeństwa. Oczywiście, Oni poznali jego potencjał i ściągnęli go do Stolicy.
- Ty naprawdę odchodzisz.
Na jego twarzy dostrzegłam grymas złości. – Czy Ty masz pojęcie jak to jest, kiedy ktoś Cię opuszcza?
- Oczywiście, że wiem – odpowiadam, zaskoczona.
- Nie – Xander wpada mi w słowo – Nie tak jak Ky opuścił Ciebie. On tego nie chciał. Czy wiesz jak to jest kiedy ktoś decyduje się, żeby odejść?
- To nie ja zdecydowałam, że nasze drogi się rozeszły. Zostaliśmy przeniesieni.
Xander wzdycha ciężko. – Dalej nic nie rozumiesz – mówi – Ty opuściłaś mnie jeszcze zanim wyjechałaś z Orii. Spogląda nade mną w stronę Funkcjonariusza po czym znów przenosi wzrok na mnie, jego niebieskie oczy są bardzo poważne. Zmienił się od naszego ostatniego spotkania, stał się mocniejszy i bardziej ostrożny.
Stał się podobny do Ky’a.
Teraz wiem, co miał na myśli. Opuściłam go w momencie, kiedy wybrałam Ky’a.
Xander spogląda na nasze dłonie wciąż splecione w uścisku.
Mój wzrok podąża tym samym torem. Jego dłonie są silne, kciuki szorstkie. Jego dłonie nie potrafią pisać słów, lecz są silne i pewnie operują kartami podczas gry. Dotykam kogoś, kogo kocham, choć to nie jest Ky. Trzymam go mocno, jakbym wcale nie chciała się z nim żegnać, a część mnie naprawdę nie chce go opuszczać.
Powietrze w pomieszczeniu robi się zimne. Jak nazwać tę porę roku? Późna jesień? Wczesna zima? Nie wiem. Społeczeństwo manipulując porami upraw zamazało niejako granice między porami roku, między czasem kiedy można siać i zbierać plony, a kiedy trzeba dać ziemi odpocząć. Xander puszcza moje dłonie pochyla się do mnie, patrząc głęboko w moje oczy. Przyłapuję się na tym, że wpatruję się w jego usta, przypominając sobie nasz pocałunek w Mieście, ten słodki i niewinny pocałunek zanim wszystko zaczęło się zmieniać. Wydaje mi się, że teraz pocałunek Xandera byłby zupełnie inny.
Szeptem, wypowiedzianym tuż przy moim uchu Xander pyta, – Czy dalej chcesz się dostać do Zewnętrznych Prowincji, żeby go odnaleźć?
- Tak – odpowiadam szeptem.
Funkcjonariusz oznajmia, że zostało nam tylko kilka minut. Xander zmusza się do uśmiechu i stara się mówić swobodnie – Naprawdę tego chcesz? Chcesz być z Ky’em, bez względu na cenę jaką przyjdzie Ci za to zapłacić? Wyobrażam sobie co zapisuje Funkcjonariusz spoglądający na nas z daleka: Dobrana wyważa pewien sprzeciw, kiedy Dobrany mówi jej o zadaniu do wykonania w Prowincji Camas. Po chwili Dobranemu udaje się ją uspokoić.
- Nie – mówię szczerze – Nie bez względu na cenę.
Xander wciąga szybko powietrze – Więc gdzie to się skończy? Czego nie jesteś w stanie dla Niego poświęcić?
Powoli przełykam ślinę – Mojej rodziny.
- Ze mnie zrezygnowałaś szybko – mówi z wyrzutem. Jego szczęka zaciska się i Xander odwraca ode mnie wzrok. Spójrz na mnie – myślę – Nie wiesz, że Ciebie też kocham? Nie wiesz, że byłeś moim przyjacielem od lat? Nie wiesz, że ciągle czuję się Dobrana z Tobą w jakiś sposób?
- Nie prawda – mówię łagodnie – Nie zrezygnowałam. Spójrz. – Wtedy ryzykuję wszystko. Otwieram saszetkę na pasku i pokazuję mu co wciąż się w niej znajduje, co zachowałam. Niebieskie tabletki. Mimo, że podarował mi je, by pomóc mi w odnalezieniu Ky’a, ja wciąż uważam je za prezent od Xandera.
Oczy Xandera rozszerzają się – Wymieniłaś kompas Ky’a?
- Tak – odpowiadam.
Xander uśmiecha się i widzę malujące się na jego twarzy zaskoczenie pomieszane z radością. Zaskoczyłam Xandera – samą siebie również. Kocham Xandera w sposób, który jest bardziej skomplikowany niż sama bym przypuszczała.
Nie zmienia to faktu, że muszę odnaleźć Ky’a.
- Koniec czasu – oznajmia Funkcjonariusz. Drugi Funkcjonariusz spogląda na mnie.
- Do zobaczenia – mówię do Xandera.
- Raczej nie – odpowiada i pochyla się, żeby pocałować mnie tak jak ja go wcześniej, tuż koło ust. Jeśli któreś z nas ruszyło by się choć odrobinę, wszystko mogłoby się zmienić.

Chwilowa przerwa

Drodzy czytelnicy,
Nieuchronnie nadszedł czas mojego urlopu wypoczynkowego i choć myślałam, że będzie on okazją do przetłumaczenia kolejnych rozdziałów historii Cassi i Ky’a to okazało się, że spędzę go jeżdżąc po Wielkiej Brytanii :)

Z góry przepraszam za długie oczekiwanie na nowe rozdziały, proszę o cierpliwość i życzę słonecznych i radosnych wakacji!

Rozdział 3 KY

Minęło już półtora miesiąca odkąd wrzuciliśmy tamtego chłopaka do rzeki. Teraz leżę na brudnej ziemi a nade mną świstają kule miotane z nieba.

- To taka piosenka – powtarzam sobie za każdym razem kiedy tak się dzieje. Basowy dźwięk ciężkich strzałów, sopran krzyków, tenor mojego własnego strachu. To wszystko jest częścią muzyki.

- Nie próbujcie uciekać – powtarzam innym, lecz nowi nigdy nie słuchają. Oni wciąż wierzą w to, co powiedziało im Społeczeństwo o ich misji tutaj: Odbędziecie służbę w danej wiosce i po sześciu miesiącach wrócicie do domów. W zamian znów staniecie się Obywatelami.

            Nikt nie przetrwał tutaj sześciu miesięcy.

            Kiedy wychodzę z ukrycia na horyzoncie widać ciemne budynki i strzępiaste krzewy bylicy. Pomarańczowa piaszczysta gleba pełna jest popalonych ciał zmarłych.

            Nastała cisza w muzyce, przeklinam. Statki powietrzne przemieszczają się. A ja wiem, co przyciągnęło ich uwagę.

 

Dzisiejszego ranka usłyszałem za sobą chrzęst butów na zmarzniętej ziemi. Nie oglądałem się, kto podążał za mną na kraniec wioski.

- Co robisz? – zapytał jakiś głos. Nie rozpoznałem go, lecz to nie ma większego znaczenia. Co chwilę przysyłają do nas nowych ludzi. Umieramy coraz częściej ostatnimi dniami.

            Jeszcze zanim wepchnęli mnie do tego pociągu w Orii wiedziałem, że Społeczeństwo nie będzie używać nas do walki. Mają zbyt wielu Oficerów i nowoczesnych technologii do walki. Ludzi, którzy nie są Aberracjami czy Anomaliami.

            To, czego potrzebuje Społeczeństwo – czego potrzebuje od nas – to ciała. Jesteśmy przynętą. Przenoszą nas tak, gdzie akurat potrzebują więcej ludzi by przyciągnąć Wroga. Chcą, żeby Wróg myślał, że Zewnętrzne Prowincje są wciąż zamieszkałe, żywe, choć jedynymi ludźmi, którzy tu żyją, jesteśmy właśnie my. Zrzuceni z samolotów i pozostawieni przy życiu na tak długo, aż nie zabije nas Wróg.

            Nikt nie wraca do domu.

            Poza mną. Ja wróciłem do domu. Zewnętrzne Prowincje to miejsce, z którego pochodzę.

- Śnieg – mówię nowemu – Patrzę na śnieg.

- Ale przecież tutaj nie pada – powiedział lekceważąco.

            Nie odpowiedziałem mu nic. Wciąż wpatrywałem się w szczyt najbliższego wzniesienia. Było tam coś godnego zauważenia – biały śnieg na czerwonych skałach. Topiąc się przechodził od bieli do przezroczystości, skrzącej w promieniach słońca. Już kiedyś widziałem coś takiego.

            Usłyszałem, jak nowy odwraca się i wraca do obozu.

- Zobaczcie na tamto wzniesienie! – krzyknął, a inni zaczęli wpatrywać się w górę z zaciekawieniem.

- Idziemy tam Ky! Zbierzemy trochę śniegu! – ktoś krzyknął do mnie chwilę potem – Chodź z nami.

- Nie uda się wam – powiedziałem im – Śnieg zbyt szybko topnieje.

            Lecz nikt mnie nie słuchał. Funkcjonariusze ograniczają nam racje wody, a ta którą dostajemy smakuje jakby była z toalety. Najbliższa rzeka jest teraz zatruta, a deszcz nie pada tu zbyt często.

            Jeden łyk świeżej wody. Doskonale rozumiem dlaczego chcą po nią iść.

- Jesteś pewny? – jeden z nich zatrzymuje się a ja kiwam głową w odpowiedzi.

- Vick, a Ty idziesz? – ktoś pyta.

            Vick stoi, osłaniając swoje niebieskie oczy jedną ręką i spluwa – Nie – mówi. – Ky mówi, że śnieg się roztopi zanim tam dotrzemy. Poza tym mamy groby do wykopania.

- Zawsze każesz nam kopać te doły – jeden ze skazańców narzeka – Mamy zachowywać się jakbyśmy byli farmerami. Tak powiedziało Społeczeństwo. –Ma racje. Chcą, żebyśmy używali łopat i nasion z wioski by wyhodować zboże ozime, by nie musieć już kopać grobów tylko zostawiać ciała między roślinami. Słyszałem jak inni mówili, że właśnie tak robili w poprzednich wioskach. Zostawiali zwłoki dla Społeczeństwa albo Wroga lub dla jakiegokolwiek zwierzęcia, które by je zechciało.

            Lecz Vick i ja zakopujemy trupy. Zaczęło się od tego chłopca w rzece i jak do tej pory nikt nas nie powstrzymuje.

            Vick zaśmiał się wrogo. Podczas nieobecności Funkcjonariuszy i Oficerów stał się nieoficjalnym liderem i czasami inni skazańcy zapominają, że tak naprawdę to nie ma on żadnej władzy w Społeczeństwie. Zapominają również, że jest on Aberracją. „Nie zmuszam was do niczego. Ky też nie. Wiesz doskonale kto tu wydaje rozkazy, jeśli chcesz czegoś próbować, proszę bardzo. Nie będę Cię zatrzymywać.

            Słońce wznosiło się coraz wyżej, skazańcy, którzy wyruszyli po śnieg również. Obserwowałem ich przez chwilę. Grzbiety ich kurtek  z daleka wyglądały tak, jakby byli mrówkami wchodzącymi do mrowiska. Wstałem i wróciłem do pracy – kopania grobów na cmentarzu dla tych którzy zginęli w trakcie wczorajszego bombardowania.

            Vick i inni pracowali razem ze mną. Mieliśmy siedem dołów do wykopania. Niezbyt dużo, biorąc pod uwagę intensywność ostatnich nalotów i fakt, że było nas prawie stu, którzy mogli zginąć.

            Starałem się stać tyłem do tych, którzy poszli po śnieg, by nie widzieć jak ten znika zanim dotrą do wzniesienia. Wspinaczka tam była jedynie stratą czasu.

            Stratą czasu jest także myślenie o tych, których już nie ma. Sądząc po tym co tu się dzieje, nie mam zbyt wiele czasu do zmarnowania.

            Lecz nic nie mogę na to poradzić.

            Pierwszej nocy na ulicy Klonowej w Mieście wyglądałem przez okno w swojej nowej sypialni i w nic, co widziałem nie przypominało domu. Więc się odwróciłem a wtedy Aida przechodząca korytarzem wyglądała niemalże jak moja matka więc mogłem znów spokojnie oddychać.

            Wyciągnęła do mnie wtedy rękę, w której trzymała kompas.

- Nasi rodzice mieli tylko jeden artefakt, a dwie córki. Twoja mama i ja zgodziłyśmy się, że będziemy się nim dzielić, lecz ona odeszła. – Aida otworzyła moją dłoń i położyła na niej kompas. – Miałyśmy wspólny artefakt, a teraz mamy wspólnego syna. To dla Ciebie.

- Nie mogę tego wziąć – odpowiedziałem – jestem Abberacją. Nie możemy mieć takich rzeczy.

- Mimo to – Aida powiedziała – jest twój.

            Podarowałem go Cassi na przechowanie a ona odwdzięczyła się kawałkiem zielonej satyny. Wiedziałem, że kiedyś by mi go odebrano. Wiedziałem, że nigdy nie będzie mi dane go zatrzymać. Więc właśnie dlatego, kiedy po raz ostatni schodziliśmy ze Wzgórza zatrzymałem się i przywiązałem materiał do drzewa. Musiałem zrobić to szybko, tak by Cassia tego nie zauważyła.

            Lubię myśleć o nim jak, tam na Wzgórzu pada na niego deszcz i porusza nim wiatr.

            Tak naprawdę nie zawsze można wybrać, co chciałoby się zatrzymać. Można jedynie wybrać w jaki sposób się to zostawia.

            Cassia.

            Myślałem o niej, kiedy po raz pierwszy spojrzałem na śnieg na wzgórzu. Pomyślałem, że my moglibyśmy się tam wspiąć. Nawet jeśli cały śnieg by stopniał. Siedlibyśmy na górze i pisali wyrazy na przymarzniętym piasku. Moglibyśmy to robić gdyś nie zniknęła.

            Lecz wtedy przypomniałem sobie, to nie Ty zniknęłaś. To ja.

 

 

Na brzegu grobu pojawił się but. Wiem, czyje to buty po kreskach wyrytych wokół podeszwy – sposób, dzięki któremu niektórzy z nas zapisują jak długo przetrwali. Nikt inny nie ma tak wielu kresek, tak wielu przetrwanych dni

- Ty jeszcze nie umarłeś – powiedział Vick.

- Wiem – odpowiedziałem wychodząc z grobu. Wytarłem twarz z brudu i złapałem łopatę. Vick zaczął kopać koło mnie. Żaden z nas nie mówi nic o tych, których nie będziemy w stanie dziś pochować. O tych, którzy próbują wspiąć się na górę po śnieg.

            Po powrocie do wioski dowiadujemy się, że są trzy kolejne ciała. Pozostali płaczą i milcząc wpatrują się we wzniesienie. Żaden ze skazańców, którzy poszli po śnieg nie wróci. Przyłapuję się na tym, że być może przynajmniej ugasili pragnienie zanim zostali rozstrzelani, że umierając mieli usta pełne czystego, zimnego śniegu.

Rozdział 2 CASSIA

Grudki ziemi przylegają do mnie jakby był częścią mnie. Gorąca woda w narożnej kabinie prysznicowej obmywa moje ręce, które robią się czerwone. Ich widok sprawia, że myślę o Ky’u. Moje ręce wyglądają teraz podobnie jak jego.

Poza tym, prawie wszystko sprawia, że myślę o Ky’u.
Kawałkiem mydła w kolorze obecnego miesiąca, listopada szoruję palce ostatni raz. W pewnym sensie lubię ten brud. Wbija się w każde najdrobniejsze zagięcie mojej skóry, tworząc mapę na moich dłoniach. Czasem, kiedy jestem bardzo zmęczona spoglądam na tą swoistą kartografię swoich dłoni i wyobrażam sobie, że może ona podpowiedzieć mi jak odnaleźć Ky’a.
Ky zniknął.
To wszystko – dalekie prowincje, obozy pracy, brudne dłonie, zmęczone ciało, bolący umysł – to wszystko dzieje się przez to, że Ky zniknął, a ja chcę go odnaleźć. Najdziwniejsze jest to, że jego nieobecność sprawia, że czuję jakby tu był. Ogarnia mnie tęsknota tak całkowita, że gdyby nagle to uczucie zniknęło, zawróciłabym, zatrzymała się i sprawdziła czy pokój faktycznie jest pusty, jeśli wcześniej cokolwiek w nim było, jeśli nie było tam  jego.
Odwracam się od zlewu i rozglądam się po pokoju. Przez małe okienka umieszczone wysoko wzdłuż ściany widać tylko noc. Dziś jest ostatnia noc przed przeniesieniem; następne zlecenie będzie moim ostatnim. Potem, jak zostałam poinformowana pojadę do Stolicy, największego Miasta w Społeczeństwie do mojej stałej pracy w jednym z tamtejszych centrów sortowania. Prawdziwa praca, nie taka jak kopanie w ziemi, a to ciężka harówka. W ciągu mojej trzymiesięcznej pracy byłam zabierana do kilku obozów, lecz do tej pory żaden z nich nie był w Prowincji Tana. Miałam nadzieję, że znajdę w jakiś sposób drogę do Zewnętrznych Prowincji, lecz nie znalazłam się ani o krok bliżej Ky’a niż kiedy zaczęłam pracować w obozie.
Jeśli mam uciec, by odnaleźć Ky’a, muszę to zrobić już niedługo.
Indie, jedna z dziewczyn mieszkająca ze mną w pokoju przechodzi obok mnie by stanąć przy umywalce.
- Zostawiłaś choć trochę ciepłej wody dla reszty? – pyta.
- Tak – odpowiadam. Indie mamrocze coś kiedy odkręca wodę i bierze mydło. Kilka dziewczyn stoi w kolejce za nią. Reszta siedzi cierpliwie na brzegach swoich łóżek ustawionych w szeregu.
Dziś jest siódmy dzień tygodnia, dzień w którym przychodzą wiadomości.
Ostrożnie odpinam małą saszetkę przyczepioną do paska spodni. Każda z nas ma taką małą saszetkę i mamy nosić je cały czas przy sobie. Moja jest pełna wiadomości; podobnie jak inne dziewczyny przechowuję wszystkie listy do momentu, kiedy już nie da się ich rozczytać. Są podobne do delikatnych płatków noworóż, które Xander dał mi kiedy wyjeżdżałam z Miasta, które zresztą również zachowałam.
Czekając, przeglądam stare wiadomości. Większość dziewczyn robi to samo.
Nie trzeba dużo czasu, żeby papier zżółkł na brzegach i zaczął się rwać – wiadomości mają być przeczytane i wyrzucone. Ostatnia wiadomość jaką otrzymałam od Brama mówi, że pracuje ciężko w polu i jest przykładnym uczniem w szkole, że nigdy się nie spóźnia. Śmieszy mnie to ponieważ wiem doskonale, że jest to naciągane stwierdzenie. Część wiadomości od Brama sprawia, że w moich oczach pojawiają się łzy – napisał, że oglądał mikrokartę Dziadka, tę ze złotego pudełka na Ostatnim Bankiecie.
Historyk podsumowuje życie Dziadka w kilku słowach, a na samym końcu nagrania pojawia się lista najlepszych momentów ułożona przez Dziadka  -pisze Bram. Ma jedno wspomnienie dla każdego z nas. Jego ulubione związane ze mną to, to kiedy wypowiadam swoje pierwsze słowo, a było to „jeszcze”. Ulubionym momentem związanym z Tobą był, jak to on nazwał „dzień czerwonego ogrodu”.
Oglądając mikrokartę po raz pierwszy, w dniu Bankietu nie przykładałam dużej uwagi do jej treści – za bardzo rozmyślałam nad ostatnimi chwilami w życiu Dziadka, nie skupiając się nad jego przeszłością. Od tamtej pory chciałam przejrzeć mikrokartę jeszcze nie raz, lecz nigdy tego nie zrobiłam, a teraz bardzo tego żałuję. Jeszcze bardziej żałuję tego, że nie pamiętam dnia czerwonego ogrodu. Pamiętam wiele dni spędzonych na rozmowach z Dziadkiem, kiedy siedzieliśmy na ławce pośród  kwitnących wiosną pąków kwiatów czy czerwonych noworóż latem albo jesiennych czerwonych liści. Więc chyba właśnie o to mu chodziło. Być może Bram pisząc swoją wiadomość pomylił się – Dziadek wspominał dni czerwonego ogrodu – w liczbie mnogiej. Było takich dni wiele – wiosną, latem czy jesienią, kiedy siedzieliśmy tam i rozmawialiśmy.
Wiadomość od rodziców była przepełniona ekscytacją – przekazano im, że następny obóz pracy będzie moim ostatnim.
Nie dziwię się, że są z tego powodu zadowoleni. Wierzą w miłość tak bardzo, że dali mi możliwość znalezienia Ky’a, lecz nie jest im przykro, że wracam do domu. Podziwiam ich za to, że pozwolili mi spróbować. Inni rodzice pewnie by tak nie postąpili.
Chowam wiadomości z powrotem do  saszetki myśląc o mikrokarcie, myśląc o Ky’u. A jeśli mogłabym dotrzeć do niego przy następnym przeniesieniu lub schować się na pokładzie samolotu i rzucić się jak kamień z nieba prosto do Zewnętrznych Prowincji?
Jeśli udałoby się nam spotkać, co Ky by sobie pomyślał po tak długiej rozłące?  Czy w ogóle by mnie poznał? Wiem, że wyglądam inaczej. Nie chodzi mi o moje zniszczone dłonie. Pomimo pełnych racji żywieniowych, schudłam od całej tej pracy. Mam podkrążone oczy ponieważ nie mogę zasnąć, choć Społeczeństwo nie monitoruje tutaj naszych snów. Nieco martwi mnie, że Społeczeństwo się nami za bardzo nie przejmuje, lecz możliwość spania bez monitorowania jest przyjemna. Nocami leżę i myślę o starych i nowych słowach i o naszym pocałunku skradzionym, kiedy Społeczeństwo nie patrzyło. Próbuję zasypiać, naprawdę, bo właśnie we śnie widzę Ky’a najwyraźniej.
Możemy spotykać się z innymi ludźmi tylko wtedy, kiedy Społeczeństwo nam na to pozwoli. Na żywo, przez porty lub przeglądając mikrokarty. Kiedyś, dawno temu Społeczeństwo pozwalało obywatelom nosić przy sobie zdjęcia bliskich osób. Jeśli ktoś umarł lub był daleko przynajmniej nie zapominało się jak wyglądają. Noszenie zdjęć zostało zabronione lata temu. Teraz, Społeczeństwo zabroniło nawet tradycyjnego wymieniania się zdjęciami nowo Dobranych po ich pierwszym spotkaniu twarzą w twarz. Dowiedziałam się tego z jednej z wiadomości, których nie zatrzymałam – informacji z Departamentu Dobranych, która została rozesłana do wszystkich którzy zostali Dobrani. Napisali: Procedury Dobierania zostały zmienione dla maksymalizacji efektywności i wzrostu optymalnych rezultatów.
Zastanawiam się czy zdarzyły się im inne pomyłki.
Zamykam oczy i marzę by ujrzeć przed oczami twarz Ky’a. Niestety, każdy obraz jaki ostatnio widzę wydaje się niekompletny, zamazany w różnych miejscach. Zastanawiam się gdzie teraz jest Ky, co się z nim dzieje, czy zdołał zatrzymać ten skrawek zielonego jedwabiu, który dałam mu nim odszedł.
Czy zdołał zatrzymać w sercu mnie.
Wyciągam z saszetki coś innego, rozkładam papier ostrożnie na łóżku. Płatki noworóż wysuwają się powoli, są  delikatne i zżółknięte na brzegach, podobnie jak kartka.
Dziewczyna przypisana do tego samego piętrowego łóżka co ja zauważa co robię i kładzie się na swoim materacu. Inne dziewczyny zbierają się wkoło mnie, jak zawsze kiedy wyciągam ten konkrety papier. Nie mogę zostać ukarana za jego trzymanie– nie jest to kontrabanda czy coś nielegalnego. Papier został wydrukowany z normalnego portu. Nie można nam jednak drukować niczego innego poza wiadomościami, więc ten kawałek sztuki jest czymś bardzo cennym.
- To chyba ostatni raz, kiedy możemy go oglądać – mówię – rozpada się.
- Nigdy by mi nie przyszło żeby przynieść tu któryś ze Stu Obrazów – mówi Lin, spuszczając głowę.
- Ja też tego nie przyniosłam – mówię – Ktoś mi to podarował.
Zrobił to Xander, jeszcze w Mieście, w dniu kiedy przyszło nam się pożegnać. To jest numer 19 ze Stu Obrazów – Chasm of the Colorado autorstwa Thomasa Morana – kiedyś wygłaszałam referat na jego temat w szkole. Wtedy powiedziałam, że to mój ulubiony obraz i Xander pamiętał o tym przez te wszystkie lata. Obraz przeraża mnie i przejmuje w jakiś niejasny sposób – niebo na nim jest tak spektakularne a ziemia zarówno piękna i niebezpieczna, pełna głębi. Bałam się ogromu miejsca takiego jak to. Jednocześnie czułam żal, że nigdy nie ujrzę takiego widoku: zielone drzewa na zboczu czerwonych skał, stalowoniebieskie chmury płynące po niebie, cienie i złocistości wszędzie naokoło.
Zastanawiam się czy w moim głosie słychać jeszcze ten zachwyt, kiedy opowiadam dziewczynom o obrazie, skoro Xander wychwycił go kiedyś i dlatego zapamiętał. Xander nie daje za wygraną. Jest bardzo subtelny w swoich działaniach – na przykład ten obraz. Teraz kiedy na niego patrzę, kiedy mogę dotknąć płatków noworóż przypominam sobie jaki jest dla mnie dobry, jak wiele o mnie wie i czuję ukłucie bólu, że musiałam z niego zrezygnować.
Miałam rację, że to jest ostatni raz kiedy oglądamy ten obraz. Kiedy tylko podnoszę papier z łóżka rozpada się na kawałki. Wszystkie wzdychamy w tym samym czasie, a ruch powietrza jaki tym wywołujemy powoduje, że skrawki papieru poruszają się delikatnie.
- Możemy obejrzeć ten obraz przez port – mówię dziewczynom. Jedyny port w obozie wisi w głównym holu, duży i nasłuchujący.
- Nie – odpowiada Indie – Już za późno.
To prawda, nie powinnyśmy wychodzić z naszych pokoi po kolacji.
- Więc jutro podczas śniadania – nalegam.
Indie wzdycha z niesmakiem i odwraca się. Ma rację, to już przecież  nie będzie do samo. Sama nie wiem czemu, lecz na pewno to nie będzie to samo. Myślę, że samo posiadanie obrazu czyniło go czymś wyjątkowym, choć może to nie to. Chodzi o możliwość oglądania go bez bycia obserwowanym, bez wskazywania jak go oglądać. Właśnie to dawał nam ten papier.
Zastanawiam się, dlaczego nie nosiłam przy sobie obrazów czy wierszy przed przyjazdem tutaj. Tyle papieru w portach, teraz wydaje się luksusem. Tak wiele starannie wybranych przykładów piękna a i tak nie patrzyliśmy na nie wystarczająco często. Jak mogłam nie zauważyć, że zieleń przy skałach jest tak świeża, że niemalże można wyczuć fakturę liście, a ich lekkość przypomina skrzydła motyla otwierające się po raz pierwszy?
Jednym, zdecydowanym ruchem Indie zrzuca resztki papieru z mojego łóżka. Zrobiła to nawet na nie nie spoglądając. Stąd właśnie wiem, że i ona przejęła się utratą obrazu, bo dokładnie wiedziała, gdzie leżały fragmenty papieru.
Moje oczy zachodzą się łzami.
- Wszystko w porządku – powtarzam sobie – Masz jeszcze przecież inne, trwałe rzeczy, ukryte pod papierem i płatkami noworóż. Pojemnik z tabletkami. Srebrna szkatułka z Bankietu Dobranych. Kompas Ky’a i niebieskie tabletki od Xandera.
Staram się nie trzymać kompasu i tabletek w saszetce na pasku. Są zbyt cenne. Nie wiem czy Oficerowie przeszukują moje rzeczy, lecz jestem pewna, że inne dziewczyny na pewno to robią.
Więc pierwszego dnia w każdym kolejnym obozie, zakopuję kompas i niebieskie tabletki głęboko i wracam po nie przed wyjazdem. Poza tym, że są to przedmioty nielegalne, są najważniejszymi prezentami jakie otrzymałam. Kompas – złoty i błyszczący może mi powiedzieć, w którą stronę muszę iść. Społeczeństwo natomiast zawsze powtarzało nam, że jeśli będziemy mieć wodę, niebieska tabletka może utrzymać nas przy życiu przez dzień lub dwa. Xander ukradł dla mnie kilka dawek, mogłabym dzięki nim przeżyć dłuższy czas. Razem, kompas i tabletki są najpotrzebniejsze do przetrwania.
Jeśli tylko dane by mi było znaleźć się w Zewnętrznych Prowincjach bym mogła z nich skorzystać.
W noce jak ta – noc przed przeniesieniem – muszę odnaleźć drogę do zakopanych skarbów i mam nadzieję, że zapamiętałam dobrze miejsce kryjówki. Dziś wróciłam ostatnia do domku, a moje ręce były pokryte czarną ziemią z innej części pola. Właśnie dlatego tak spieszyłam się, żeby umyć ręce; mam nadzieję, że sokoli wzrok Indie nie wychwycił tego, kiedy stała za mną w kolejce. Mam nadzieję, że żadna grudka ziemi nie wypadła z mojej saszetki i że nikt nie słyszał cichego pobrzękiwania kiedy szkatułka i kompas stukały o siebie i pojemnik z tabletkami.
W każdym obozie starałam się zachowywać dla siebie fakt, że jestem pełnoprawnym Obywatelem. Choć Społeczeństwo przeważnie nie ujawnia statusów przebywających tu osób, słyszałam rozmowę między dziewczynami, które musiały oddać swoje pojemniki z tabletkami. Oznacza to, że w jakiś sposób – czy z winy swojej czy swoich rodziców – niektóre dziewczyny utraciły swoje Obywatelstwo. Stały się Abberacjami, tak jak Ky.
Jest tylko jeden status niższy niż Abberacja – Anomalia. O nich już niemalże się nie słyszy. Wydaje się, że zniknęli. Dlatego teraz, kiedy nie ma już Anomalii Abberacje zajęli ich miejsce – najgorsza grupa w Społeczeństwie.
Nikt w Orii nie mówił o Zasadach i Przeklasyfikowaniu, a ja obawiałam się, że przeze mnie status mojej rodziny zostanie zmieniony na Abberacje. Teraz już znam reguły z historii, którą opowiedział mi Ky i z podsłuchanych rozmów innych dziewczyn.
Oto główna zasada: Jeśli rodzi zostaje Przeklasyfikowany, cała rodzina także. Jeśli natomiast dziecko zostaje Przeklasyfikowane, status jego rodziny nie zmienia się. Dziecko samo dźwiga brzemię bycia Abberacją lub Anomalią.
Ky został Przeklasyfikowany ze względu na postępowanie jego ojca. Wtedy właśnie przywieziono go do Orii, gdy pierwszy syn Markhamów zmarł. Teraz zdaję sobie sprawę jak wyjątkowo i rzadka jest sytuacja w jakiej znalazł się Ky – mógł on przybyć z Zewnętrznych Prowincji ponieważ ktoś został zabity, a jego ciocia i wujek, Patrick i Aida Markhamowie mogli kiedyś być kimś ważniejszym w Społeczeństwie, niż komukolwiek to się wydawało. Zastanawiam się co teraz się z nimi dzieje. Na tą myśl przechodzi mnie zimny dreszcz.
Upominam siebie, że ucieczka by odnaleźć Ky’a nie wpłynie na status mojej rodziny. Może spowodować moje własne Przeklasyfikowanie, lecz im nic nie grozi.
Uporczywie trzymam się tej myśli – że oni wciąż będą bezpieczni i Xander też, nieważne gdzie się znajdę.

- Wiadomości – ogłasza Oficer wchodząc do pokoju. To ta, która ma ostry głos i łagodne spojrzenie.  Kiwa do nas i zaczyna odczytywać nazwiska. – Mira Waring.
Mira wychodzi naprzód. Wszystkie patrzymy uważnie i liczymy. Mira otrzymuje trzy wiadomości, tyle co zwykle. Oficer drukuje i czyta wiadomości by zaoszczędzić nam wszystkim czasu, jaki musiałybyśmy spędzić w kolejce do portu.
Nie ma żadnej wiadomości dla Indie.
I tylko jedna dla mnie – łączona wiadomość od rodziców i Brama. Nic od Xandera. Nigdy wcześniej nie ominął cotygodniowej wiadomości.
- Co się mogło wydarzyć? – zaciskam rękę na swojej saszetce i czuję szelest papierów w środku.
- Cassia – odzywa się Oficer – Proszę przejść ze mną to głównego holu. Mamy dla Ciebie komunikat.
Wszystkie dziewczyny patrzą na mnie z zaskoczeniem.
Przechodzi mnie chłodny dreszczyk. Wiem kto to musi być. Moja Oficer, sprawdzająca mnie przez port.
Już widzę wyraźnie jej twarz w mojej głowie, każdy lodowato ostry kawałek jej twarzy.
Nie chcę nigdzie iść.
- Cassia – powtarza Oficer. Spoglądam na dziewczyny w pokoju, który nagle wydaje się ciepły i przytulny. Posłusznie ustawiam się za Oficer. Prowadzi mnie do głównego holu i przechodzimy do portu. Słyszę jego ciche pomrukiwanie  w całym pomieszczeniu.
Wzrok mam spuszczony. Unieruchom swoją twarz, dłonie, swoje oczy. Przyglądaj się im tak by oni nie mogli zajrzeć w Ciebie – powtarzam sobie.
- Cassia – słyszę czyjś głos, głos, który znam.
Podnoszę oczy i nie wierzę w to, co widzę.
On tu jest.
Port jest wyłączony, a on stoi przede mną, naprawdę.
On tu jest.
Cały i zdrowy.
Tutaj.
Nie jest sam – jakiś Strażnik stoi za nim – mimo to, to on.
Tutaj.
Zakrywam swoją twarz czerwonymi, spracowanymi rękami, to co widzę nieco mnie przerasta.
- Xander – udaje mi się szeptać.

Rozdział 1 KY

Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy.

Dylan Thomas

Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy,

Starość u kresu dnia niech płonie, krwawi;

Buntuj się, buntuj, gdy światło się mroczy.

 

Mędrcy, choć wiedzą, że ciemność w nich wkroczy -

Bo nie rozszczepią słowami błyskawic -

Nie wchodzą cicho do tej dobrej nocy.

 

Cnotliwi, płacząc kiedy ich otoczy

Wspomnienie czynów w kruchym wieńcu sławy,

Niech się buntują, gdy światło się mroczy.

 

Szaleni słońce chwytający w locie,

Wasz śpiew radosny by mu trenem łzawym;

Nie wchodźcie cicho do tej dobrej nocy.

 

Posępnym, którym śmierć oślepia oczy,

Niech wzrok się w blasku jak meteor pławi;

Niech się buntują, gdy światło się mroczy.

 

Błogosławieństwem i klątwą niech broczy

Łza twoja, ojcze w niebie niełaskawym.

Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy.

Buntuj się, buntuj, gdy światło się mroczy

 

(tłum. Barańczak Stanisław)

 

Przekraczając brzeg

Alfred Tennyson


Słońce zachodzi, za horyzont się chowając
Słyszę, że On do siebie mnie wzywa
Niech wszelkie lamenty ustaną
Kiedy będę odpływał.

Fala uśpiona, choć sprawia wrażenie płynącej
Zbyt przepełniona pianą i dźwiękami,
Podczas gdy to, co wyłonione z głębi bezkresnej
Zawróci znów do bezpiecznej przystani.

Wieczorny dzwon i pora zmierzchania,
A po nich ciemność nadejdzie!
Niech zniknie już smutek pożegnania,
Kiedy czas mej podróży przybędzie.

Gdyż choć to czasu i miejsca kres,
A wody daleko mogą przenieść mnie,
Liczę, że spotkam mego Pilota gdzieś,
Kiedy przekroczę już brzeg.

 

(tłumaczenie nieoficjalne)

 

Rozdział 1 KY

Stoję w rzece. Jest niebieska. Prawie granatowa. Odbija się w niej kolor wieczornego nieba.

Stoję nieruchomo. Nie to co rzeka. Jej fale popychają mnie, a następnie przelewają się przez trawę rosnącą na brzegu.

- Wychodź stamtąd – mówi Funkcjonariusz. Świeci na mnie latarką, stojąc przy brzegu.

- Powiedział pan,  że mam umieścić ciało w wodzie – mówię, przeinaczając słowa Funkcjonariusza.

- Nie powiedziałem, że i Ty masz tam wchodzić – mówi Funkcjonariusz – Puść go i wychodź. Przynieś mi jego kurtkę. On już jej nie potrzebuje.

Spoglądam na Vicka, który pomaga mi przy ciele. Vick nie wszedł do wody. Nie pochodzi z okolicy, lecz wszyscy w obozie znają plotki o zatrutych rzekach w Zewnętrznych Prowincjach.

- Wszystko w porządku – mówię cicho do Vicka. Funkcjonariusze i Władze chcą, żebyśmy bali się rzeki, wszystkich rzek, żebyśmy nigdy nie próbowali jej pić ani nie próbowali przez nią przejść na drugą stronę.

- Nie potrzebujecie próbki tkanek? – wołam do Funkcjonariusza stojącego na brzegu w momencie gdy Vick się waha. Lodowata woda sięga mi do kolan, głowa martwego chłopca jest odchylona do tyłu, jego martwe oczy wpatrują się w niebo. Martwi już nic nie widzą, lecz ja tak.

Widzę zbyt wiele. Zawsze tak było. Słowa i obrazy łączą się moim umyśle w dziwny sposób i dostrzegam więcej szczegółów gdziekolwiek jestem. Jak teraz. Widzę Vicka, który nie jest tchórzem, lecz strach maluje się na jego twarzy. Rękawy koszulki martwego chłopca są porozdzierane, woda przelewa się przez nie w miejscach gdzie jego ramiona opadają na dno. Jego chude kostki i bose stopy wydają się jaśnieć bladością w rękach trzymającego je Vicka, który podchodzi bliżej brzegu. Funkcjonariusz już wcześniej kazał nam zdjąć jego buty. Teraz macha nimi w tą i z powrotem trzymając za sznurówki, próbując ukryć znużenie. W drugiej ręce trzyma latarkę, której ostre światło świeci mi prosto w oczy.

Rzucam kurtkę w stronę Funkcjonariusza. Musi wypuścić z ręki buty by ją złapać.

- Możesz już puścić – mówię do Vicka. – Nie jest ciężki. Sam dam sobie radę.

Lecz Vick wchodzi do rzeki. Teraz nogi martwego chłopca są zanurzone w wodzie i jego czarne robocze ubranie przemoczone.

- Nie wygląda to na Ostatni Bankiet –Vick mówi do Funkcjonariusza. Wyraźnie słychać gniew w jego głosie. – Czy wczorajszą kolację wybrał sobie sam? Bo jeśli tak, to zasłużył na śmierć.

Minęło już wiele czasu odkąd pozwoliłem sobie odczuwać złość, więc teraz nie tylko ją czuję. Wypełnia moje usta i połykam ją czując jej ostry, metaliczny smak, podobny do smaku foliowej tacki na żywienie. Ten chłopak zmarł ponieważ Funkcjonariusze popełnili błąd. Nie dali mu wystarczającej ilości wody i przez nich zmarł za szybko.

Musimy więc teraz pozbyć się ciała ponieważ nikt nie powinien umrzeć w tym tymczasowym obozie. Powinniśmy poczekać aż wyślą nas do wiosek, a tam Wróg zajmie się nami. Lecz najwidoczniej nie zawsze tak jest.

Społeczeństwo chce byśmy bali się śmierci. Lecz ja się jej nie boję. Boję się jedynie umrzeć w niewłaściwy sposób.

- Tak kończą Aberracje – mówi Funkcjonariusz niecierpliwie. Robi krok w naszym kierunku. – Wiecie o tym. Nie ma ostatniego posiłku. Nie ma żadnych słów na pożegnanie. Puśćcie go i wychodźcie z wody.

Tak kończą Aberracje. Spoglądam w dół, woda zmieniła swój kolor na czarny i zlała się z kolorem nocnego nieba. Jeszcze nie puszczam.

Obywatele mają swoje Ostatnie Bankiety. Słowa pożegnania. Pobiera się od nich próbki tkanek by dać im szansę na nieśmiertelność. Nie mogę zrobić nic jeśli chodzi o ostatni posiłek czy próbkę, lecz mogę podarować mu słowa. One zawsze są we mnie, przelatują przez mój umysł a wraz z nimi obrazy i numery. Szepcę więc to, co wydaje się pasować do rzeki i do śmierci:

„Gdyż choć to czasu i miejsca kres,
A wody daleko mogą przenieść mnie,
Liczę, że spotkam mego Pilota gdzieś,
Kiedy przekroczę już brzeg.”

Vick spogląda na mnie zaskoczony.

- Puść go– mówię i w tym samym momencie puszczamy ciało.