Rozdział XV

Nie zatrzymujemy się dopóki nie zwiększamy odpowiednio dystansu od tego kogoś, kto został w siedlisku. Nikt nie odzywa się zbytnio; maszerujemy szybko wzdłuż głównego kanionu. Po kilku godzinach wyciągam mapę by sprawdzić naszą pozycję.
- Wydaje się, że cały czas idziemy pod górę – mówi Eli, lekko zdyszany.
- Tak jest – odpowiadam.
- To dlaczego nie widać, żebyśmy byli jakoś wyżej? –dopytuje Eli.
- Ponieważ ściany kanionu też się podnoszą – tłumaczę – spójrz. Pokazuję mu jak osadnicy zaznaczali wzniesienia terenu na mapie.
Eli kręci głową nie bardzo rozumiejąc, co mu pokazuję. – Wyobraź sobie, że Kanion jest jak wielka łódź – Vick odzywa się do Eliego – Ta część, przez którą weszliśmy była jakby nisko pod wodą, a część gdzie teraz jesteśmy jest wysoko. Widzisz? Kiedy już wyjdziemy stąd, będziemy powyżej tego wszystkiego.
- Znasz się na łodziach? – pyta Eli
- Trochę – odpowiada Vick – nie dużo.
- Możemy odpocząć przez chwilę – mówię Eliemu sięgając po moją menaszkę. Muszę się napić.
Vick i Eli robią to samo. – Pamiętasz ten wiersz, który mówiłeś martwym? – Vick zaczyna – Ten, o który wcześniej Cię pytałem.
- Pamiętam – spoglądam na pasmo gór zaznaczone na mapie. Tam musimy się znaleźć.
- Skąd go znasz?
- Natknąłem się na niego – mówię – Kiedyś w Orii.
- A nie w Zewnętrznych Prowincjach? – pyta Vick.
On zdaje sobie sprawę, że wiem więcej niż mówię. Podnoszę wzrok. Vick i Eli stoją naprzeciw mnie i przyglądają się mapie. Poprzednio Vick był tak dociekliwy, kiedy w wiosce opowiadałem o tym, w jaki sposób Społeczeństwo zabiło Anomalie. Teraz znów widzę to zacięcie w jego spojrzeniu. Jest przekonany, że nadszedł już czas bym mu wszystko wytłumaczył. Ma rację.
- I tutaj też – odzywam się – Słyszałem o Pilocie wielokrotnie – i to jest prawdą. W Granicznych Prowincjach, w Zewnętrznych Prowincjach, w Orii, a nawet tu w Kanionie.
- Jak Ci się wydaje kto to jest? – pyta Vick.
- Niektórzy uważają, że Pilot jest przywódcę rebelii wobec Społeczeństwa – odpowiadam, a oczy Eliego błyszczą w podekscytowaniu na moje słowa.
- Powstańcy – Vick przytakuje – Ja też o nich słyszałem.
- Jest gdzieś powstanie? – dopytuje się Eli – A Pilot jest przywódcą?
- Być może – stwierdzam – Ale to nie ma z nami nic wspólnego.
- Oczywiście, że ma – wyrzuca z siebie Eli, nieco złowrogo – Dlaczego o tym nie powiedziałeś pozostałym skazańcom? Może mogliśmy coś z tym zrobić?!
- Co zrobić? – pytam, szczerze zdziwiony – Vick i ja słyszeliśmy o Pilocie, ale nie wiemy gdzie on albo ona jest. Nawet jeślibyśmy wiedzieli, nie wierzę, że Pilot mógłby zrobić coś więcej niż polec w walce, zabierając ze sobą jeszcze więcej ludzi.
Vick kręci głową, ale nie mówi niczego na głos.
- To mogłoby dać im choć trochę nadziei – mówi dalej Eli.
- A co by im przyszło z takiej nadziei, która nie niesie ze sobą niczego więcej? – pytam poważnie.
Eli zaciska szczękę i odpowiada z uporem – Nie różniłoby się to wiele od tego co Ty próbowałeś zrobić z przerabianą bronią
I tu ma rację, przyznaję wzdychając. – Wiem o tym, ale mówienie im o Pilocie nie przyniosłoby niczego dobrego. To tylko historia, którą kiedyś opowiadał mi ojciec. – i nagle staje mi przed oczami moja matka, malująca to, o czym opowiadał ojciec. Kiedy kończył opowiadać o Syzyfie a jej obrazy znikały, wysuszone słońcem, zawsze odczuwałem jakąś ulgę.
- Słyszałem o Pilocie od kogoś w moich rodzinnych stronach – odzywa się Vick i przez chwilę milczy – Co się z nimi stało? Z Twoimi rodzicami?
- Zginęli w nalocie – odpowiadam. I kiedy wydaje mi się, że powiedziałem tylko to jedno zdanie, ale mówię dalej. Muszę opowiedzieć im co dokładnie się wydarzyło, żeby zobaczyli dlaczego nie wierzę w opowieści o Pilocie. – Mój ojciec kiedyś zbierał wszystkich mieszkańców na spotkania.
Przypominam sobie, jakie ekscytujące zawsze były te zebrania, kiedy wszyscy siadali obok siebie na ławkach i rozmawiali ze sobą. Ich twarze rozjaśniały się kiedy do sali wchodził mój ojciec. – Ojciec wiedział jak odłączyć port w wiosce tak, by Społeczeństwo się o tym nie dowiedziało. Tak mu się przynajmniej wydawało. Nie wiem czy port dalej działał, czy ktoś doniósł Społeczeństwu na mojego ojca. W trakcie jednego ze spotkać był nalot. Prawie wszyscy zginęli.
- Czy Twój ojciec był Pilotem? – nieco onieśmielonym głosem pyta Eli.
- Jeśli był, to teraz jest martwy – odpowiadam – I razem z nim zginęła praktycznie cała nasza wioska.
- To nie on ich zabił – odzywa się Vick – Nie możesz go za to winić.
Mogę i właśnie tak jest, ale wiem, że Vick ma w pewnym sensie rację.
- Czy to Społeczeństwo czy Wróg ich zabili? – po chwili pyta Vick.
- Samoloty wyglądały jak te, których używa Wróg – przyznaję – ale Społeczeństwo nie pojawiło się dopóki cały nalot się nie zakończył. To było coś niecodziennego. Do tamtej pory przynajmniej udawali, że o nas walczą.
- A gdzie Ty byłeś kiedy to się wydarzyło? – dalej pyta Vick.
- Poszedłem na podgórze zobaczyć jak pada deszcz.
- Jak Ci skazańcy, którzy próbowali dotrzeć do śniegu – mówi, jakby sam do siebie Vick – Ale Ty nie zginąłeś.
- Nie, ich samoloty mnie nie zauważyły.
- Miałeś szczęście – przyznaje Vick.
- Społeczeństwo nie wierzy w coś takiego jak szczęście – odzywa się Eli.
- To jest jedyna rzecz, w jaką ja wierzę – odpowiada mu Vick – w szczęście lub nieszczęście, a wydaje mi się, że ostatnio ciągnie się za nami nieszczęście.
- Nieprawda – protestuje Eli – Uciekliśmy od Społeczeństwa i dotarliśmy do kanionów. Odnaleźliśmy jaskinię z mapami i uciekliśmy z osady zanim ktokolwiek nas tam znalazł.
Pozostaję niewzruszony. Nie wierzę w Społeczeństwo, ani w Powstańców czy Pilota, w szczęście czy nieszczęście. Ja wierzę w Cassię. Jeśli musiałbym przyznać, że wierzę w coś więcej to byłoby to bycie albo nie bycie.
Teraz jestem i chcę aby tak pozostało.
- Ruszamy – wołam chłopaków, zwijając mapę.

O zmierzchu decydujemy, że będziemy nocować w jednej z jaskiń oznaczonych na mapie. Kiedy przeciskamy się przez wąskie wejście światła latarek pokazują malunki i ryciny na ścianach wkoło.
Eli zatrzymuje jak wryty. Wiem, co teraz czuje.
Pamiętam jak sam widziałem te rysunki po raz pierwszy. Było to niedaleko naszej wioski. Moi rodzie zabrali mnie tam, kiedy byłem jeszcze małym chłopcem. Próbowałem odgadywać, co mogą oznaczać te symbole. Mój ojciec kopiował te znaki na piasku. To było jeszcze zanim nauczył się pisać. Zawsze chciał się uczyć i szukał nowych znaczeń we wszystkim co widział. W każdym symbolu, każdym słowie i w każdej sytuacji. Jeśli nie odnajdował niczego szczególnego, sam nadawał tym rzeczom nowe znaczenie.
Ta jaskinia faktycznie jest niesamowita. Rysunki są pełne koloru i każdy kawałek ściany jest wypełniony szczegółowymi obrazami. Odwrotnie niż zazwyczaj, kiedy wchodzi się głębiej robi się jaśniej, a nie ciemniej.
- Kto to namalował? – pyta po chwili Eli, przerywając ciszę.
- Na pewno wielu – odpowiadam – Malunki wyglądają jakby zostały wykonane niedawno. Podejrzewam, że namalowani je farmerzy z tych stron. Te ryciny są starsze.
- Dużo starsze? – dopytuje Eli.
- Sprzed tysięcy lat – odpowiadam spokojnie.
Najstarsze ryciny ilustrują ludzi o pochylonych posturach i szerokich ramionach. Wyglądają na bardzo silnych. Niektórzy z narysowanych wydają się sięgać w stronę nieba. Przyglądam się im przez dłuższą chwilę, w te wyciągnięte do góry ręce i przypominam sobie ostatni raz kiedy widziałem Cassie.

Ludzie Społeczeństwa odszukali mnie wczesnym rankiem. Na niebie bledły gwiazdy, słońce jeszcze nie wzeszło. W tym czasie między nocą a dniem najłatwiej jest coś zabrać.
Obudziłem się dokładnie w momencie kiedy wyciągali po mnie swoje ręce, otwierali usta by wyrecytować słowa, które zawsze powtarzali w takich chwilach: Nie ma się czego obawiać. Chodź z nami. Uderzyłem ich zanim zdążyli wypowiedzieć cokolwiek. Zadałem im ból zanim mogli mnie zabrać by zadać go mnie. Każda komórka mojego ciała kazała mi walczyć, więc to właśnie robiłem.
Walczyłem, bo przy Cassi odnalazłem spokój, a oni chcieli mi to odebrać. Walczyłem bo wiedziałem, że ona może dać mi wiele więcej, a to jednocześnie rozpalało we mnie ogień i uspokajało niczym fale oceanu.
Moja walka nie trwała długo. Ich było sześciu, a ja tylko jeden. Patrick i Aida jeszcze wtedy spali. Chodź cicho – mówili Oficerowie. Tak będzie łatwiej dla wszystkich, chyba nie chcesz żebyśmy Cię zakneblowali?
Pokręciłem przecząco głową.
Klasyfikacja zawsze wychodzi na jaw, tak czy inaczej – jeden z nich odezwał się do pozostałych – Ten ponoć miał być łatwym przypadkiem, był podporządkowany przez wiele lat. A tu proszę, Aberracja zawsze będzie Aberracją.
Byliśmy prawie na zewnątrz kiedy Aida nas zobaczyła.
Wychodziliśmy na pustą o tej porze ulicę, a Aida krzyczała za nami, Patrick mówił coś niskim i spokojnym głosem.
Nie. Nie chcę myśleć o Patricku i Aidzie, ani o tym co się wydarzyło później. Kocham ich bardziej niż kogokolwiek na świecie poza Cassią i jeśli kiedykolwiek ją odnajdę, zacznę szukać i ich. Teraz nie mogę o nich myśleć za długo – o rodzicach, którzy przygarnęli mnie, a w zamian nie otrzymali nic poza jeszcze większą stratą. To było bardzo odważne z ich strony pokochać znów. Dzięki temu uwierzyłem, że i ja mogę kogoś obdarzyć takim uczuciem.
Krew w moich ustach i w moich żyłach buzowała tylko czekając na wybuch. Głowę miałem nisko, ręce skrępowane za plecami.
I wtedy.
Moje imię.
Wykrzykiwała moje imię przed wszystkimi, którzy się pojawili. Nie dbała o to, że ktoś się dowie, że mnie kocha. Ja zacząłem ją wołać po imieniu. Widziałem jej splątane włosy, bose stopy, jej oczy wpatrzone tylko we mnie… Wtedy podniosła rękę i wskazała niebo.
Wiem, że to miało znaczyć, że zawsze mnie zapamiętasz Cassio, ale boję się, że jednak mogłaś zapomnieć.

Przesuwamy mniejsze kamienie i kawałki drewna by mieć miejsce na odpoczynek. Część z tych kamieni to krzemienie, których używano zapewnie do rozpalania ognia w jaskini. W moje ręce wpada też kawałek piaskowca, niemalże idealnie okrągły.
- Myślisz, że jacyś farmerzy obozowali tu w drodze z Kanionu? – pyta Eli.
- Nie wiem – odpowiadam – Możliwe. To miejsce wygląda na często używane. Dostrzegam zwęglone koła pozostałe po ogniskach, nieco rozmazane ślady stóp na piasku, a także kości zwierząt, upieczonych i zjedzonych w tym miejscu.
Eli szybko zasypia, jak zwykle. Ułożył się przy ścianie na której narysowana postać wznosi swoje ręce do góry.
- Co ze sobą wziąłeś? – pytam Vicka sięgając po plecak, do którego schowałem rzeczy zabrane z jaskini-biblioteki. W pośpiechu każdy z nas zabrał kilka książek i papierów bez zbytniego przyglądania się im.
Vick zaczyna się śmiać.
- O co chodzi?
- Mam nadzieję, że Ty masz coś lepszego niż ja – mówi, pokazując, co zabrał. Złapał stosik zwykłych brązowych ulotek – To wyglądało jak coś, co widziałem kiedyś w Tanie. Okazuje się, że te wszystkie kartki są takie same.
- Co na nich jest? – pytam.
- Jakaś historyjka– odpowiada.
- Mimo wszystko, mogą się okazać wartościowe – odpowiadam – A jeśli nie, mogę dać Ci kilka tych, które ja zabrałem. Mi poszło lepiej niż Vickowi, mam nieco poezji i dwie książki pełne opowiadań, które nie należą do Stu. Zerkam na plecak Eliego.
- Będziemy musieli zapytać Eliego, co zabrał kiedy się obudzi.
Vick przegląda kilka kartek – Czekaj, tu mam coś interesującego – podaje mi jedną z ulotek, otwartą na pierwszej stronie.
Papier jest nieco rozmiękły. Tani, masowo produkowany gdzieś na skraju Społeczeństwa przy użyciu starego sprzętu, najpewniej skradzionego z jakiegoś magazynu. Otwieram ulotkę i czytam przy świetle latarki:

POWSTANIE

Krótka historia naszego buntu wobec Społeczeństwa.

Powstanie zaczęło istnieć w momencie powstania Stu Komitetów.
Rok przed tym jak rozpoczęło się Sto Wyborów, Wskaźnik Zwalczania Raka wynosił 85,1 procent. To była pierwsza oznaka porażki, za którą odpowiedzialna była Inicjatywa wobec Zwalczania Raka. Społeczeństwo nie przyjęło tego dobrze. Mimo, że ich chęć osiągnięcia perfekcji we wszystkim była niemożliwa do wykonania, zdecydowali, że w tej kwestii osiągnięcie 100 procent jest jednym z najważniejszych priorytetów. Wiedzieli, że dokonanie tego będzie wymagało ogromnego zaangażowania i oddania.
Zdecydowali skupić wszystkie swoje wysiłki na podniesienie produktywności i zdrowia fizycznego. Ci na najwyższych szczeblach Władzy zagłosowali za usunięciem takich zakłóceń jak zbędna poezja i muzyka, przy jednoczesnym zachowaniu optymalnej ich ilości dla zaspokojenia potrzeb doświadczania sztuki. Sto Komitetów, oddzielnie dla każdego rodzaju sztuki zostało powołanych do dokonania wyboru.
To był początek wykorzystywania władzy przez Społeczeństwo. Zlikwidowali też ustawę, według której każde pokolenie miało prawo do głosowania czy chce żyć według zasad Społeczeństwa. Zaczęto usuwać Anomalie i Aberracje z ogólnej populacji i izolować albo eliminować tych, którzy sprawiali najwięcej problemów.
Jednym z wierszy, których nie aprobowało Społeczeństwo był wiersz Tennysona „Przekraczając brzeg”. Jego tytuł stał się niepisanym hasłem członków naszego powstania. Utwór ten odnosi się do dwóch ważnych dla Powstańców aspektów:
1. Lider, nazwany Pilotem kieruje Powstańcami,
2. Ci, którzy należą do Powstania wierzą, że możliwy jest powrót do lepszych dni Społeczeństwa – to czasów sprzed Stu Wyborów.
Niektóre Anomalie, które uciekły ze Społeczeństwa dołączyły do Powstania. Mimo, że Powstańcy są w każdej części Społeczeństwa, najsilniejsze grupy są w Zewnętrznych i Granicznych Prowincjach, dokładnie tam gdzie Aberracje zostały zesłane i rosną w siłę od nadejścia Stu Komitetów.

- Wiedziałeś o tym wszystkim? – pyta Vick.
- Tylko część – przyznaję – Wiedziałem o Pilocie i Powstańcach. Wiedziałem też oczywiście o Stu Komitetach.
- I o likwidowaniu Aberracji i Anomalii – Vick dodaje.
- Racja – odpowiadam szorstkim głosem.
- Kiedy usłyszałem jak recytujesz wiersz nad pierwszym chłopakiem, którego wrzucaliśmy do rzeki – mówi dalej Vick – pomyślałem, że może mówiąc to chcesz mi dać do zrozumienia, że należysz do Powstańców.
- Nie – odpowiadam.
- Nawet wtedy, kiedy Twój ojciec był ich liderem?
- Nie – odpowiadam, ale nie mówię niczego więcej. Nie zgadzam się z tym, co robił ojciec ale też nie potępiam go. To kolejna cienka linia, której nie chcę przekraczać, by nie znaleźć się po jej złej stronie.
- Nikt z pozostałych nie rozpoznał tych słów – mówi Vick – Myślisz, że inne Aberracje mogły wiedzieć o Powstaniu i opowiadać o nim swoim dzieciom?
- Być może Ci, którzy zdołali uciec zanim Społeczeństwo zaczęło nas zsyłać do wiosek – odpowiadam.
- Farmerzy też nie należeli do Powstania. Myślałem, że może dlatego nas do nich prowadzisz – żebyśmy i my mogli do nich dołączyć.
- Nigdzie was nie prowadzę – odpowiadam na pytające spojrzenie Vicka – Farmerzy wiedzieli o Powstaniu, ale nie sądzę, żeby byli jego częścią.
- Nie wiesz zbyt wiele – z pewnego rodzaju niesmakiem mówi Vick.
Nie mogę powstrzymać śmiechu – Masz rację – przyznaję – Nie wiem.
- Myślałem, że jest w tym jakiś większy cel – mówi zamyślony Vick – Zebrać ludzi, by zaprowadzić ich do Powstańców. A ty przyszedłeś tu by uratować siebie i wrócić do dziewczyny, w której jesteś zakochany. To wszystko.
- To wszystko – zgadzam się. Taka jest prawda. Może teraz myśleć o mnie sobie co chce.
- Dobry powód – odzywa się Vick – Dobranoc.

Kiedy drapię skałę kawałkiem agatu trzymanym w ręce, zostawia biały ślad. Ten kompas nie działa, to już wiem. Nie da się go otworzyć. Jego strzałki nigdy się nie obrócą, ale mimo to dalej go rzeźbię. Muszę znaleźć jeszcze jeden kawałek agatu.
Kiedy tamtych dwoje śpi, ja kończę swój kompas. Gdy jest już gotowy, obracam go w dłoni tak by strzałki pokazywały kierunek, który jak myślę powinien być północą i wtedy kładę się spać. Czy Cassia ma jeszcze ten prawdziwy kompas, który zachowali dla mnie ciocia i wujek?

Ona znów stoi na szczycie wzgórza. W jej dłoni błyszczy mały, złoty przedmiot: kompas. Kąg jaśniejszego złota pojawia się na horyzoncie: to wschód słońca.
Otwiera kompas i spogląda na strzałkę.
Łzy na jej policzkach rozwiewa wiatr.
Jej sukienka dotyka trawy kiedy pochyla się by odłożyć kompas na ziemi. Kiedy znów się podnosi jej ręce są już puste.
Xander stoi tuż za nią. Wyciąga do niej swoje ręce.
– Jego tu nie ma – mówi jej – A ja jestem. Jego głos jest smutny ale pełny nadziei.
Nie! chciałbym zaprzeczyć ale Xander mówi prawdę. Nie ma mnie tam, nie tak naprawdę. Jestem jedynie cieniem spoglądającym znad chmur. Oni są prawdziwi. Ja już nie.

- Ky? – Eli woła moje imię potrząsając mnie za ramiona – Ky, obudź się. Co się dzieje?
Vick świeci latarką rażąc mnie w oczy – Miałeś zły sen – mówi – O czym?
Kręcę przecząco głową – O niczym – odpowiadam, spoglądając na kamień w mojej dłoni.
Strzałka tego kompasu pozostaje w tym samym miejscu. Nie rusza się. Pozostaje niezmienna. Tak jak moje uczucie do Cassi. Zamknięte w jednej idei, jednym marzeniu. Jedyna niezmienna rzecz, kiedy dookoła mnie wszystko zamienia się w pył.

tłumaczenie… choć nie takie, jak powinno być…

Moi drodzy,
Wiem, że jest Was kilka (może nawet kilkanaście) osób, które czekają na dalszą część tłumaczenia…
Ono się pisze, na prawdę! :) tyle, że tak wiele dzieje się w moim życiu, że najzwyczajniej w świecie nie mam czasu na Crossed… Rozdział 15 jest już w ponad połowie gotowy… nie chciałabym się jednak rozdrabniać i wrzucać rozdziały w kawałkach dlatego proszę o cierpliwość… obiecałam sobie, że do końca miesiąca skończę go i wrzucę :)

Rozdział XIV

Czekam na świt owinięta w kurtkę. Tu na dole mogę chodzić i spać ukryta głęboko tak, że Społeczeństwo mnie nie widzi. Zaczynam wierzyć, że oni naprawdę nie wiedzą gdzie jestem. Uciekłam. To dziwne uczucie.
Przez całe swoje życie byłam obserwowana. Społeczeństwo widziało jak chodzę do szkoły, jak uczę się pływać, jak wchodziłam na swój Bankiet Doboru. Widzieli moją sukienkę. Kiedy moje dane wydały im się interesujące, tak jak zrobiła to moja pani Oficer, zaczęli nagrywać moje reakcje.
I choć to zupełnie inny rodzaj obserwacji – moja rodzina również mnie obserwowała.
Pod koniec życia Dziadek często siadał w oknie i patrzył na zachodzące słońce. Zastanawiałam się wtedy czy nie śpi przez całą noc, żeby zobaczyć jak słońce wstaje następnego dnia. Czy którejś z tych nieprzespanych nocy zdecydował, że odda mi swoje wiersze?
Udaję, że Dziadek nie zniknął tylko unosi się nad tym wszystkim i mają do wyboru każde miejsce na świecie, obserwuje małą dziewczynę skuloną w kanionie. Zastanawia się kiedy się obudzę i ruszę widząc, że świt ogarnia już ziemię.
Czy Dziadek wiedział, że znajdę się w tym miejscu?
- Obudziłaś się już? – pyta Indie.
- Nawet nie zasnęłam – odpowiadam, choć nie jestem pewna, że to prawda. Czy moja wizja Dziadka nie była właśnie snem?
- Możemy ruszyć za kilka minut – mówi Indie. W ciągu kilku sekund od jej słów, światło się zmienia. Wyraźniej widzę jej twarz.
Indie wybrała dobre miejsce, muszę jej to przyznać. Ściany skalne nie są tak wysokie i urwiste jak w innych miejscach, a odłamane kawałki skał tworzą niemalże schody.
Mimo to, ściany skalne kanionu są zniechęcające, a ja nie mam dużej praktyki we wspinaniu – tylko tyle ile nauczyłam się wczoraj zanim poszłyśmy spać.
Indie wyciąga rękę w apodyktycznym geście – Podaj mu swój plecak.
- Co?
- Nie jesteś przyzwyczajona do wspinania – mówi Indie spokojnie – Włożę Twoje rzeczy do mojego, a Ty będziesz niosła pusty plecak. Tak będzie łatwiej. Nie chcę żeby ciężar przechylił Cię, żebyś spadła.
- Jesteś pewna? – czuję, że jeśli Indie będzie niosła wszystkie nasze rzeczy będzie miała zbyt wiele. Nie chcę oddawać tabletek.
Indie spogląda niecierpliwie – Wiem co robię. Tak jak Ty wiedziałaś o tych roślinach – marszczy brwi – Daj spokój. Zaufałaś mi w samolocie.
Ma rację, a to przypomniało mi o czymś – Indie? – pytam – Co takiego Ty miałaś? Co takiego chowałam za Ciebie w samolocie?
- Nic.
- Nic? – powtarzam za nią zaskoczona.
- Nie sądziłam, że mi zaufasz dopóki nie będziesz pewna, że i ja miałam coś do stracenia – mówi krzywiąc się.
- Ale w wiosce, wydawało mi się, że coś ode mnie odbierasz – mówię.
- Wiem – odpowiada bez cienia przeprosin w jej głosie. Kręcę głową i wbrew sobie zaczynam się śmiać i zsuwam plecak podając go Indie.
Ona otwiera go i wyciąga całą zawartość – latarkę, liście rośliny, pustą menażkę, niebieskie tabletki – i wkłada wszystko to swojego plecaka.
Nagle czuję się winna. Przecież równie dobrze to ja mogłam zabrać wszystkie tabletki, a ona zaufała mi – Powinnaś zatrzymać dla siebie część tabletek – mówię – Dla siebie.
Wyraz twarzy Indie zmienia się. – Oh – mówi tylko ostrożnym głosem – W porządku.
Oddaje mi pusty plecak a ja zakładam go na ramiona. Wspinamy się w kurtkach, przez co jesteśmy cięższe, ale Indie uważa, że lepiej iść tak, niż nieść kurtki w rękach. Zarzuca sobie plecak na plecy – Gotowa? – pyta.
- Tak mi się wydaje – odpowiadam spoglądając na skały.
- Idź za mną – mówi – Będę Cię instruowała. Układa dłonie na skale i podciąga się. W przypływie energii by za nią nadążyć łapię za skałę i odrywam jej mały kawałek. Kamienie się osuwają a ja staram się utrzymać równowagę.
- Nie patrz w dół – mówi Indie.

Wspinanie się zajmuje dużo więcej czasu niż spadanie.
Zaskakujące dla mnie jest to ile czasu trwa trzymanie się i czekanie, decydowanie gdzie zrobić kolejny krok. Moje palce trzymają się skał najmocniej jak potrafią. Skupiam się na tym co robię, w jakiś sposób, choć nie myślę o Ky’u, jestem całkowicie pochłonięta myślami o nim. A to dlatego, że robię dokładnie to, co robiłby on.
Ściany kanionu są rdzawo czerwone z czarnymi smugami. Nie jestem pewna skąd te czarne smugi, wygląda to tak, jakby fale smoły zalały te skały wiele lat temu.
- Dobrze Ci idzie – chwali mnie Indie, kiedy przybliżam się do niej – Teraz czeka nas najtrudniejsze podejście – mówi, wskazując do góry – Daj mi spróbować, poczekaj na mnie.
Siadam więc na skalnej półce opierając się plecami o skałę. Bolą mnie ramiona od ciągłego trzymania się skał. Chciałabym żeby skały podtrzymywały nas i otulały kiedy się do nich przylepiamy, ale tak nie jest.
- Już chyba wiem jak to przejść – Indie woła mnie miękkim głosem – Kiedy wejdziesz tu…
Słyszę spadające kamienie i dźwięk skóry ocierającej się o skałę. Stoję niepewnie na skalnej półce – Indie!
Wisi koło mnie trzymając się skał rękoma. Jedna z jej nóg jest tuż koło mojej twarzy, podrapana i krwawiąca. Słyszę, że przeklina.
- Wszystko w porządku? – dopytuję.
- Pchaj – mówi szorstkim głosem – Popchnij mnie do góry.
Układam ręce na podeszwie jej buta, zniszczonego przez bieg po równinie, zakurzonego od ziemi w Kanionie.
Przez jeden okropny moment Indie opiera ciężar swojego ciała na moich rękach, jest bardzo ciężka, a wiem, że nie może znaleźć skały, której mogłaby się chwycić. Sekundę później już jej nie czuję. Na moich dłoniach pozostaje jedynie ślad jej buta.
- Jestem na górze – woła do mnie – Przejdź do swojej lewej strony. Pokieruję cię.
- Czy to bezpieczne? Jesteś pewna, że wszystko w porządku?
- To była moja wina. Te skały są bardziej miękkie niż te, po których wspinałam się wcześniej. Stanęłam na tamtym kamieniu ze zbyt dużą siłą i dlatego się oberwał.
Zadrapania na jej nodze zaprzeczają jej słowom, że skały są miękkie, ale wiem, co ma na myśli. Tutaj wszystko jest inne. Zatrute rzeki, zmiękczone skały. Nigdy nie można być pewnym na co się trafi. Co wytrzyma, a co nie.

Druga część podejścia idzie już gładko. Indie miała rację – urwisty fragment był najtrudniejszy do przejścia. Wczepiałam się w skały jedynie opuszkami palców, zmuszając stawy do ciągłego zgięcia a nogi do utrzymania się bez poślizgnięć. Ramiona i łokcie starałam się trzymać tuż przy skałach, traktowałam swoje ubrania tak, jak kazała mi Indie – jak rzep, który ma trzymać moje ciało tuż przy skale.
- Już prawie jesteśmy – powiedziała ponad mną – Daj mi chwilę na wejście. To nie powinno być trudne.
Staram się złapać oddech wciskając się w szczelinę. Skała przytrzymuje mnie, a ja uśmiecham się, zdając sobie sprawę z tego, jak wysoko weszłyśmy.
Ky byłby tym zachwycony. Może i on się wspina.
Jeszcze jeden wysiłek i będę na szczycie.
Nie będę spoglądać w dół ani na boki, będę patrzeć tylko przed siebie. Pusty plecak przesuwa się po moim ramieniu, delikatnie poprawiam go utrzymując równowagę i nie puszczając się skał. Trzymaj się. Poczekaj. Skrzydlate, małe coś przelatuje koło mnie, co bardzo mnie dziwi. Żeby się uspokoić przypominam sobie wiersz, który Ky podarował mi na moje urodziny:
I wstałem
W deszczach jesieni,
By odejść w świat w przelotnej mżawce moich dni.
Teraz tutaj, trzymając się kurczowo skały czuję się jakbym była samotnym stworzeniem, które zostało tu porzucone przez cofającą się falę. Próbuję się wspiąć do miejsca, gdzie mógł być Ky. A nawet jeśli jego tam nie ma, odnajdę go. Będę się wspinać znów i znów, aż nasze drogi się zejdą.
Zatrzymuję się na chwilę by odzyskać równowagę i wtedy, mimo woli zaglądam przez ramię.
Widok tu jest zupełnie inny od tego, który oglądałam razem z Ky’em ze szczytu Wzgórza. Tu nie ma żadnych domów, żadnego Ratusza, żadnych budynków. Widać jedynie piasek, skały i mizerne drzewa. Znów czuję, jakby Ky pomagał mi w tej wspinaczce.
- Już prawie jestem – szepcę do niego i do Indie.
Podciągam się na brzeg i z uśmiechem podnoszę na nogi. Wtedy spoglądam przed siebie.
Nie jesteśmy tutaj same.

Teraz już wiem dlaczego to miejsce nazywają pogorzeliskiem. Wszędzie widać tylko popiół. Wiatr przemierzający Kanion rozdmuchuje ten pył, który dostaje się do oczu, wywołując łzy.
To pozostałości po jakimś pożarze, staram się sobie przetłumaczyć. Wszędzie widać spopielone pnie drzew, a do nieba unosi się jeszcze dym.
Wystarczy jedno spojrzenie na twarz Indie i wiem, że ona zna prawdę, która trafia i do mojej świadomości. Poczerniałe kształty rozsiane po całym terenie to nie pnie drzew. To całkowicie realne tuziny spalonych ciał na szczycie kanionu.
Indie pochyla się i podnosi coś z ziemi. Nadpalony kawałek liny, w większości nieuszkodzony.
- Chodźmy – mówi, a popiół z liny brudzi jej ręce. Odruchowo podnosi rękę by poprawić kosmyk swoich rudych włosów opadający jej na czoło i przypadkowo brudzi sobie twarz popiołem.
Spoglądam na ciała. Dostrzegam na ich ciałach jakieś znaki, niebieskie, powykręcane linie. Ciekawe co mogły oznaczać?

Po co tu weszliście? Jak zrobiliście tą linę? Czego jeszcze nauczyliście się tu, kiedy my wszyscy o was zapomnieliśmy? Lub nawet nie wiedzieliśmy o waszym istnieniu?

- Jak długo oni nie żyją? – pytam.
- Wystarczająco długo – odpowiada Indie – Tydzień albo i więcej. Nie jestem pewna – w jej głosie słychać szorstkość – Ktokolwiek to zrobił, może wrócić. Musimy stąd iść.
Kątem oka dostrzegam ruch i odwracam się w jego stronę. Wysokie czerwone flagi powiewają mocno trzepocząc na wietrze. Mimo, że są one wbite w ziemię a nie przywiązane do drzew przypominają mi o czerwonych wstążkach, które razem z Ky’em zostawialiśmy na Wzgórzu.
Kto zaznaczył tą ziemię? Kto zabił tych wszystkich ludzi? Społeczeństwo? Wróg?
Gdzie są Powstańcy?
- Cassia, musimy iść. Już – Indie odzywa się do mnie
- Nie – odpowiadam – Nie możemy ich tutaj zostawić.
Czy to oni byli Powstańcami?
- W ten sposób umierają Anomalie – Indie tłumaczy stanowczym głosem – My we dwie nie jesteśmy w stanie tego zmienić. Musimy poszukać innych.
- A może to są ludzie, których próbowałyśmy odnaleźć? – pytam. Proszę, niech Powstańcy nie znikną zanim nie spróbujemy ich odnaleźć.
Oh, Ky, myślę. Nigdy bym nie podejrzewała, że to właśnie taką śmierć musiałeś oglądać.
Przebiegam z Indie przez szczyt zostawiając ciała za sobą. Ky wciąż żyję, powtarzam sobie. Musi żyć.
Na niebie jest tylko słońce. Nic nie lata. Tutaj nie ma nawet aniołów.

Odrobina tłumaczenia

Wiem, że minęło wiele czasu od ostatniego wpisu. Przepraszam wszystkich, nie wyrabiam czasowo z natłokiem obowiązków. Tłumaczę dalej, powoli choć do przodu. Niedługo pojawi się kolejny rozdział i mam nadzieję, że szybko wrócę do regularnych wpisów.

Rozdział XIII (cz. 2)

Ciągnie nas by przyjrzeć się domom. Wydaje się, że minęło bardzo dużo czasu odkąd widzieliśmy miejsce zbudowane przez prawdziwych ludzi z intencją do pozostania. Budynki są już nieco zniszczone, zbudowane z kamienia i szarego drewna. Eli wchodzi po schodach do jednego z nich. Vick i ja podążamy za nim.
- Ky – Eli woła, kiedy tylko przekracza prób domu – Zobacz to.
To, co widzimy w środku sprawia, że zaczynam jeszcze raz myśleć o opuszczeniu tej osady przez jej mieszkańców. Najwidoczniej był w tej wyprowadzce element paniki. W innym wypadku, nie zostawiliby swoich domów w takim stanie.
Po ścianach można poznać, że ich wyprowadzce towarzyszył pośpiech. Jakby mieli za mało czasu. Wciąż na ścianach namalowane są obrazy, a gdyby farmerzy mieli więcej czasu, na pewno wyczyściliby ściany do czysta. Te malowidła są zbyt osobiste i mówią zbyt wiele.
W tym domu na ścianie namalowana jest łódź zacumowana na pierzastych chmurach w niebie. W rogu istnieje podpis artysty, który to stworzył. To jest właśnie to miejsce, którego tak długo szukałem, a mimo to dalej ciężko mi uwierzyć, że tu jestem.
To w tej osadzie uczył się mój ojciec.
O pisaniu.
O malowaniu.
- Zatrzymajmy się tu – odzywa się Eli – Mają tu łóżka. Możemy zostać tu na zawsze.
- Nie zapomniałeś o czymś ważnym? – pyta go Vick – Ludzie, którzy tu mieszkali nie odeszli stąd bez powodu.
Przytakuję – Musimy poszukać mapy i czegoś do jedzenia. Potem ruszamy dalej. Sprawdźmy jaskinie.
Przeszukujemy wszystkie jaskinie wzdłuż kanionu. W niektórych odnajdujemy rysunki skalne, podobne do tych w domach, ale nie ma tam ani skrawka papieru.
To oni nauczyli go pisać. Jestem tego pewien. Gdzie zatem ukrywają swoje słowa? Nie byliby w stanie zabrać wszystkiego. Słońce już prawie zaszło i kolory na obrazach zlewają się w szarość w gasnącym świetle. Spoglądam na ściany jaskini, którą przeszukujemy.
- Ten jest jakiś dziwny – mówi Eli przyglądając się jednemu z malowideł – Jakby brakowało mu elementów. Świeci latarką wprost na skalną ścianę, które zostały zniszczone przez wodę i jedynie na górze widać pozostałości po obrazie – widać jedynie kawałek kobiecej twarzy, jej oczy i czoło.
- Jest podobna do mojej matki – mówi miękko Eli.
Zaskoczony spoglądam na niego. To samo właśnie przeszło mi przez myśl, kiedy spojrzałem na rysunek, choć mojej matki przecież nigdy tu nie było. Zastanawiam się czy to słowo, matka, jest tak samo ważne dla niego jak jest dla mnie. Być może ważniejsze bardziej niż ojciec. Dlatego, że wobec matki nie czuję żadnego gniewu. Jedynie poczucie straty, a tego uczucia nie jest się wcale łatwo pozbyć.
- Wiem, gdzie mogli ukryć mapy- odzywa się nagle Eli. Dostrzegam błysk w jego oku, którego do tej pory nie widziałem i zastanawiam się czy lubię go tak bardzo ponieważ przypomina mi Brama, czy bardziej dlatego, że przypomina mi mnie. Byłem mniej więcej w jego wieku kiedy ukradłem czerwone tabletki rodzicom Xandera.
Zaraz po przyjeździe do Orii, dziwnie było mi oglądać ludzi masowo wychodzących ze swoich domów do pracy. Mój niepokój wzbudzał sposób ich chodzenia, monotonia codziennych wędrówek do napowietrznej kolejki. Udawałem więc, że ulice są wyschniętym korytem rzeki, którą znałem z domu, a ludzie byli wodą po deszczu, która zamieniała suchą ziemię w strumień. Wmawiałem sobie, że ludzie w szarych i niebieskich ubraniach roboczych są niczym więcej jak tylko kolejnym elementem otaczającej mnie przyrody.
To nie przyniosło mi niczego dobrego. Zgubiłem się pewnego dnia i Xander zobaczył, że używam kompasu by znaleźć drogę powrotną do domu. Zagroził wtedy, że doniesie na Patricka, za to, że pozwolił mi zatrzymać kompas, chyba że ukradnę dla niego kilka czerwonych tabletek.
Xander musiał już wtedy wiedzieć, że jestem Aberracją. Nie wiem, w jaki sposób domyślił się tego tak szybko, nigdy nie rozmawialiśmy na ten temat. W sumie to wcale nie ma znaczenia. To była dla mnie ważna lekcja. Nie można udawać, że jakieś miejsce jest podobne do innego, nie można też szukać podobieństw. Należy szukać tego, co jest istotą danego miejsca.
- Gdzie, Eli? – pytam.
Eli milczy przez chwilę, cały czas uśmiechając się, znam dokładnie ten rodzaj uśmiechu – chwila przed wyjawieniem czegoś, czego nikt nie wie.
Trzymam otwartą dłoń tuż przed Xanderem pokazując mu dwie czerwone tabletki, które ukradłem. Nie sądził, że jestem w stanie to zrobić. Chciałem, żeby się ze mną liczył, nawet jeśli byłem Aberracją. Ten jeden raz chciałem, żeby ktoś wiedział, że nie zawsze wszystko było mi obojętne, tak jak jest teraz. W tej jednej chwili czułem się silny. Czułem się jak musiał czuć się mój ojciec.
- Tam, gdzie woda nie może dosięgnąć – odpowiada Eli, wciąż wpatrując się w rysunek kobiety, który został zniszczony – Jaskinie z cennymi rzeczami muszą znajdować się wyżej.
- Powinienem był się tego domyślić – mówię kiedy szybkim krokiem wychodzimy z jaskini by dokładnie przyjrzeć się klifom. Mój ojciec opowiadał mi o powodziach. Czasami farmerzy mogli je przewidzieć obserwując nurt rzeki. Innym razem powódź przychodziła niespodziewanie. Musieli zbudować swoje siedliska nisko, bo tam było zdecydowanie więcej miejsca, lecz kiedy przychodziły powodzie przenosili się do jaskiń znajdujących się wyżej.
Linia oddzielająca tych, którzy przeżywają i tych którzy tracą życie jest w Kanionie bardzo cienka, mówił mój ojciec. Codziennie masz nadzieje, że stoisz po odpowiedniej jej stronie.
Teraz, gdy wiemy czego szukać, ślady starych powodzi są wszędzie – ślady poziomu wody na skałach, martwe drzewa, które ucierpiały pod naporem siły wody. Siła z jaką wszystko tu było niszczone mogłaby rzucić na kolana nawet Społeczeństwo.
- A ja zawsze myślałem, że najbezpieczniej jest zakopywać rzeczy – odzywa się Vick.
- Nie zawsze – odpowiadam, przypominając sobie Wzgórze – Czasami bezpieczniej jest zabrać coś najwyżej jak tylko jest się w stanie.

Prawie godzinę zajmuje nam odnalezienie tego, czego szukamy. Z dołu prawie wcale nie można tego dostrzec – farmerzy wcieli się w klif, tak by zlewało się to dokładnie ze ścianami kanionów. Idziemy ścieżką coraz wyżej i wyżej, aż okrążamy klif i znajdujemy zaułek niewidoczny z dołu. Jestem niemal pewien, że z góry też tego go nie widać. Jedynie, jeśli jesteś na tyle odważny by wejść aż tu i przyjrzeć się dokładnie można to dostrzec.
Kiedy jesteśmy na miejscu dostrzegamy jaskinie.
Stanowią idealne miejsce do przechowywania przedmiotów – są wysokie i schowane. Do tego są też suche. Vick pewnym krokiem chodzi do środka jako pierwszy.
- Jest tam jakieś jedzenie? – pyta Eli, a jego brzuch zaczyna burczeć. Uśmiecham się z ulgą. Porcjowaliśmy nasze jedzenie bardzo dokładanie i dotarliśmy do tego siedliska w samą porę.
- Nie ma – odpowiada Vick – Ky, chodź tu i spójrz na to.
Schylam się nieco by wejść do środka, a po wejściu dostrzegam jedynie kilka skrzyń i futerałów. Tuż przy wyjściu zauważam ślady i odciski stóp kogoś, kto niedawno wyciągnął stąd coś i przeniósł gdzieś indziej.
Już kiedyś widziałem podobne skrzynie. – Uważaj – mówię Vickowi i podważam jedną z nich, ostrożnie zaglądając do środka. Przewody. Materiały wybuchowe, konsolety. Cały ten sprzęt wygląda jak ten, którym posługuje się Społeczeństwo.
Czy to możliwe, że farmerzy byli w komitywie ze Społeczeństwem? To raczej mało prawdopodobne. Bardziej realne jest to, że farmerzy ukradli te rzeczy lub wymienili się z kimś za nie na czarnym rynku. Zbieranie takiego arsenału musiało zabrać całe lata.
Co stało się z resztą skrzyń, które na pewno się tu znajdowały?
Eli chce bliżej przyjrzeć się zawartości skrzyni, lecz powstrzymuję go przed wyciąganiem czegokolwiek. – To wygląda jak przewody z naszych kurtek – mówi. – Może weźmiemy ich trochę ze sobą?
- Nie – odpowiadam od razu – Poszukajmy czegoś do jedzenia. I nie zapominajcie o mapach. – Eli wycofuje się z jaskini.
Vick wacha się przez moment. To wszystko mogłoby się nam przydać – mówi, wskazując na skrzynie – Mógłbyś coś z nimi zrobić, prawda?
- Mógłbym spróbować – przyznaję – Ale wolałbym tego nie ruszać. Potrzebujemy miejsca w naszych plecakach na jedzenie i mapy, jeśli je znajdziemy. Nie chcę mówić tego na głos, ale te przewody mogą spowodować jakieś problemy. Myślę, że fascynacja mojego ojca na temat tego miejsca mogła przyczynić się do jego śmierci. Wydawało mu się, że może być jak Syzyf i pokonać Społeczeństwo ich własną bronią.
Oczywiście ja próbowałem dokonać tego samego, kiedy z innymi skazańcami używaliśmy ich broni. Niestety, nikomu nie przyszło z tego nic dobrego. – Niebezpiecznie byłoby próbować wymiany takich przedmiotów. Nie jestem pewien czy Archiwiści chcieliby mieć z tym cokolwiek do czynienia.
Vick kręci głową, ale nie spiera się ze mną. Idzie w głąb jaskini i wyciąga jeden z dużych okrągłych futerałów z miękkiego plastiku. – Wiesz co to może być? – pyta.
- Jakiś rodzaj schronienia – odpowiadam przyglądając się z bliska. Dostrzegam w środku jakieś liny i cienkie rurki.
- Łodzie – mówi Vick – Widziałem kiedyś podobne w bazie wojskowej, w której mieszkałem.
To pierwsza rzecz, dotycząca jego przeszłości, którą mi powiedział. Czekam, czy powie coś więcej.
W tym momencie Eli zaczyna nas głośno przywoływać, pełen podniecenia – Jeśli chcecie jedzenia, właśnie go znalazłem! – wykrzykuje.
Znajdujemy go jedzącego jabłko w następnej jaskini. – To musiało być zbyt ciężkie, żeby to zabrać ze sobą – mówi – Bardzo dużo tu jabłek i zbóż. Pełno tu też różnych nasion.
- Może trzymali to tutaj na wypadek powrotu? –mówi Vick – pomyśleli o wszystkim.
Kiwam głową, zgadzając się. Stojąc tutaj i widząc to wszystko jestem pełen podziwu dla ludzi, którzy tu żyli. Czuję się też zawiedziony. Bardzo chciałbym ich poznać.
Vick czuje podobnie – Wszyscy myśleliśmy o wydostaniu się – mówi – Im się to naprawdę udało.
Każdy z nas pakuje do pełna plecak jedzeniem ze spiżarni farmerów. Bierzemy jabłka i jakiegoś rodzaju płaski chleb, który nie zepsuje się szybko. Znajdujemy też kilka zapałek, które farmerzy musieli zrobić sami. Może później znajdziemy miejsce gdzie bezpiecznie będzie rozpalić ognisko. Kiedy już nasze plecaki były pełne, znaleźliśmy kilka innych w jaskini i je też zapakowaliśmy.
- Teraz poszukajmy map i czegoś do wymiany – mówię. Biorę głęboki wdech i czuję wszystkie zapachy tej jaskini – piaskowiec, błoto, wodę i jabłka.
- Mogę się założyć, że coś tu znajdziemy – z głębi jaskini dobiega mnie głos Eli’ego – Tu jest następne pomieszczenie
Ruszamy z Vickiem za Elim i przechodzimy do pomieszczenia, które kiedy oświetlamy je latarkami okazuje się bardzo czyste i uporządkowanie, pełne pudełek. Podchodzę do jednego z nich i zdejmuję pokrywę. Jest wypełnione książkami i papierami.
Staram się nie myśleć, że to jest miejsce, w którym uczył się mój ojciec, że mógł siedzieć na tej ławce, która stoi przede mną.
- Zostawili tak wiele – Eli szepcze.
- Nie byliby w stanie unieść tego wszystkiego – mówię – Prawdopodobnie zabrali ze sobą to, co najcenniejsze.
- A może mieli ze sobą czytniki – sugeruje Vick – Mogli wprowadzić informacje z książek do nich.
- Być może – odpowiadam. Mimo to zastanawiam się, jakie musiało być trudne zostawienie oryginałów za sobą. Informacje tutaj zebrane są bezcenne, zwłaszcza w oryginalnej formie. Poza tym, przodkowie przynieśli je tu w takim właśnie stanie. Musiało być im ciężko, zostawiać to wszystko.
Na środku pomieszczenia stoi niski drewniany stół. Wykonany jest z małych kawałków drewna, które musiały być tu dostarczane osobno i dopiero na miejscu składane w całość. Całe to pomieszczenie, podobnie jak siedlisko, sprawia wrażenie dokładnie przemyślanego. Każdy przedmiot tutaj ma swoje konkretne przeznaczenie. Społeczeństwo nie podało gotowego rozwiązania. Oni musieli wymyśleć to wszystko sami. Wynaleźć to. Zrobić samemu.
Świecę latarką na blat stołu i dostrzegam tam drewnianą misę pełną węglowych ołówków. Sięgam i wyciągam jeden z nich. Zostawia ciemny ślad na moich palcach. Ten ołówek przypomina mi narzędzia pisarskie, które zrobiłem w Mieście. Zbierałem wtedy kawałki drewna podczas wypraw na Wzgórze czy kiedy któryś z klonów tracił gałąź. Wiązałem je ze sobą i ostrzyłem ich końce tak, by można nimi było pisać i rysować. Kiedy potrzebowałem czerwonego koloru, ukradłem kilka płatków z jednej z krwistoczerwonych petunii i użyłem ich do kolorowania rąk Oficera, swoich rąk i słońca.
- Spójrz – Vick mówi stoją za mną. Znalazł pudełko z mapami. Wyciąga kilka z nich. Ciepłe światło latarek sprawia, że papier wygląda na dużo starszy niż w rzeczywistości jest. Przeglądamy je dopóki nie znajdujemy tej, która przedstawia Kanion.
- To ta – mówię rozkładając ja na stole. Wszyscy trzej stajemy bliżej – Tu jesteśmy – wskazuję punkt na mapie, choć mój wzrok ucieka na kanion, który jest tuż obok nas na mapie. Czarnych tuszem zostało tam zaznaczone „iksem” kilka miejsc, które tworzą jakby rządek szwów. Zastanawiam się, co to może oznaczać. Chciałbym przerysować mapę po swojemu. Byłoby dużo łatwiej, gdybym mógł ułożyć świat tak jak powinien wyglądać, zamiast próbować wyjaśnić jaki jest naprawdę.
- Chciałbym umieć pisać – mówi Eli, a mnie jest przykro, że nie mam czasu by go tego nauczyć. Może kiedyś to się uda. Teraz musimy ruszać dalej.
- Jakie to piękne – mówi dalej Eli, delikatnie dotykając mapy – To wygląda zupełnie inaczej niż nasze rysunki na portach.
- Wiem – mówię. Ktokolwiek wykonał tą mapę, niewątpliwie był artystą. Kolory i skala całej mapy jest dopracowana perfekcyjnie.
- Wiesz jak się maluje? – Eli pyta.
- Trochę – odpowiadam.
- Skąd?
- Moja mama była samoukiem, potem uczyła mnie – odpowiadam – Mój ojciec kiedyś tu przychodził i wymieniał się z farmerami. Kiedyś przyniósł dla mamy pędzel. Prawdziwy. Niestety, nie było go stać na farbę. Zawsze chciał przynieść jej choć trochę, lecz nigdy mu się to nie udało.
- W takim razie nie mogła malować – mówi Eli, rozczarowany.
- Mogła – odpowiadam – Używała wody i malowała na skałach. Przypominam sobie rysunki wyryte w skalnej szczelinie niedaleko naszego domu. Zastanawiam się czy właśnie od nich wziął się pomysł malowania na skałach. Używała do tego tylko wody, a jej ruchy były bardzo delikatne. – Jej obrazy znikały po kilku minutach – mówię do Eliego.
- Więc skąd wiedziałeś jak wyglądały? – dopytuje Eli.
- Widziałem je zanim zdążały wyschnąć – odpowiadam – Były piękne.
Eli i Vick milkną, a ja czuję, że niedowierzają mojej opowieści. Pewnie myślą, że zmyślam to wszystko i pamiętam obrazy, które chciałbym widzieć. Wszystko to, co mówię jest prawdą. To wyglądało niemalże tak, jakby jej obrazy żyły – sposób w jaki najpierw błyszczały a potem znikały w słońcu. Jej rysunki były piękne przez to jak wyglądały, jak i przez to, że nigdy nie przetrwały.
- W każdym razie – mówię – Tu znajduje się wyjście – pokazuję im jak kanion ciągnie się do rozwidlenia z drugiej strony niż kierunek, z którego przyszliśmy. Sądząc po mapie, jest tam więcej upraw i inna, większa rzeka niż ta tutaj. Pośród gór po drugiej stronie kanionu, na równinie jest pewne oznaczenie – mały, czarny domek, który według mnie może oznaczać kolejną osadę lub schronienie, w taki sam sposób farmerzy oznaczali swoje siedliska na mapie. Kierując się od tego miejsca dalej na północ, znajduje się miejsce oznaczone jako „SPOŁECZEŃSTWO”. Jedna z Zewnętrznych Prowincji.
- Myślę, że dotarcie do tej równiny powinno nam zająć dwa lub trzy dni. Dojście do tych gór zajmie nam kolejnych kilka dni.
- Na tej równinie jest jakaś rzeka – zauważa Vick, ze skupieniem wpatrując się w mapę – Szkoda, że nie możemy użyć jednej z łodzi, żeby nią popłynąć.
- Moglibyśmy spróbować – mówię – ale wydaje mi się, że góry są lepszą opcją. Tam jest jakieś siedlisko. Nie wiemy, gdzie poprowadziłby nas prąd rzeki – góry znajdują się na brzegu mapy, rzeka płynie tam i znika na dole papieru.
- Masz rację – przyznaje Vick – Choć moglibyśmy się tam zatrzymać i złowić ryby. Wędzone ryby długo nadają się do jedzenia.
Przesuwam mapę ku Eli’emu – A co Ty o tym sądzisz? – pytam.
- Idźmy tu – odpowiada, kładąc palec wskazujący na czarnym domku w górach – Mam nadzieję, że tam są farmerzy. Chciałbym ich poznać.
- Co jeszcze powinniśmy stąd zabrać? – Vick pyta, przeglądając książki.
- Możemy poszukać czegoś rano – odpowiadam. Z jakiegoś powodu dokładnie posegregowane i porzucone książki sprawiają, że jestem smutny. Zmęczony. Chciałbym, żeby Cassia była tu ze mną. Przekartkowałaby każdą książkę, przeczytałaby każde zapisane słowo. Wyobrażam sobie, jak siedzi w przytłumionym świetle jaskini, z uśmiechem na ustach i błyszczącymi oczami. Zamykam oczy. Mgliste wspomnienia są jedynym co mam do naszego następnego spotkania. Mam mapę, lecz odległość, jaka nas dzieli dalej wydaje się niemalże nie do przezwyciężenia.
- Powinniśmy położyć się spać – mówię, odsuwając od siebie wszelkie wątpliwości. Nie przynoszą niczego dobrego. – Musimy wstać o wschodzie słońca. – Zwracam się do Eli’ego – Chcesz zejść na dół i spać w jednym z domów? Są tam łóżka.
- Nie – odpowiada Eli układając się na podłodze – Zostańmy tutaj.
Rozumiem taką decyzję. Późną nocą puste miasto wydaje się wystawione na łaskę rzeki, na łaskę samotności, którą pozostawili po sobie farmerzy, kiedy odeszli. Tutaj, w jaskini, gdzie skrywali najcenniejsze rzeczy wydaje się, że i my możemy czuć się bezpiecznie.
We śnie, nietoperze latają przy suficie jaskini przez całą noc. Niektóre z nich są grube i wiem, że najadły się krwi innych żywych istot. Inne latają wyżej i wiem, że są lekkie z powodu głodu. Natomiast wszystkie bez wyjątku hałasują trzepoczącymi skrzydłami.
Tuż przed świtem, budzę się. Vick i Eli dalej śpią, a ja zastanawiam się, co przerwało mój sen. Czy to były jakieś odgłosy z siedliska?
Wychodzę na zewnątrz i rozglądam się uważnie.
W jednym z domów poniżej dostrzegam błysk światła.

Rozdział XIII KY (część I)

Skalne ściany kanionu są czarne i pomarańczowe. Wyglądają jakby płomienie zostały zamknięte w skale.
- Jak tu głęboko – mówi Eli, w zamyśleniu spoglądając ku górze. W miejscu, gdzie stoimy ściany są wyższe niż jakikolwiek budynek, który kiedykolwiek widziałem, wyższe niż Wzgórze.
- Czuję się jakby jakiś olbrzym zrobił nacięcia w ziemi i wrzucił nas do środka.
- Mam podobnie – odpowiadam. Wewnątrz Kanionu znajdują się rzeki, jaskinie i rośliny, który nie można dostrzec z góry. Na myśl przychodzi mi przyglądanie się z bliska swojemu ciału, patrzenie na krew płynącą w żyłach i słuchanie bicia własnego serca.
- W Stolicy nie ma niczego podobnego – mówi Eli.
- Jesteś ze Stolicy? – Vick i ja pytamy jednocześnie.
- Tam dorastałem – odpowiada Eli – Nigdy nie mieszkałem w innym miejscu.
- Musisz się dziwnie czuć w miejscu takim jak to – mówię przypominając sobie, że kiedy byłem w wieku Eli’ego przeprowadziłem się do Orii i czułem wtedy dziwny rodzaj samotności – byłem samotny bo przytłoczony zbyt dużą liczbą osób dookoła.
- W jaki sposób Anomalie się tu dostały? – pyta Eli, próbując zmienić temat.
- Pierwsi Anomalie wybrali bycie Anomaliami, to było kiedy Społeczeństwo się formowało – mówię mu. Pamiętam coś jeszcze. – Ci, którzy mieszkali w Kanionie nie nazywali siebie Anomaliami, woleli być znani jak farmerzy.
- W jakim sensie mogli wybierać? – pyta Eli wyraźnie zaciekawiony.
- Zanim Społeczeństwo przejęło kontrolę nad wszystkimi, byli ludzie, którzy przewidywali co się wydarzy i nie chcieli być tego częścią. Zaczęli gromadzić różne rzeczy wewnątrz Kanionu – wskazuję na łuki i wygięcia w piaskowych skałach. – Wszędzie dookoła są ukryte jaskinie. Farmerzy mieli wystarczająco dużo jedzenia by przetrwać do czasu, aż przyniesione przez nich i posadzone nasiona przyniosą plony. Nazywali swoje osady siedliskami, nie chcieli używać nazw wykorzystywanych przez Społeczeństwo.
- Czy Społeczeństwo nie odnalazło ich?
- Ostatecznie tak. Farmerzy mieli tą przewagę, że przyszli tu pierwsi. Mogli pozbyć się każdego, kto za nimi podążał. Społeczeństwo było przekonane, że prędzej czy później farmerzy zginą w tych warunkach. Nie jest to najłatwiejsze miejsce do życia.
Kawałek mojej porozcinanej kurtki znów się odpruł więc zatrzymałem się koło sosny, żeby zebrać więcej żywicy.
- W pewnym sensie przyczynili się też Społeczeństwu. Wielu ludzi z Zewnętrznych Prowincji było zbyt przestraszonych by próbować uciec do Kaniony ponieważ Społeczeństwo rozsiewało plotki, że farmerzy to niebezpieczne dzikusy.
- Myślisz, że naprawdę będą próbowali nas zabić? – zaniepokojonym głosem pyta Eli.
- Byli bezlitości dla każdego ze Społeczeństwa – odpowiadam szczerze – ale my już nie należymy do Społeczeństwa. Jesteśmy Aberracjami. Nie zabijają Aberracji czy innych Anomalii bez powodu.
- Skąd będą wiedzieli kim jesteśmy?
- Spójrz na nas – mówię – Nie wyglądamy jak Obywatele czy Funkcjonariusze. Nasza trójka jest młoda, brudna i rozczochrana, wyraźnie widać, że uciekamy.
- Dlaczego twój ojciec nie sprowadził tutaj twojej rodziny żeby się osiedlić? – odzywa się Vick.
- W pewnych kwestiach Społeczeństwo miało rację przestrzegając przed ucieczką tutaj – odpowiadam – Tutaj możesz umrzeć jako wolny człowiek, ale na pewno umrzesz szybciej. Farmerzy nie mają leków czy technologii takiej jaką posiada Społeczeństwo. Moja matka nie chciała tego dla mnie, a mój ojciec uszanował jej decyzję.
Vick kiwa głową ze zrozumieniem.
- Czyli szukamy tych ludzi i będziemy prosić ich o pomoc, tak? Bo pomogli twojemu ojcu.
- Tak – odpowiadam – I mam nadzieję, że uda mi się z nimi wymienić pewne przedmioty. Mają mapy i stare książki. Przynajmniej kiedyś mieli.
- A co Ty masz na wymianę? – Vick pyta nieco lekceważąco.
- To samo co Ty i Eli – odpowiadam spokojnie – Informacje na temat Społeczeństwa. Żyliśmy w nim przez wiele lat. Już od dawna w Zewnętrznych Prowincjach nie ma prawdziwych osad, a to oznacza, że ludzie z kanionu nie mieli możliwości wymiany niczego ani rozmowy z nikim nowym przez długi czas.
- Więc, jeśli faktycznie będą chcieli jakiejś wymiany – zaczyna Eli, raczej nieprzekonany – to co my później zrobimy z tymi papierami i starymi książkami, które dostaniemy?
- Możesz z nimi zrobić cokolwiek zechcesz – odpowiadam – Nawet nie musisz się z nimi wymieniać na książki. Możesz wziąć coś innego. Twoja wola. Ja wiem, że chcę mapę i spróbuję dotrzeć do jednej z Granicznych Prowincji.
- Czekaj – przerywa mi Eli – Chcesz wrócić do Społeczeństwa? Dlaczego?
- Nie wróciłbym tam – Poszedłbym inną drogą niż ta, którą dotarliśmy tutaj. Poszedłbym jedynie tak daleko, żeby móc wysłać jej wiadomość. Ona musi wiedzieć, gdzie jestem.
- Jak chcesz to zrobić? – pyta Eli – Nawet jeśli uda Ci się dotrzeć do Granicznych Prowincji, Społeczeństwo monitoruje porty. Zobaczą, że coś jej wysłałeś.
- Właśnie dlatego potrzebuję papieru od farmerów – wyjaśniam – Chcę wymienić się nim z Archiwistami. Oni znają sposoby na wysyłanie wiadomości bez użycia portów, ale to bardzo kosztowne.
- Archiwistami? – Eli wygląda na zdezorientowanego
- To ludzie którzy zajmują się wymianą na czarnym rynku – tłumaczę – Istnieli jeszcze przed Społeczeństwem. Nawet mój ojciec z nimi handlował.
- Jeśli taki jest twój plan – zaczyna Vick – Powiedziałeś nam wszystko, o czym powinniśmy wiedzieć.
- Na razie tak – odpowiadam.
- Myślisz, że Ci się uda? – pyta Eli.
- Nie wiem – odpowiadam. Nad naszymi głowami ptak zaczyna śpiewać – to strzyżyk. Jego śpiew jest głośny i dynamiczny. Roznosi się niczym wodospad po ścianach kanionu. Rozpoznaję ten dźwięk, ponieważ mój ojciec kiedyś go dla mnie naśladował. Mówił wtedy, że to jest właśnie głos Kanionu.
Bardzo mu się tutaj podobało.
Kiedy opowiadał mi historie, zamazywały się linie tego, co było prawdziwe, z tym co było tylko opowiadaniem. „We wszystkich jest część prawdy” – odpowiadał, kiedy mama żartowała z niego, że opowiada bajki. „Ale siedliska a kanionie są prawdziwe?” – dopytywałem zawsze, żeby się upewnić. „Tak” – odpowiadał ojciec – „Kiedyś Cię tam zabiorę, zobaczysz”.

Trudno było mi uwierzyć, kiedy za zakrętem ujrzałem to na własne oczy. Oto przed nami, dokładnie tak jak opowiadał ojciec, siedlisko w szerszej części wąwozu.
Poczucie niedowierzania zalewa mnie niczym popołudniowe słońce oświetlające ściany kanionu wokół nas. Osada wygląda niemalże dokładnie tak, jak zapamiętałem ją z opowieści ojca:
Zachodzące słońce sprawiało, że wszystko nabierało złotego blasku: mosty, budynki, ludzie, nawet ja. Nie mogłem uwierzyć, że to miejsce naprawdę istnieje, choć słuchałem o nim od lat. Później, kiedy farmerzy nauczyli mnie pisać, poczucie wyjątkowości tego miejsca nie opuściło mnie. Było niczym słońce ogrzewające moje plecy.
Zimowe słońce zachodząc rzuca pomarańczowo-złoty blask na budynki i most znajdujące się przed nami.
- To tu – mówię.
- Istnieje naprawdę – dodaje Vick.
Eli promienieje.
Budynki, które widzimy gromadzą się wokół zakrętu rzeki przepływającej obok. Domy. Większe budynki. Małe pola wyrzeźbione tam, gdzie kanion jest szerszy.
Jednak czegoś brakuje. Ludzi. Bezruch jest obezwładniający. Vick spogląda na mnie kątem oka. On też to czuje.
- Spóźniliśmy się – mówię po chwili – Już ich tu nie ma.

Musieli odejść niedawno. Gdzieniegdzie widać jeszcze ślady ich stóp na ziemi.
Dostrzegam również znaki świadczące o tym, że przygotowywali się do tego odejścia. Nie było ono nagłe, lecz przygotowywane z dokładnością. Z jabłoni zebrano plony; tylko na niektórych gałęziach złociły się pojedyncze jabłka. Większość sprzętu gospodarskiego została zabrana, rozebrana na części i zabrana, tak myślę. Kilka zardzewiałych elementów zostało.
- Gdzie oni poszli? – pyta Eli.
- Nie wiem – odpowiadam.
Czy ktokolwiek istnieje poza Społeczeństwem?
Mijamy rosnące przy zakręcie rzeki topole włoskie. Jedno z powykręcanych drzew rośnie samotnie na samym brzegu.
- Poczekajcie – mówię do dwójki moich towarzyszy – To nie zajmie mi dużo czasu.
Nie nacinam drzewa głęboko – nie chce go zabić. Wycinam delikatnie jej imię w korze, myśląc, o tym jak trzymałem jej dłoń w swojej, kiedy uczyłem ją pisać. Vick i Eli nie odzywają się ani słowem, kiedy wycinam litery w drzewie. Czekają.
Kiedy kończę stawiam krok w tył i spoglądam na drzewo.
Ma płytkie korzenie. Rośnie w piaszczystej ziemi. Jego kora jest szara i krucha. Już dawno opadły z niego liście, ale jej imię sprawia, że dla mnie to drzewo wygląda pięknie.

Rozdział XII CASSIA

 

Idąc, szukam czegoś, co oznaczałoby, że Ky miejscu, w którym teraz ja jestem. Nie jestem jednak w stanie znaleźć niczego takiego. Nie znalazłyśmy żadnych odcisków stóp, żadnego znaku ludzkiego istnienia. Tutaj nawet drzewa są małe i zdeformowane, jedno z nich ma ogromną czarną bliznę na środku pnia. I ja czuję się nieco przybita. Chociaż chłopak, który przybył z nami do Kanionu mówił, że niedawno padały tu duże deszcze, ja dalej liczę, że znajdę jakiś ślad obecności Ky’a.

            Mam też nadzieję, że znajdę jakiś dowód na istnienie Powstańców. Otwieram usta by zapytać Indie czy o nich słyszała lecz coś mnie powstrzymuję i nie mówię nic. I tak nie jestem pewna jak miałby w ogóle wyglądać ślad rebeliantów.

            Płynie tędy malutki strumyk, tak mały, że niemalże znika między kamieniami, kiedy razem z Indie wkładamy do nurtu swoje menaszki na wodę. Maszerując nocą nawet nie zauważyłam, w którym miejscu pojawił się ten strumień, w pewnym momencie po prostu już był. Kawałki drewna, leżące na piaszczystych brzegach, wysuszone niemalże na wiór, zapewne są pozostałością po płynącej tędy kiedyś większej rzece. Nie mogę przestać zastanawiać się jak ten strumień musi wyglądać z lotu ptaka – jak błyszcząca srebrna nitka, wyciągnięta z jednej ze Stu Sukienek, które miałam kiedyś do wyboru; nitka na tle bezkresu czerwonych skał tworzących Kanion.

            Z góry ja i Indie byłybyśmy zbyt małe by można było nas dostrzec.

- Mam wrażenie, że jesteśmy w niewłaściwym kanionie – mówię do Indie.

Przez jakiś czas Indie nic nie odpowiada, pochyla się, żeby podnieś coś szarego i delikatnego z ziemi. Trzyma to bardzo ostrożnie i pokazuje mi.

- Stare gniazdo os – mówi, przyglądają się cieniutkim, niczym papierowa chusteczka pasom poskręcanych ze sobą.

- To przypomina trochę muszlę – Indie otwiera swój plecak i wkłada porzucone gniazdo do środka. – Chcesz spróbować zawrócić? – pyta – Spróbować w innym kanionie?

            Zatrzymuję się. Maszerujemy tym kanionem już niemalże dobę i nie mamy już nic do jedzenia. Zjadłyśmy większość z naszej dwudniowej racy by mieć więcej sił, kiedy biegłyśmy do Kanionu. Nie chcę też marnować tabletek na drogę powrotną, tym bardziej, że nie wiem, co może na nas tam czekać.

- Wydaje mi się, że powinniśmy iść dalej tym kanionem – odpowiadam w końcu – może znajdziemy niedługo jakiś znak jego obecności.

            Indie przytakuje, zarzuca plecak na ramię i podnosi z ziemi dwa ostre niczym nóż kamienie, które trzyma w trakcie naszego marszu. Robię to samo. Choć nie widziałyśmy znaku Anomalii, widziałyśmy ślady zwierząt.

            Nie widziałyśmy śladu żadnego człowieka – żywego ani martwego, Aberracji, Anomalii, Funkcjonariusz czy powstańca.

 

Pod osłoną nocy siadam i wymyślam dalej swój wiersz. Pomaga mi to w niemyśleniu o tym wszystkim, co zostawiłam za sobą.

Po raz kolejny zaczynam od nowa.

            Nie znalazłam sposobu by do Ciebie polecieć, więc przyszłam tu, krok za krokiem, po tych kamieniach.

            Tak wiele pierwszych wersów. Powtarzam sobie, że to w sumie dobrze, że jeszcze nie odnalazłam Ky’a, ponieważ nie wiem jeszcze co wyszepczę mu go ucha, kiedy go spotkam, które słowa będę najbardziej odpowiednimi do wypowiedzenia.

- Jestem głodna – odzywa się po jakimś czasie Indie. Jej głos jest nikły jak niesione przez nią gniazdo os.

- Mogę dać Ci niebieską tabletkę, jeśli chcesz – mówię jej. Nie wiem skąd moja awersja przed braniem ich, w końcu to jest dokładnie taka sytuacja, w której Xander chciał mi dzięki nim pomóc. Może to przez to, że chłopak, który z nami tu przybiegł nie chciał ich wcale. Być może chcę je zachować dla Ky’a, niejako odpłacając to, że wymieniłam jego kompas. A może to przez głos Dziadka, odbijający się echem w mojej głowie, kiedy rozmawialiśmy o zielonej tabletce, a on powiedział: Jesteś dość silna by poradzić sobie bez tego.

            Indie spogląda na mnie ostrym, zdziwionym wzrokiem.

            Do głowy przychodzi mi pewna myśl i wyciągam latarkę. Świecę nią na około, szukając czegoś, co zauważyłam już wcześniej – pewnej rośliny. Moja mama nigdy nie uczyła mnie dokładnych nazw różnych roślin, lecz nauczyła mnie jak odróżniać rośliny trujące od nietrujących. Roślina, na którą świeciłam latarką nie miała żadnych cech rośliny trującej, a obecność kolców oznaczała, że służą one do ochrony czegoś. Roślina była zielona i mięsista, zakończona purpurą. Nie była tak dorodna jak rośliny w Mieście, lecz była zdecydowanie lepsza od obumarłych łodyg i liści, w które zamieniła się większość roślin na zimę. Niektóre z nich mają na sobie małe szare kokony zwisające z ich gołych łodyg – wspomnienia po motylach.

            Indie przygląda się uważnie jak ostrożnie odrywam jeden z zewnętrznych, kolców. Po chwili kuca koło mnie i robi to samo, używamy naszych nożowych kamieni, żeby oczyścić roślinę z kolców. Zajmuje to dłuższą chwilę, lecz gdy kończymy każda z nas ma przed sobą mały kawałek oskalpowanej szaro-zielonej rośliny.

- Myślisz, że może być trująca? – pyta Indie.

- Nie jestem pewna – odpowiadam szczerze – Raczej nie, ale ja spróbuję pierwsza.

- Nie – mówi stanowczo – Każda z nas spróbuje po kawałeczku i zobaczymy co się wydarzy.

            Przez chwilę nie robimy nic innego, tylko żujemy. Choć nie jest to podobne do niczego, co jadłam do tej pory, wystarczy by zaspokoić głód.

            Przez kilka minut nic się nie dzieje, więc bierzemy do ust kolejne kawałki. Zastanawiam się nad kolejnym wersem wiersza, zapisuję go i po chwili skreślam. Nie pasuje.

- Co robisz? – pyta Indie.

- Próbuję napisać wiersz.

- Jeden ze Stu?

- Nie. Ten jest nowy. Z moich własnych słów.

- A jak nauczyłaś się pisać? – Indie przysuwa się bliżej, z zaciekawieniem przyglądając się pisanym na piasku znakom.

- On mnie nauczył – odpowiadam – Chłopak, którego szukam.

Znów zapada cisza, a ja myślę nad kolejnym wersem.

Twoja dłoń spleciona z moją, pokazuje mi kształty.

- Jak to się stało, że jesteś Aberracją? – Indie pyta – Jesteś pierwszym pokoleniem?

            Waham się, nie chcę okłamywać Indie, a po chwili zdaję sobie sprawę, że wcale nie kłamię. Jeśli Społeczeństwo odkryje moją ucieczkę, z pewnością zasłużę na status Aberracji

- Tak, jestem pierwszym pokoleniem.

- Więc to Ty coś zrobiłaś? – dopytuje Indie.

- Tak – odpowiadam – Spowodowałam swoją własną Reklasyfikację – to również prawda, tak na pewno będzie. Kiedy zmieni się mój status to nie będzie wina moich rodziców.

- Moja matka zrobiła łódź – mówi Indie, wokół jest tak cicho, że słyszę jak przełyka kolejny kawałek rośliny – Wycięła ją ze starego drzewa. Pracowała przy niej przez wiele lat. Kiedy chciała na niej uciec Funkcjonariusze złapali ją już po godzinie – wzdycha – Wyciągnęli ja z łodzi i powiedzieli nam, że chciała ją jedynie wypróbować i była wdzięczna, że odnaleźli ją tak szybko, bo inaczej by utonęła.

            Do moich uszu dochodzi dziwny dźwięk, którego pochodzenia nie mogę zlokalizować w ciemności, delikatny ruch, podobny do szeptu. Po kilku chwilach zdaję sobie sprawę, że to Indie wydaje ten dźwięk obracając znalezione gniazdo os w palcach.

- Nigdy nie mieszkałam w pobliżu wody – mówię – Na pewno nie w pobliżu oceanu.

- Woda Cię woła – Indie odzywa się delikatnie, niemalże z czułością. Zanim otwieram usta by zapytać, co ma na myśli, ona dodaje – Później, kiedy Funkcjonariusze już odeszli mama powiedziała mojemu ojcu, co rzeczywiście się wydarzyło. Przyznała, że naprawdę chciała uciec. Powiedziała, że najgorsze było to, że nawet nie zdążyła wypłynąć tak daleko by stracić z oczu brzeg, zanim ją znaleźli.

            Mam wrażenie, że stoję nad brzegiem oceanu. Niemalże widzę kobietę w łodzi, odpływającą coraz dalej, która nie ma za sobą niczego poza wodą i niebem. Niemalże słyszę ulgę w jej oddechu, kiedy odwracając się nie widzi brzegu.

            Indie mówi coraz ciszej – Kiedy Funkcjonariusze dowiedzieli się, że powiedziała nam prawdę dali nam wszystkim czerwone tabletki.

- Och – mówię. Zastanawiam się, czy powinnam udawać, co się dzieje po zażyciu tej tabletki?

- Ja nie zapomniałam – odzywa się Indie. Chociaż jest zbyt ciemno, żebym mogła zobaczyć jej oczy, wiem, że ona spogląda na mnie.

            Pewnie myśli, że wiem jak działają czerwone tabletki. Ona jest taka jak Ky i Xander. Jest odporna.

Jak wielu jest takich jak oni? Czy ja jestem jak oni?

            Czerwona tabletka, podobnie jak niebieska kusi mnie czasami, tak jak wtedy, kiedy zabrali Ky’a. Teraz kusi mnie nie dlatego, że chcę o czymś zapomnieć. Kusi ponieważ chcę wiedzieć. Jestem odporna, czy nie?

            Wiem, że mogę nie być. A teraz nie jest dobry moment, żeby zapomnieć. Poza tym, mogę potrzebować tej tabletki na później.

- Byłaś zła na mamę za to, że próbowała uciec? – pytam, myśląc o Xanderze i o tym co mówił o mojej ucieczce. W momencie kiedy słowa wychodzą z moich ust już tego żałuję, choć Indie nie wydaje się urażona tym pytaniem.

- Nie – mówi – Zawsze planowała po nas wrócić.

- Och – żadna z nas nie mówi nic przez jakiś czas, a w moich myślach pojawia się Bram, widzę jak stoimy razem przy stawie koło Arboretum, czekając na mamę. Bram chciał wrzucić kamień do wody lecz wiedział, że będzie miał kłopoty jeśli ktoś go zobaczy. Więc czekał. Obserwował. Kiedy wydało mi się, że stracił już zapał, on zamachnął ręką i kamień z głośnym pluskiem rozerwał taflę wody.

            Indie mówiła dalej – Mama słyszała o rewolucji na wyspie daleko od brzegu. Chciała ją odnaleźć i wrócić po nas.

- Ja też słyszałam o rebelii – mówię, niepotrafiąc opanować podniecenia – Ta, o której słyszałam nazywa się Powstańcy.

- To ta sama – Indie mówi z nadzieją w głosie – Ktoś powiedział jej, że oni są wszędzie. A Kanion jest dokładnie takim miejscem, w którym bym się ich spodziewała.

- Ja też tak sądzę – w mojej głowie pojawia się obraz cienkiej kartki papieru położonego na jedną z map Społeczeństwa, na której zaznaczone są miejsca, o których Społeczeństwo nie wie, lub nie chce nam o nich powiedzieć.

- Wierzysz w istnienie ich przywódcy, Pilota? – pytam

- Tak – Indie jest coraz bardziej podekscytowana. Wtedy ku mojemu zdziwieniu zaczyna recytować, głosem delikatnym i w pewien sposób niepodobnym do jej normalnego głosu:

 

Każdego dnia słońce wschodzi i zachodzi

Przemyka po niebie i znika na drzwiami nocy

 

Każdej nocy gwiazdy świecą własnym blaskiem

Wysoko nad ziemią lśnią wielokrotnie

 

Nadejdzie dzień gdy jej łódź odnajdzie drogę

Przez wzburzone fale wprost na brzeg

 

- Ty to napisałaś? – pytam, a jadowita kropla zazdrości przepływa przez moje żyły – Wiem, że to nie jest żaden ze Stu Wierszy.

- Nie napisałam tego. I to nie jest wiersz – Indie mówi zdecydowanie.

- Brzmi ja wiersz – odpowiadam.

- Nie jest nim.

- Więc czym jest? – pytam. Zdążyłam się już nauczyć, że nie ma sensu wdawać się w kłótnie z Indie.

- Moja mama powtarzała mi to każdej nocy, zanim poszłam spać – odpowiada – Kiedy byłam wystarczająco duża by pytać ją o to, mówiła, że Pilot jest tym, który poprowadzi Powstańców. Moja matka myślała, że będzie nim kobieta, która przybędzie przez wodę.

- Och – mówię zaskoczona. Ja zawsze myślałam, że Pilot przybędzie z nieba. Choć Indie może mieć rację. Przypominam sobie słowa wiersza Tennysona. Tam była mowa o wodzie.

            Indie myśli o tym samym – Ten wiersz, który mówiłaś, kiedy biegłyśmy – zaczyna – Nie słyszałam go nigdy wcześniej, a on potwierdza, że Pilot może przybyć z wody. Mielizna to miejsce, gdzie na niewielkiej głębokości zbiera się pod wodą góra piasku. Pilot jest kimś, kto steruje statkiem by bezpiecznie wypłynął i wpłynął do portu.

- Nie wiem zbyt wiele o Pilocie – mówię zgodnie z prawdą. choć mam swoje wyobrażenia, co do przywódcy rewolucji, które różnią się od tych, które ma Indie. Mimo to, idea jest taka sama, a w historii, którą dał mi Archiwista było napisane, że Pilot ciągle się zmienia. Zarówno Indie, jak i ja możemy mieć rację. – Nie wydaje mi się, że to ma znaczenia. Może być nim kobieta albo mężczyzna, może przybyć z powietrza albo z wody. Jak sądzisz?

- Masz rację – mówi Indie, nieco triumfalnie – Wiedziałam. Szukasz nie tylko chłopaka. Szukasz czegoś więcej.

            Spoglądam w górę na niebo usiane gwiazdami. Czy to prawda? Od czasów kiedy mieszkałam w Mieście wiele się zmieniło, myślę i ogarnia mnie radość i zaskoczenie, a to dopiero początek.

- Mogłybyśmy wspiąć się na górę – odzywa się Indie miękko – Iść po szczytach. Mogłybyśmy spróbować wejść do innego kanionu. Może tam go znajdziemy, albo Powstańców. Włącza latarkę i świeci w górę. – Wiem jak się wspinać. W Sonomie się tego uczymy. To moja Prowincja. Jutro możemy poszukać dobrego miejsca, gdzieś gdzie ściany skalne nie są tak wysokie i urwiste.

- Ja nigdy się nie wspinałam – przyznaję – Myślisz, że dałabym radę?

- Jeśli będziesz ostrożna i nie będziesz patrzyła w dół – odpowiada Indie.

            Cisza rozciąga się między nami, kiedy spoglądam w górę. Zdaję sobie wtedy sprawę, że w Mieście nigdy nie widziałam tylu gwiazd na niebie, co tu. Z jakiegoś powodu to daje mi nadzieję, że jest jeszcze tak wiele rzeczy, których nie widziałam. Mam nadzieję, że z moimi rodzicami, z Bramem, z Xanderem i z Ky’em wszystko dobrze.

- Spróbujmy – mówię.

- Wyruszymy wcześnie by znaleźć odpowiednie miejsce – mówi Indie – Najlepiej tuż przed świtem. Nie chcę wspinać się w ostrym świetle dnia.

- Ja też – mówię, a patykiem po piasku zaczynam pisać nowe słowa:

Wspinam się w ciemności dla Ciebie

Czy czekasz na mnie pośród gwiazd?

Grudniowe zawirowania

Dziękuję wszystkim za ciepłe słowa :) Cieszę się, że moja praca daje radość tak wielu osobom. Z przykrością jednak przyznaję bez bicia, że zaniedbuję pisanie na rzecz szału świątecznego :) co roku sama robię kartki dla najbliższych i ozdoby choinkowe, więc czasu mam zdecydowanie mniej. Niedługo wrócę. Obiecuję, że do końca roku kolejny rozdział będzie przetłumaczony!

Drodzy Czytelnicy :)

Jestem bardzo ciekawa Waszych odczuć po przeczytaniu przetłumaczonych rozdziałów. Zachęcam do komentowania, żywych i żwawych rozmów na temat tego, co dzieje się z Cassią i Ky’em :) wiedząc i widząc Wasze zainteresowanie łatwiej będzie mi zmobilizować się do szybszego tłumaczenia :)