Rozdział X Cassia

 

            Kiedy zbliżamy się do lądowania mam chęć przepchać się przed wszystkich, żeby jako pierwsza opuścić pokład i sprawdzić czy Ky tu jest. Pamiętam jednak, co powiedział mi, jeszcze w Mieście, żebym wmieszała się w tłum, więc teraz stoję dokładnie po środku grupy, a gdy wychodzimy z samolotu dyskretnie szukam Ky’a w ciągnących się rzędach stojących przed nami chłopaków i mężczyzn ubranych na czarno.

            Nie ma go tu.

- Pamiętajcie – Oficer zwraca się do obecnych – Macie traktować tych nowych mieszkańców, jak wszystkich innych. Żadnej przemocy żadnego rodzaju. Będziemy Was obserwować i słuchać.

            Nikt nic nie odpowiedział. Wydaje się, że nikt nimi nie przewodzi. Stojąca obok mnie Indie przenosi ciężar ciała na inną nogę. Dziewczyna za nami tłumi swój płacz.

- Wystąpcie po swoje racje żywieniowe – mówi Funkcjonariusz i nikt z obecnych nie przepycha się, ani nie biegnie. Wszyscy chłopcy spokojnie ustawiają się w kolejce. Musiało tu padać poprzedniej nocy. Na ich butach jest gruba warstwa czerwonego błota.

            Przyglądam się każdej twarzy.

            Niektórzy z nich wyglądają na przerażonych, inni wydają się niebezpieczni i przebiegli. Nike nie wygląda na miłego. Wszyscy przeżyli zbyt wiele. Patrzę na ich plecy, na ich dłonie kiedy wyciągają je po zapasy, na ich twarze gdy mijają Oficera. Nie kłócą się o jedzenie, dla każdego coś się znajdzie. Napełniają swoje menażki wodą z wielkich, niebieskich butki.

            Zdaję sobie sprawę, że ich sortuję. Po chwili zadaję sobie pytanie, a co jeśli miałabym sortować samą siebie? Co takiego bym zobaczyła? Czy widziałabym we mnie kogoś, kto przetrwa?

            Staram się spojrzeć na siebie, widzę dziewczynę, która obserwuje Oficera i Funkcjonariuszy pakujących się i odlatujących samolotem. Jest ubrana w nieznany kombinezon wpatruje się intensywnie w twarze, których nie zna. Widzę jej poplątane brązowe włosy, sposób w jaki stoi – jest niska lecz stoi wyprostowana, nawet gdy po odlocie Oficera i Funkcjonariuszy, kiedy jeden z tutejszych chłopaków wystąpił z szeregu by powiedzieć dziewczynom, że tak naprawdę niczego tu nie uprawiają, że Wróg robi naloty prawie każdej nocy, że Społeczeństwo przestało dostarczać im broń, która i tak nigdy nie działała, że wszyscy tutaj są pozostawieni na śmierć, że nigdy tak naprawdę nie wie dlaczego.

            Dziewczyna dalej stoi z uniesioną głową kiedy wszyscy dookoła załamują się, ponieważ ona już o tym wszystkim wie. Nie może zrezygnować, nie może wznosić rąk do nieba ani płakać prosto w ziemię, ponieważ ma zadanie do wykonania. Musi kogoś odnaleźć. Jedyna ze wszystkich dziewcząt uśmiecha się lekko.

            Tak, mówię sobie. Ta dziewczyna przeżyje.

 

            Indie poprosiła mnie o zwrot jej paczki. Podałam ją jej i kiedy zobaczyłam, że wysuwa coś z pojemnika z tabletkami i oddaje mi ten pojemnik z powrotem, zdałam sobie sprawę, że dalej nie wiem, co takiego musiała ukryć. Teraz nie jest czas na zadawanie pytań na ten temat. Jest inne, zdecydowanie bardziej ważne pytanie, na które muszę odnaleźć odpowiedź: Gdzie jest Ky?

- Szukam kogoś – mówię głośno – Ma na imię Ky. Część chłopaków zaczęła się rozchodzić po tym, jak dowiedziałyśmy się prawdy o tym miejscu.

- Ma ciemne włosy i niebieskie oczy – zawołałam, jeszcze głośniej – Pochodzi z miasta, ale zna te okolice. Zna też różne słowa – zastanawiam się, czy znalazł tu sposobność by je sprzedać, wymienić na coś potrzebnego tutaj.

            Ludzie zaczynają się odwracać, przyglądam się ich oczom – niebieskim, brązowym, zielonym, szarym. Żadne z nich nie należą do Ky’a; żaden odcień niebieskiego nie jest tym właściwym.

            – Powinnyście teraz odpocząć – mówi chłopak, który opowiedział nam prawdę – Ciężko się tu śpi nocą. Właśnie wtedy zazwyczaj nas ostrzeliwują  – wydaje się wyczerpany, dostrzegam miniport w jego dłoni kiedy się odwraca. Czy kiedyś tutaj dowodził? Czy może z przyzwyczajenia przekazuje wszystkie informacje?

            Reszta też odchodzi. Panująca tu apatia przeraża mnie bardziej niż sama sytuacja. Ci ludzie wydają się nie mieć żadnego pojęcia o rewolucji czy Powstańcach. Jeśli nikomu już nie zależy, jeśli wszyscy się poddali, kto pomoże mi w odnalezieniu Ky’a?

            – Nie mogę położyć się spać – dziewczyna z samolotu mówi cicho – A co jeśli to mój ostatni dzień?

            Ona chociaż mówi cokolwiek. Niektóre z dziewcząt są dalej w szoku. Widzę chłopaka, który podchodzi do jednej z dziewczyn, mówi jej coś. Ona wzrusza ramionami, spogląda na nas, po czym odchodzi z nim.

            Moje serce zaczyna bić szybciej. Może powinnam ją zatrzymać? Co on chce zrobić?

            – Widziałaś ich buty? – Indie szepce do mnie.

            Kiwam głową. Zauważyłam błoto i same buty – ich grube podeszwy wykonane z gumy. Są takie jak nasze, różnią się właśnie tym, że ich podeszwy są grubsze i mają płytkie nacięcia. Mam pewne podejrzenie, co takiego mogą one oznaczać, co odliczają. Przeżyte dni. Z rozczarowaniem zauważam, że żaden z chłopaków nie ma zbyt wielu nacięć. Ky powinien być przez prawie dwanaście tygodni.

            Ludzie powoli rozchodzą się. Wydaje się, że idą gdzieś odpocząć, zajmują się swoimi sprawami, kilku chłopaków otacza grupkę dziewczyn. Wyglądają na głodnych.

            Nie sortuj – mówię do siebie. Patrz.

            Mają tylko kilka nacięć na swoich butach. Jeszcze nie ogarnęło ich zrezygnowanie. Dalej chcą pewnych rzeczy. Są tu nowi. Najwyraźniej są tu zbyt krótko, by móc znać Ky’a.

            Dalej ich sortujesz. Patrz.

            Jeden chłopak ma poparzone dłonie i czarny proch na swoich butach, stoi z tyłu grupy. Widzi, że mu się przyglądam, że patrzę jego dłonie i jego wzrok krzyżuje się z moim i wykonuje gest, który niezbyt mi się podoba. Wytrzymuję jego spojrzenie. Staram się patrzeć.

            – Ty go znasz – mówię do chłopaka – Wiesz, o kim mówę.

            Nie oczekuję, że to przyzna, lecz on kiwa potwierdzająco.

            – Gdzie on jest?

            – Umarł.

            – Kłamiesz – mówię, jednocześnie starając się opanować łzy i strach, który pojawia się w moim sercu – Będę z Tobą rozmawiać, kiedy zechcesz powiedzieć mi prawdę.

            – Dlaczego sądzisz, że powiem Ci cokolwiek? – pyta.

            – Nie masz zbyt wiele czasu by rozmawiać – odpowiadam – Nikt z nas nie ma.

            Indie stoi koło mnie, obserwuje linię horyzontu. Wygląda czegoś, co może nadejść z tamtej strony. Reszta zbiera się koło nas, słuchają.

            Przez moment wydaje mi się, że chłopak może coś powiedzieć, lecz on śmieje się przez chwilę i odchodzi.

            Nie martwi mnie to. Wiem, że wróci – widziałam to w jego oczach. Będę na niego czekać.

 

            Ten dzień dłuży się i jednocześnie biegnie bardzo szybko. Wszyscy czekają. Grupka chłopaków wraca, lecz coś każe im trzymać się od nas na dystans. Być może to przez to, że starszy przywódca, który stoi nieopodal trzyma w ręku miniport, przez który może zgłosić jakiekolwiek naruszenie. Czy oni aż tak boją się konsekwencji, że jeśli zrobią nam coś złego to Funkcjonariusze powrócą?

            Jem swój obiad z foliowej tacki razem z resztą dziewczyn, a gdy spoglądam w górę widzę, że chłopak z poparzonymi dłońmi zbliża się do mnie. Wstaję i przerywam swój posiłek, porcje jedzenia są tutaj tak małe, każdy kto jest tu od dłuższego czasu musi głodować.

            – Głupia – Indie mruczy pod nosem lecz wstaje razem ze mną. Po tym jak pomogłyśmy sobie nawzajem w samolocie stałyśmy się w jakiś sposób sprzymierzeńcami.

            – Chcesz mnie przekupić? – pyta chłopak, z jadem w głosie i podchodzi bliżej żeby przyjrzeć się wyciągniętej tacy z mięsną zapiekanką na niej.

            – Jasne – mówię – Jesteś jedynym, który tam był. Jesteś jedynym, który wie.

            – Mógłbym po prostu to wziąć – odpowiada – Mógłbym wziąć od Ciebie wszystko, co zechcę.

            – Mógłbyś – potwierdzam – Ale to nie byłoby mądre.

            – Dlaczego nie?- pyta chłopak.

            – Ponieważ nikt nie wysłucha Cię tak jak ja – odpowiadam – Nikt inny nie chce tego wiedzieć. A ja chcę. Chcę wiedzieć, co zobaczyłeś.

            Chłopak wyraźnie się waha.

            – Żaden z chłopaków nie chce o tym słyszeć, prawda? – pytam retorycznie.

            Chłopak odchyla głowę do tyłu i przeczesuje włosy dłonią, ten gest musiał mu zostać z przeszłości, ponieważ jego włosy teraz są krótkie, podobnie jak u reszty chłopaków.

            – W porządku – mówi – Ale to było w innym obozie. W tym, w którym byłem zanim trafiłem tutaj. To nie musi być ta sama osoba. Ky, którego poznałem znał słowa, tak jak mówiłaś.

            – Jakie to były słowa? – pytam

            Chłopak wzdryga się. – Takie, które mówił nas ciałami zabitych.

            – Pamiętasz jak brzmiały?

            – Niewiele pamiętam – odpowiada, a ja widzę, że mówi szczerze – Było tam coś o Pilocie.

            Mrugam zaskoczona. Ky znał słowa z wiersza Tennysona. Jak to możliwe? Po chwili przypominam sobie dzień w lesie, kiedy po raz pierwszy otworzyłam swój artefakt. Ky powiedział mi później, że widział mnie wtedy. Być może właśnie wtedy przeczytał ten wiersz, stojąc gdzieś za moimi plecami, albo słyszał, kiedy szeptałam jego treść, czytając go wtedy wielokrotnie. Uśmiecham się. Dzielimy ze sobą drugi wiersz.

            Indie spogląda to na mnie, to na chłopaka ciekawymi oczami – Co miał na myśli mówiąc o Pilocie? – pyta.

            Chłopak wzrusza ramionami. – Nie wiem. Powtarzał te słowa zawsze kiedy kogoś zakopywaliśmy. To wszystko – Chłopak zaczyna się śmiać, śmiechem w którym nie ma nic z humoru – Ostatniej nocy tam musiał pewnie wiele razy powtarzać te słowa.

            – Co się wydarzyło ostatniej nocy?

            – Był nalot – mówi chłopak, zupełnie już poważny – Najgorszy ze wszystkich.

            – Kiedy to było?

            Chłopak spogląda na swoje buty – Dwie noce temu – mówi, ledwo sam nie dowierzając – A wydaje mi się, że minęło już więcej czasu.

            – Widziałeś go tamtej nocy? – pytam, a moje serce bije gwałtownie. Jeśli faktycznie ten chłopak mówi prawdę, Ky żył i był tu niedaleko jeszcze dwa dni temu – Jesteś pewien? Widziałeś jego twarz?

            – Nie jego twarz. Jego plecy. Razem ze swoim kolegą, Vickiem uciekli i zostawili nas na pewną śmierć. Zostawili nas, żeby ratować siebie samych. Tylko sześciu z nas przeżyło. Nie wiem, gdzie Funkcjonariusze zabrali pozostałych pięciu po tym, jak mnie zostawili tutaj. Jestem tu sam.

            Indie spogląda na mnie wzrokiem, który zdaje się pytać „Czy to może być on?” To niepodobne do Ky’a, tak zostawić kogoś z tyłu, przy czym to tak podobne do Niego by wykorzystać jedyną szansę w tak beznadziejnej sytuacji jak ta. – Więc uciekł w trakcie jednego z ostrzałów i zostawił Cię… – nie jestem w stanie dokończyć zdania.

            Zapanowała niezręczna cisza.

            – Nie winię ich – mówi, a jego zgorzkniałość przybiera teraz kształt zmęczenia. – Pewnie zrobiłbym tak samo. Jeśli zbyt wielu z nas by uciekło zostalibyśmy złapani. Oni wcześniej próbowali nam pomóc. Pokazali nam, co zrobić, żeby nasze atrapy broni wystrzeliły raz, dzięki temu mogliśmy choć próbować się bronić. Ich ucieczka była zaplanowana z wyprzedzeniem. Wybrali idealny moment. Tak wielu ludzi umarło tamtej nocy, niektórzy nawet od własnej broni, Społeczeństwo może wcale się nie doliczyć tych brakujących ciał.

            – Wiesz gdzie oni teraz są? – pyta Indie

            – Gdzieś tam – chłopak wskazuje jakieś wzniesienia ledwo widoczne z miejsca, w którym jesteśmy. – Nasza wioska była blisko tamtych skał. Ky nazywał to miejsce Kanionem. Musiał być zdesperowany. Tam jest śmierć. Anomalie, skorpiony i powodzie. Mimo to… – przestaje mówić i spogląda w niebo – Wzięli ze sobą jednego dzieciaka, Eli’ego.  On ma tylko trzynaście lat, był najmłodszy w naszej grupie i nie potrafił trzymać języka za zębami. W czym mógłby im się tam przydać? Dlaczego nie wzięli jednego z nas?

            To naprawdę Ky. Nadzieja i rozczarowanie mieszają się w moim sercu.

            – Skoro widziałeś jak uciekali, dlaczego nie pobiegłeś za nimi? – pytam.

            – Widziałem, co stało się z kimś, kto tak zrobił – jego twarz nie wyraża żadnych emocji – Zaczął uciekać zbyt późno. Samoloty namierzyły go i zestrzeliły. Tylko im trzem się udało – chłopak spogląda w stronę Kanionu, przypominając sobie to wszystko.

            – Jak daleko jest ten Kanion? – pytam

            – Daleko stąd – odpowiada – Dwadzieścia pięć, może trzydzieści kilometrów – podnosi brwi patrząc na mnie – Wydaje Ci się, że sama dasz radę się tam dostać? Wczoraj padało. Ich ślady zniknęły.

            – Chciałabym , żebyś mi pomógł. Pokazał, gdzie dokładnie poszli.

            Na twarzy chłopaka pojawia się grymas, który nie podoba mi się wcale, ale rozumiem go.

            – A co ja będę z tego miał?

            – Coś, czego możesz użyć, żeby przeżyć w Kanionie – mówię pewnie – coś skradzionego w centrum medycznym w Społeczeństwie. Powiem Ci więcej, kiedy nas tam bezpiecznie doprowadzisz – spoglądam na Indie. Nie rozmawiałyśmy o tym, czy ona pójdzie ze mną, lecz wydaje się, że teraz jesteśmy jedną drużyną.

            – W porządku – odpowiada widocznie zainteresowany – ale nie dawaj mi więcej resztek jedzenia, które i tak smakuje jak styropian. Indie wydaje niekontrolowany dźwięk zdziwienia, a ja wiem, dlaczego chłopak nie odmówił – on chce tam iść z nami. On też chce uciec, ale nie chce tego robić sam. Nie zrobił tego będąc w tym samym obozie co Ky. Nie zrobił tego będąc w tym obozie. Potrzebuje nas w tym samym stopniu, w jakim my potrzebujemy jego.

            – Nie dam, obiecuję.

            – Musimy uciec dzisiaj. Dasz radę?

            – Tak – odpowiadam.

            – Ja też – odzywa się Indie, a ja spoglądam na nią – Idę z Wami – stwierdza to, jakby było to najprostsza decyzja, jaką musiała podjąć. Ona robi tylko to, co chce. A to jest ucieczka jej życia.

            – W porządku.

            – Przyjdę po Was, kiedy się ściemni a reszta pójdzie już spać – mówi chłopak – Znajdźcie jakieś miejsce i odpocznijcie. Na skraju wioski jest opuszczony sklep. To powinno być dobre miejsce. Zesłańcy, którzy tam będą, nie zrobią Wam krzywdy.

            – Dobrze – odpowiadam – A co jeśli w nocy będzie ostrzał?

            – Jeśli tak się stanie, przyjdę po Was jak się skończy. Jeśli go przeżyjecie. Macie latarki?

            – Tak

            – Zabierzcie je ze sobą. Księżyc nam pomoże, ale nie jest już w pełni.

 

            Księżyc, wyłaniający się zza czarnej linii gór jest biały, a ja zdaję sobie sprawę, że te góry były tam cały czas, a ja o nich zapomniałam, choć powinnam zauważyć, że w miejscy gdzie były góry powinno być niebo usiane gwiazdami. Gwiazdy tu są takie same jak w Prowincji Tana, jest ich dużo i widać je wyraźnie na tle ciemnego nieba.

            – Niedługo wrócę – mówi Indie i zanim próbuję ją zatrzymać, już jej nie ma.

            – Uważaj na siebie – szepcę, choć jest już za późno.

            – Kiedy zazwyczaj atakuje Wróg? – pyta jedna z dziewcząt. Wszyscy stoimy zebrani wokół okien, które nie mają już szyb. Wiatr dmucha prosto w nasze twarze, tworząc zimny przeciąg między oknami.

            – Tego nigdy nie wiadomo – odzywa się jakiś chłopak. Jego twarz jest zrezygnowana – Nigdy nie wiadomo – podkreśla – Kiedy się pojawia najlepiej ukryć się w jakiejś piwnicy. Ta wioska ma piwnice. Niektóre ich nie mają.

            – Niektórzy próbują ukryć się tutaj – mówi inny chłopak – Ja nie lubię piwnic. Nie myślę jako kiedy w nich jestem.

            Rozmawiają ze sobą jakby byli tu od zawsze, lecz kiedy kieruję światło latarki na ich buty, widzę jedynie pięć czy sześć nacięć.

            – Wychodzę na zewnątrz – mówię po chwili – Nie ma żadnych zasad zabraniających tego, prawda?

            – Trzymaj się w cieniu i nie świeć latarką – zaleca chłopak, który nie lubi piwnic – Staraj się nie zwracać na siebie uwagi. Być może oni latają wysoko i tylko czekają na jakiś ruch?

            – Będę uważać – mówię.

            Indie wślizguje się przez uchylone drzwi w tym samym momencie, w którym ja chcę wyjść i oddycham z ulgą. Tym razem nie uciekła.

            – Tutaj jest pięknie – mówi, niemalże radośnie, stając na schodku koło mnie.

            Ma rację. Jeśli uda ci się pominąć to wszystko co tu się dzieje, ta ziemia jest piękna. Księżyc oświetla białym światłem cementowe chodniki i dostrzegam „naszego” chłopaka. Jest ostrożny – trzyma się cienia, lecz ja wiem, że to on. Jego szept nie zaskakuje mnie, Indie też nie reaguje.

            – Kiedy ruszamy? – pytam.

            – Teraz – odpowiada – Inaczej nie zdążymy przed świtem.

            Podążamy za nim do granic zabudowań. Widzę innych ludzi przemieszczających się pod osłoną cieni, robiących różne rzeczy, na które mają mało czasu. Wydają się nawet nas nie zauważać.

            – Czy ktokolwiek próbował stąd uciec? – pytam

            – Niewielu.

            – A co z rewolucją? – pytam kiedy mijamy ostatnie budynki – Czy ktokolwiek tu kiedyś wspominał o czymś takim?

            -  Nie – chłopak mówi obojętnie – Nikt nic nie mówił – zatrzymał się nagle – Zdejmijcie kurtki.

            Wpatrujemy się w niego zdziwione. On uśmiecha się zdejmując swoje okrycie i przypinając je do swojego plecaka – Przez jakiś czas nie będziecie ich potrzebować – szybko się rozgrzejecie.

            Zdejmujemy nasze kurtki. Czarne ubranie sprawia, że jeszcze bardziej wtapiamy się w noc.

            – Za mną – mówi.

            Biegniemy.

 

            Po przebiegnięciu kilometra moje dłonie dalej są zimne.

            W Mieście biegłam boso po trawie by zrobić coś kiedy zabierali Ky’a. Teraz mam na nogach ciężkie buty i muszę biec po kamieniach, co niebezpiecznie wykręca moje stopy, a mimo to czuję się lżejsza niż wtedy w Mieście, lżejsza niż kiedykolwiek, gdy biegłam po gładkiej powierzchni bieżni. Jestem przepełniona adrenaliną i nadzieją, mogłabym tak biec bez końca, biec do Ky’a.

            Robimy przerwę by się napić i czuję jak lodowata woda wypełnia moje ciało. Jestem w stanie określić jej drogę od mojego gardła do brzucha. Jej temperatura sprawia, że wzdrygam się z zimna zanim zakręcam butelkę i chowam ją do plecaka.

            Niedługo po tym zaczynam czuć zmęczenie.

            Potykam się na kamieniu, niemalże wpadam na krzak. Jego ostre gałęzie zatapiają się w mojej nodze. Pod naszymi stopami skrzypi mróz. Mamy szczęście, że nie pada śnieg, a dzięki temu, że powietrze jest ostre i zimne mamy wrażenie, że nie chce nam się pić, samo oddychanie sprawia, że czujemy jakbyśmy połykali lód.

            Kiedy ręką dotykam swoich ust, są bardzo suche.

            Nie odwracam się żeby sprawdzić czy ktoś nas goni lub pod osłoną nocy namierza nas z powietrza. Skupiamy się nad tym, co przed nami. Księżyc świeci na tyle jasno, że widzimy gdzie biegniemy, ale używamy też latarek w miejscach, które są zacienione.

            Chłopak zapala swoją latarkę i zaklina pod nosem. – Zapomniałem się rozejrzeć – mówi. Kiedy ja to robie widzę, że by uniknąć małych wąwozów i ostrych kamieni zaczęliśmy tak naprawdę zawracać.

            – Jesteś zmęczony – odzywa się Indie – Pozwól mi prowadzić.

            – Ja mogę to robić – mówię.

            – Poczekaj – Indie odzywa się zmęczonym głosem – Myślę, że tylko ty będziesz miała wystarczająco tyle siły by poprowadzić nas pod koniec drogi.

            Nasze ubrania ocierają się o wysokie rośliny, ich intensywny zapach jest dla mnie obcy, w pewnym sensie suchy. Czy to może być szałwia? Ulubiony zapach z dzieciństwa Ky’a?

 

            Pokonując kolejne kilometry przestajemy biec jedno za drugim. Biegniemy obok siebie, co jest niewydajne, ale za bardzo potrzebujemy być blisko siebie. Każdy z nas upada. Każdy krwawi. Chłopak ma uszkodzone ramię, a nogi Indie są całe poocierane, ja wpadłam w niewielki dół i moje ciało jest całe obolałe. Biegniemy tak wolno, że można to nazwać szybkim marszem.

            – Maraton – odzywa się Indie – Tak się nazywa ten rodzaj biegu. Słyszałam opowieści o nim.

            – Możesz ją opowiedzieć? – pytam.

            – Nie chcesz jej słuchać.

            – Chcę – potrzebuję czegoś co zajmie mój umysł na tyle by zapomniał o tym jak ciężko się biegnie, o tym jak daleka droga jest jeszcze przed nami. Mimo, że zbliżamy się do celu, każdy krok wydaje się zbyt wyczerpujący. Dziwi mnie, że Indie jeszcze może mówić. Ja i chłopak przestaliśmy się odzywać wiele kilometrów wcześniej.

            – To działo się na końcu świata. Pewna wiadomość miała zostać dostarczona – Indie oddycha ciężko, wypowiadane słowa są jakby poucinane – Ktoś biegł by ją dostarczyć. Dwadzieścia sześć kilometrów. Tyle co my. Udało mu się. Przekazał wiadomość.

            – Został jakoś wynagrodzony? – pytam, a mój oddech staje się nierówny  - Czy jakiś samolot przyleciał po niego i go uratował?

            – Nie – odpowiada – Dostarczył wiadomość. Potem umarł.

            Zaczynam się śmiać, co nie jest zbyt mądre przy takim wysiłku i słyszę, że Indie śmieje się ze mną – Mówiłam, że nie chcesz posłuchać tej opowieści.

            – Przynajmniej wiadomość dotarła – mówię.

            – W sumie tak – Indie spogląda na mnie z uśmiechem, a ja widzę, że to co brałam za jej oziębłość jest tak naprawdę jej ciepłem. W Indie jest pewien żar, który trzyma ją przy życiu, nawet w takich miejscach jak to.

            Chłopak kaszle i wypluwa ślinę. Mimo, że przebywał w tych okolicach dłużej niż my jest od nas słabszy.

            Przestajemy rozmawiać.

            Kilka kilometrów od Kanionu, powietrze pachnie inaczej. Nie ma w nim czystości, zapachu roślin, które czuć było wcześniej, teraz czuć dym, jakby z ogniska. Rozglądam się do okoła i wydaje mi się, że widzę żarzące się węgle, które zmieniają się w małe płomyki, bursztynowo-pomarańczowe odłamki w świetle księżyca.

            Dochodzi mnie jeszcze jeden zapach nocy – nie znam go zbyt dobrze, lecz wydaje mi się, że może to być zapach śmierci.

            Nikt z nas nic nie mówi, lecz to właśnie ten zapach powoduje, że biegniemy dalej i staramy się nie wdychać tego powietrza zbyt głęboko.

 

            Wydaje się, że biegniemy całą wieczność. Powtarzam sobie słowa wiersza wystukując rytm swoimi krokami. Brzmią jakby wypowiadał je ktoś inny. Oddycham automatycznie, a słowa ciągle układają się nie tak jak powinny: Gdyż choć to śmierci i miejsca kres, A wody daleko porwą mnie. Nie podejrzewałam, że kiedyś przyznam, że ich kolejność nie ma znaczenia.

            – Mówisz te słowa dla nas? – wykrztusił z siebie chłopak, pierwszy raz od kilku godzin.

            – My nie umarliśmy – odpowiadam. Nikt, kto umarł nie czuje takiego zmęczenia.

 

            – Jesteśmy na miejscu – mówi chłopak i zatrzymuje się. Spoglądam w kierunku, który wskazuje i widzę grupę ogromnych głazów o ostrych krawędziach, które będą bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe do przejścia.

            Udaje się nam.

            Chłopak niemalże przewraca się z wyczerpania. Spoglądamy na siebie z Indie, poczym wyciągam rękę by dotknąć jego ramienia, wygląda jakby był chory, lecz wtedy on prostuje się.

            – Chodźmy – mówię, nie do końca pewna na co czeka chłopak.

            – Nie pójdę tam z wami – mówi chłopak – Zejdę tym wyżłobieniem – wskazał na głęboki rów biegnący wzdłuż Kanionu.

            – Dlaczego? – pytam, a Indie dodaje – Skąd mamy wiedzieć, że możemy Ci ufać? Skąd mamy wiedzieć, że droga, którą nam pokazałeś jest właściwa?

            Chłopak kręci głową – To ta droga – mówi przy czym jednocześnie wyciąga rękę po swoją zapłatę – Pośpieszcie się. Już prawie świta – jego głos jest miękki lecz obojętny, co przekonuje mnie, że faktycznie mówi prawdę. Jest zbyt zmęczony by kłamać. – Wróg nie zaatakował dzisiejszej nocy. Ludzie połapią się, że uciekliśmy. Mogą zaraportować to przez miniport. Musimy ukryć się w Kanionie.

            – Więc chodź z nami – mówię.

            – Nie – odpowiada. W jego spojrzeniu widzę, że potrzebował nas do tej ucieczki. Byłaby niewykonalna w pojedynkę. Teraz, z jakiegoś powodu, chce odejść własną drogą. Szepce – Proszę.

            Sięgam do plecaka i wyciągam tabletki. Kiedy je rozwijam, moje palce są niezdarne i zmarznięte, mimo, że na plecach czuję krople potu. Chłopak odwraca się w kierunku, w którym chce iść. Chciałabym, że poszedł z nami. Wiem jednak, że wybór należy do niego.

            – Proszę – mówię, wyciągają na ręce połowę tabletek. Spogląda na nie, trzymane w mojej dłoni, wszystkie w tym samym kolorze – niebieskie.

            Wtedy zaczyna się śmiać.

            – Niebieskie – mówi, śmiejąc się jeszcze bardziej – Wszystkie są niebieskie. Wtedy jakby przez to, że wypowiedział nazwę tego koloru, niebo nad nami zmienia się w poranek.

            – Weź trochę – mówię, podsuwając do niego rękę. Widzę zmrożony pot na końcówkach jego krótko ściętych włosów i szron na jego rzęsach. Drży. Powinien założyć już swój płaszcz. – Weź trochę – powtarzam.

            – Nie – odpowiada, odpychając moją rękę. Tabletki upadają na ziemię. Ze łzami w oczach, upadam na kolana, żeby je jak najszybciej podnieść.

            Chłopak zmienia zdanie – Może wezmę jedną lub dwie – mówi i widzę, jak wyciąga po nie dłoń. Zabiera tabletki i odwraca się by od nas uciec.

            – Ale mam jeszcze inne – wołam za nim. Pomógł nam się tutaj dostać. Mogłabym dać mu zieloną tabletkę, żeby się uspokoił. Czerwoną, żeby mógł zapomnieć ten wyczerpujący bieg i zapach tych znajomych, którzy zginęli w spalonej wiosce, którą mijaliśmy. Powinnam dać mu wszystkie tabletki. Otwieram usta by jeszcze raz go zawołać, ale nie wiem jak się do niego zwrócić, nawet nie poznałyśmy jego imienia.

            Indie nie ruszyła się z miejsca.

            – Musimy iść za nim – mówię, poganiając ją – No chodź.

            – Numer dziewiętnaście – mówi spokojnym głosem. To, co mówi, nie ma dla mnie najmniejszego sensu dopóki nie spoglądam w kierunku, w który ona patrz. Widzimy to, co przed nami. Kanion jest już tak blisko, a teraz po raz pierwszy oświetla go budzące się słońce.

            – Oh – szepcę – Oh.

            Świat tutaj jest inny.

            Roztacza się przede mną kraina pełna kanionów, przepaści, głębokich wąwozów. Świat pełen cieni i odcieni, wzniesień i dołów. Pełen czerwieni, błękitu i znikomej zieleni. Indie ma rację. Kiedy niebo jaśnienie zaczynam dostrzegać coraz więcej szczegółów – powyszczerbiane głazy, zdumiewające kaniony, Kanion faktycznie przypomina nieco obraz, który dostałam od Xandera.

            Kanion w odróżnieniu od obrazu jest prawdziwy.

            Świat jest dużo większy niż kiedykolwiek przypuszczałam.

            Jeśli zejdziemy do Niego, do tych ciągnących się kilometrami gór, do hektarów dolin, do jego klifów i zatoczek, znikniemy niemalże całkowicie. Staniemy się prawie niczym.

            Nagle wracam pamięcią do szkoły podstawowej, jeszcze zanim wybraliśmy swoje specjalizacje, kiedy pokazywali nam zdjęcia naszych kości i ciała i powtarzali jak delikatni jesteśmy, jak łatwo jest zrobić sobie krzywdę lub rozchorować się bez opieki Społeczeństwa. Pamiętam widok kości, które mimo, że z wydają się białe, wypełnione są szpikiem i krwią i swoje myśli wtedy – Nie wiedziałam, że mam coś takiego w sobie.

            Nie wiedziałam, że Ziemia posiada coś takiego. Kanion wydaje się tak duży jak niebo panujące nad nim.

            To idealne miejsce na kryjówkę dla kogoś takiego jak Ky.  Cała rewolucja może ukrywać się w miejscu takim, jak to. Zaczynam się uśmiechać.

            – Czekaj – mówię, widząc, że Indie rusza to zejścia po głazach do Kanionu – Za kilka minut będzie wschód słońca – Jestem zachłanna. Chcę zobaczyć więcej.

            Indie kręci przecząco głową – Musimy zejść na dół zanim zrobi się całkiem jasno.

            Ma rację. Po raz ostatni spoglądam w kierunku, w którym poszedł chłopak, jego postać jest już ledwo widoczna, porusza się szybko, szybciej niż przypuszczałabym, że może. Żałuję, że nie zdążyłam mu podziękować.

            Ruszam za Indie, wkraczając do miejsca, gdzie mam nadzieję, dwa dni wcześniej poszedł Ky. Z dala od Społeczeństwa, od Xandera, od mojej rodziny, od życia takiego, jakie znałam. Z dala od chłopaka, który nas tu przyprowadził i od światła, które powoli zalewa ziemie, malując niebo na niebiesko, a wszechobecne skały na czerwono. Z dala od światła, które mogłoby nas zabić.

Rozdział IX KY

 

Wieczór zapada coraz szybciej, a my czekamy na pojawienie się księżyca. Niebo, które na początku jest niebieskie, nabiera odcieni różu, potem znów staje się niebieskie. Jest to coraz ciemniejszy i głębszy odcień granatu, który zmienia się w czerń.

            Nadal nie powiedziałem Eli’emu, że uciekamy.

            Jakiś czas temu pokazaliśmy wszystkim jak używać broni. Teraz, coraz bardziej niecierpliwi czekamy, by zostawić ich samych i zbiec w dół, wprost w otwartą paszczę Kanionu.

            Nagle miniport Vicka wydaje z siebie ostry dźwięk oznaczający przyjście wiadomości. Vick przykłada urządzenie do ucha i nasłuchuje przez chwilę. Ciekawi mnie, co sądzi o nas Wróg, o ludziach, których życia Społeczeństwo praktycznie nie broni. Zabijają nas, a my znów pokazujemy się im, niczym niekończące się zasoby ludzkich tarcz strzelniczych. Czy Wróg myśli o nas jak o szczurach, myszach, pchłach lub jakiś innych robakach, których nie da się wytępić? Czy oni mają jakieś pojęcie o tym, co tak naprawdę robi Społeczeństwo?

- Słuchajcie – Vick przywołuje uwagę wszystkich wokół – Właśnie dostałem wiadomość od Oficera nadzorującego. – Wszyscy zebrani uciszają się nawzajem. Wpatrują się w Vicka, stojąc z czarnymi od prochu dłońmi i z oczami pełnymi nadziei. Trudno się im nie przyglądać. W mojej głowie zaczynają pojawiać się słowa, rytm tych słów jest dziwnie znajomy lecz dopiero po chwili uświadamiam sobie co takiego wypowiadam w myślach. Mówię słowa wiersza, który zawsze powtarzam przy zmarłych.

- Wkrótce dostarczą nam nowych skazańców – mówi Vick.

- Ilu? – pada pytanie z tłumu.

- Nie wiem – odpowiada Vick – Wiem tylko to, co powiedział Oficer, że będą inni niż my, ale mamy traktować ich dokładnie tak samo jak wszystkich i będziemy za wszystko, co się z nimi tutaj stanie.

            Nikt nic nie mówi. To jedna z rzeczy, które Społeczeństwo mówiło naprawdę – każdy kto skrzywdzi lub zabije jednego z pozostałych zostanie zabrany przez Funkcjonariuszy. Szybko. Widywaliśmy już to. Społeczeństwo postawiło sprawę jasno: nie możemy ranić się nawzajem. To zadanie dla Wroga.

- Może przyślą nam jakąś dużą grupę – ktoś się odzywa – Może powinniśmy zaczekać z walką do ich przybycia.

- Nie – zaprzecza stanowczo Vick, z nutą przywództwa w głosie – Jeśli Wróg zaatakuje dziś, dziś będziemy z nim walczyć. – Jego ręka wskazuje pojawiający się właśnie na horyzoncie biały księżyc. – Wszyscy na swoje pozycje.

- Jak myślisz, co ten Oficer miał na myśli? – Eli pyta kiedy inni już odeszli – O tych nowych, dlaczego mają być inni?

Vick zaciska usta, a ja już wiem, że myśli o tym samym. Dziewczyny. Oni przysyłają nam do obozu dziewczyny.

- Masz rację – mówi Vick spoglądając na mnie – Chcą się pozbyć Abberacji.

- I mogę się założyć, że  pozbyli się już wszystkich Anomalii przed nami – mówię i niemalże w tym samym momencie, kiedy słowa padają z moich ust, widzę jak Vick zaciska pięść i wykonuje zamach prosto w moją twarz. Uchylam się w ostatnim momencie. Pudłuję, a ja instynktownie wykonuję cios prosto w jego brzuch. Odrzuca go to do tyłu, ale nie upada.

Eli stoi jak wryty. Vick i ja wpatrujemy się w siebie.

Ból, który dostrzegam w oczach Vicka, nie jest wynikiem ciosu, który mu zadałem. Vick dostawał takie uderzenia nie raz, podobnie jak i ja. Potrafimy sobie radzić z takim bólem. Nie jestem pewny, dlaczego to, co powiedziałem wywołało u niego taką reakcję, wiem jednak doskonale, że nigdy mi tego nie powie. Ja mam swoje sekrety. On ma swoje.

- Myślisz, że jestem Anomalią? – po chwili Vick pyta cicho. Eli cofa się nieco, by zachować bezpieczny dystans.

- Nie – odpowiadam szczerze.

- A gdybym był?

- Ucieszyłbym się – mówię – Oznaczałoby to, że niektórzy przeżyli, lub to, że myliłem się co do planów Społeczeństwa dotyczących skazańców tutaj.

Vick i ja w tym samym momencie spoglądamy w niebo. Usłyszeliśmy ten sam dźwięk, poczuliśmy to samo ciśnienie w naszych żyłach.

Wróg.

Księżyc wysoko na niebie.

I do tego w pełni.

- Atakują! – Vick wykrzykuje, co sił w płucach.

Wiadomość roznosi się lotem błyskawicy.  Wszyscy zaczynają krzyczeć i wydawać różne polecenia, wyraźnie słychać w ich głosach złość i terror, ale jest też coś jeszcze, coś czego dawno nie słyszałem. W ich głosach słychać radość z tego, że mogą się bronić.

Vick spogląda na mnie i wiem, że znów myślimy o tym samym. Kusi nas by zostać i stanąć do walki z pozostałymi. Przecząco kręcę głową. Nie. On może zostać jeśli chce. Ja uciekam. Muszę stąd uciec. Muszę spróbować dostać się do Cassi.

            Światła latarek poruszają się w różnych kierunkach. Ciemne postaci biegają i krzyczą.

            – Teraz – decyduje Vick.

            Odrzucam swoją broń i łapię Eli’ego za ramię. – Chodź z nami – mówię mu. Spogląda na mnie zdziwiony.

            – Gdzie? – pyta, a ja wskazuje Kanion. Jego oczy rozszerzają się w widocznym niedowierzaniu. Tam?

            – Tam – mówię – teraz!

Eli wacha się jedynie przez moment, po czym kiwa głową i zaczynamy biec. Swoją broń zostawiłem na ziemi za nami. Jedna szansa więcej dla kogoś by mógł dzięki niej się obronić. Kątem oka spoglądam na Vicka, on też zostawił broń, a obok niej swój miniport.

            Mam nieodparte wrażenie, że biegniemy po grzbiecie jakiegoś ogromnego zwierzęcia, pod nogami czuję jego żebra, a przemierzając wysokie, wyschnięte trawy srebrzące się w świetle księżyca, odnoszę wrażenie, że to jego futro. Po chwili trawy kończą się i pod naszymi nogami są twarde kamienie, zbliżamy się do granic Kanionu, tam właśnie będziemy najbardziej widoczni.

            Mniej niż kilometr dalej słyszę upadek Eliego.

- Zostaw swoją broń – mówię mu, a gdy nie słucha, wyciągam rękę w jego stronę i wytrąca mu ją z rąk. Upada na ziemię, a Eli zatrzymuje się koło niej.

- Eli – mówię, a mój głos niknie w odgłosach nalotu, który właśnie się zaczął. Słychać krzyki ludzi.

- Biegnij – mówię – Nie słuchaj tego. Sam też staram się tego nie słyszeć – tego krzyku, wrzasków, umierania.

            Dobiegamy do krawędzi, zatrzymujemy się koło Vicka, który zdążył już nieco ochłonąć.

- Tędy – mówię wskazując kierunek

- Musimy wrócić i im pomóc – odzywa się Eli.

            Vick nie odpowiada, zaczyna biec we wskazanym przeze mnie kierunku.

- Ky?

- Biegnij dalej Eli – odpowiadam.

- Nie obchodzi Cię to, że oni tam umierają? – pyta.

            Dobiegają nas dźwięki walki, słychać strzały z broni, którą stworzyliśmy.

- Chcesz przeżyć? – pytam Eliego, wściekły, że tak bardzo utrudnia mi zapomnienie o tym, co dzieję za nami.

            Wtedy zwierzę, po którego grzbiecie biegliśmy zadrżało. Wybuchło coś dużego, w jednej sekundzie Eli i ja zaczynamy uciekać, instynkt każe nam biec by przeżyć. Nie myślę o niczym poza tym biegiem.

 

            Już kiedyś przeżyłem coś podobnego. Wiele lat temu. Mój ojciec powiedział mi wtedy „Jeśli coś się wydarzy, biegnij do Kanionu”. Więc tak zrobiłem. Jak zawsze, chciałem przeżyć.

            Wtedy jednak Funkcjonariusze pojawili się przede mną w samolocie, przemierzając w kilka chwil odcinek, którego przebiegnięcie zajęło mi kilka godzin. Obezwładnili mnie. Próbowałem się wyrwać. Kamień ranił mój policzek, kiedy przyciskali mnie do ziemi. Chciałem ukryć przed nimi jedną najcenniejszą dla mnie rzecz, którą przed ucieczką zabrałem z domu – pędzel mojej matki.

            W samolocie zobaczyłem tylko jedną osobę – dziewczynę z mojej wioski. Kiedy wznieśliśmy się w powietrze Funkcjonariusze kazali nam wziąć czerwone tabletki. Słyszałem na ich temat wiele pogłosek. Myślałem, że umrę. Zacisnąłem usta najmocniej jak potrafiłem. Nie chciałem wziąć tej tabletki.

- Teraz Twoja kolej – jedna z Funkcjonariuszek odezwała się sympatycznym głosem i wepchnęła mi do ust zieloną tabletkę. Fałszywy spokój ogarnął moje ciało i nie mogłem się bronić kiedy wkładała mi do ust czerwoną kapsułkę. Moje ręce jednak walczyły. Złapałem pędzel mojej mamy i zacisnąłem pięści tak mocno, że pędzel się złamał.

            Nie umarłem. Zabrali nas do kabiny z tyłu samolotu i  tam umyli nasze ręce, twarze i włosy. Traktowali nas delikatnie, dali nam nowe ubrania i powiedzieli historię, którą mieliśmy pamiętać zamiast tego, co naprawdę się wydarzyło.

- Przykro nam – mówili, starając się by ich twarze faktycznie wyrażały żal – Wróg zaatakował w czasie, kiedy większość ludzi pracowała w polu. Niewielka część ludzi zginęła, w tym niestety wasi rodzice.

            Pomyślałem sobie wtedy, dlaczego oni to mówią? Myślą, że zapomnimy, co naprawdę się stało? To nieprawda, że niewielu zginęło. Prawie wszyscy zginęli. I nie byli wtedy w polu. Wszystko przecież widziałem.

            Dziewczyna siedząca obok rozpłakała się, kiwała zgadzając się na prawdę, którą mówili, uwierzyła mimo, że przecież powinna wiedzieć, że oni kłamią. Wtedy zdałem sobie sprawę, że czerwona tabletka miała sprawić, że zapomnę.

            Udawałem, że zapomniałem. Zachowywałem się tak jak dziewczyna i próbowałem przyjąć obojętny wyraz twarzy, taki sam jak jej.

            Nie potrafiłem jednak płakać, jak ona. Wiedziałem, że jeśli zacznę płakać, nigdy nie przestanę. Wtedy oni domyśliliby się, że wiem, co naprawdę się tam wydarzyło.

            Wyjęli mi z rąk połamany pędzel i zapytali skąd go mam.

            W pierwszym momencie spanikowałem. Nie wiedziałem skąd go mam. Czy czerwona tabletka zadziałała? I wtedy przypomniałem sobie skąd mam ten pędzel, należał do mojej matki. Znalazłem go w wiosce kiedy wróciłem tam z Kanionu po ostrzelaniu.

            Spojrzałem na Funkcjonariuszkę i powiedziałem „Nie wiem, chyba go znalazłem”

            Uwierzyli mi i wtedy nauczyłem się kłamać, tak by nie zostać przyłapanym.

 

Zbliżamy się do Kanionu.

- Którędy? – Vick woła do mnie. Z tej odległości widać to, czego nie sposób dostrzec kiedy patrzy się na Kanion z daleka – głębokie szczeliny pokrywające całą płaszczyznę. Każda szczelina prowadziła w głąb Kanionu, od wyboru dobrej drogi zależało powodzenie całej akcji.

            Nie wiem. Nigdy tu wcześniej nie byłem, słyszałem jedynie od ojca o jego wyprawach tutaj. Musiałem szybko podjąć decyzję. Przez tę jedną chwilę jestem ich liderem.

- Tędy – mówię, wskazując najbliższe miejsce, w którym rozstąpiła się ziemia. Coś w wyglądzie tej szczeliny sprawia, że wydaje się znana, jak czytana już kiedyś powieść.

            Poruszamy się bez latarek. Światło księżyca musi wystarczyć. Obiema rękami przytrzymujemy się skał. Rozcinam sobie ramię wystającymi ze ściany kamieniami i korzeniami roślin.

            Za nami słyszę kolejny wybuch – dźwięk, który jest niepodobny do dźwięków broni Wroga. Nie dochodził z wioski. Był zdecydowanie bliżej. Jakby na równinie tuż za nami.

- Co to było? – Eli pyta.

- Rusz się – mówię z Vickiem jednocześnie i schodzimy szybko, coraz szybciej, coraz bardziej posiniaczeni i krwawiący.

Jesteśmy ścigani.

            Po kilku chwilach Vick zatrzymuje się, a ja przeciskam się przed niego. Musimy zejść głęboko w Kanion i to szybko.

- Uważaj – odzywam się – Grunt jest skalisty. Słyszę oddechy Vicka i Eliego za sobą.

- Co to było? – znów pyta Eli, kiedy schodzimy niżej.

- Ktoś nas śledził – mówi Vick – I został zastrzelony.

- Możemy się zatrzymać na chwilę – mówię wdrapując się pod duży wystający kamień. Vick i Eli wciskają się koło mnie.

            Oddech Vicka jest niespokojny. Przyglądam mu się chwilę.

- Wszystko w porządku – odpowiada – Dzieje się tak kiedy biegam, zwłaszcza kiedy jest tak dużo kurzu.

- Kto do nich strzelał? – dopytuje Eli – Wróg?

            Vick nic nie mówi.

- Kto? – głos Eliego staje się ostry.

- Nie wiem – odpowiada w końcu Vick – Naprawdę nie wiem.

- Ty nie wiesz?

- Nikt nie wie wszystkiego – mówi Vick – Poza Ky’em. On myśli, że znalazł tą jedyną.

            Nagła nienawiść gotuje się we mnie, czysty, wyczerpujący gniew, lecz zanim mówię i robię cokolwiek, Vick dodaje – Kto wie. Może tak właśnie jest.

            Odpycha się od ściany, na której się opierał i mówi – Idziemy, Ty pierwszy.

            Powietrze w Kanionie jest ostre i mroźne tak bardzo, że pali mnie w gardło, pozwalam oczom przyzwyczaić się do ciemności by po chwili znów ujrzeć zarysy skał i roślin.

- Tędy – mówię – Świećcie latarkami nisko po ziemi jeśli musicie ich używać, choć księżyc powinien wystarczyć.

            Społeczeństwo lubi ukrywać przed nami różne sprawy, lecz wiatr nie dba o to co wiemy. Dobiega do nas to, co wydarzyło się na górze – zapach dymu i biała substancja, która na nas spada. Biały popiół. Ani przez moment nie przypomina on śniegu.

Rozdział VIII CASSIA

 

Pierwszą rzeczą jaką zrobili Funkcjonariusze po tym, jak wznieśliśmy się w powietrze było złożenie obietnicy, że dostaniemy kurtki.

- Przed nastaniem Społeczeństwa, w czasach wielkiego Upału, zmienił się klimat Zewnętrznych Prowincji – mówi Oficer – Jest tu zimno, choć nie tak zimno jak bywało kiedyś. Nadal istnieje zagrożenie zamarznięcia w nocy, lecz jeśli będziecie nosić te kurtki, nic wam się nie stanie.

            Więc lecimy do Zewnętrznych Prowincji. To już pewne. Spoglądam na inne dziewczyny, wszystkie patrzą przed siebie, nawet Indie. Niektóre z nich trzęsą się bardziej niż reszta.

- To zadanie nie będzie różniło się niczym od waszej poprzedniej pracy – Oficer mówi, do pogrążonych w ciszy dziewczyn – Waszym zadaniem będzie uprawa bawełny. Chcemy by Wróg myślał, że ta część naszej ziemi jest dalej zamieszkiwana i tętniąca życiem. To strategiczny ruch Społeczeństwa.

- Więc to prawda? Toczymy wojnę z Wrogiem? – pyta jedna z dziewcząt.

            Oficer zaśmiał się pogodnie. – Już niedługo. Społeczeństwo jest bardzo silne, ale Wróg jest nieprzewidywalny. Musimy zrobić wszystko by Wróg uwierzył, że Zewnętrzne Prowincje są zamieszkałe i dobrze prosperujące. Społeczeństwo nie chce by ktokolwiek musiał przebywać tu zbyt długo, dlatego wdrożyło program sześciomiesięcznej rotacji. Jak tylko wasz czas tutaj dobiegnie końca, wrócicie do domów, jako Obywatele.

Nic z tego, o czym mówi nie jest prawdą – myślę sobie – choć tak łatwo uwierzyć w jego słowa.

- A teraz – mówi, gestem przywołując pozostałych Funkcjonariuszy, którzy nie pilotują samolotu – Oni zabiorą was za tamtą zasłonę, przeszukają i rozdadzą standardowe uposażenie, w tym kurki.

            Będą nas przeszukiwać. I to teraz.

            Nie zostałam wywołana jako pierwsza do sprawdzania. Przerażona, szukam jakiegoś miejsca, w którym mogłabym schować tabletki, ale nic nie wydaje się odpowiednią kryjówką. Samoloty produkowane na potrzeby Społeczeństwa są pełne gładkich powierzchni, bez żadnych zakamarków czy schowków. Nawet nasze siedzenia są twarde i równe, a pasy, którymi jesteśmy przypięte są proste i napięte. Nie ma tu żadnego miejsca, w którym mogłabym ukryć tabletki.

- Masz coś do ukrycia – słyszę szept Indie.

- Tak – odpowiadam. Nie ma powodu, żeby ją okłamywać.

- Ja też – szepce – Wezmę to, co Ty masz. A kiedy będzie moja kolej Ty weźmiesz coś ode mnie.

            Otwieram powoli saszetkę i wyjmuję z niej opakowanie z tabletkami. Zanim jestem w stanie zrobić coś więcej Indie z niesamowitą szybkością – mimo kajdanek na rękach, przechwytuje tabletki. Co teraz z nimi zrobi? Co takiego ona próbuje ukryć i jak chce po to sięgnąć skoro ręce ma uwięzione.

            Nie mam więcej czasu by o tym myśleć. – Nastęna – Funkcjonariuszka o brązowych włosach woła, wskazując na mnie.

            Nie oglądaj się za Indie, powtarzam sobie. Niczego po sobie nie zdradź.

 

             Za zasłoną musiałam rozebrać się do bielizny, a Funkcjonariuszka przeszukiwała kieszenie moich ubrań. Kazała mi się ubrać w nowy komplet – czarny zamiast dotychczas noszonego brązowego.

- Sprawdźmy jeszcze saszetkę – mówi odbierając mi ją. Przegląda wiadomości i stara się nie skrzywić kiedy jeden z najstarszych listów od Brama rozsypuje się na kawałki w jej palcach.

            Oddaje mi saszetkę – Możesz się już ubrać – mówi.

            Kiedy kończę zapinać ostatni guzik koszuli Funkcjonariuszka woła głównego Oficera – Ta nie ma nic – mówi o mnie. Oficer kiwa głową.

            Z powrotem na swoim miejscu koło Indie wkładam ręce do kieszeni nowo pozyskanego płaszcza – Jestem gotowa – mówię miękko, lekko poruszając ustami.

- Wszystko jest już w Twojej kieszeni – Indie spokojnie odpowiada.

            Mam ochotę zapytać jej jak zrobiła to tak szybko, ale nie chcę być usłyszana. Oddycham z ulgą, udało nam się. Indie się udało.

            Kiedy Funkcjonariuszka wskazuje na Indie kilka chwil później, ona wstaje i idzie do niej z pochyloną głową i rękoma posłusznie trzymanymi przed sobą. Indie świetnie udaje załamaną tą całą sytuacją, myślę sobie przyglądając się jak odgrywa swoją rolę.

            Siedząca naprzeciw mnie dziewczyna, którą przeszukiwano zaraz po mnie zaczyna szlochać. Zastanawiam się czy próbowała coś przemycić i to się nie udało – dokładanie to zdarzyłoby się mnie, gdyby nie Indie.

- Masz rację, że płaczesz – mówi szorstko inna dziewczyna – Lecimy do Zewnętrznych Prowincji.

- Zostaw ją w spokoju – trzecia włącza się do rozmowy. Oficer zauważa płaczącą dziewczynę i przynosi jej zieloną tabletkę.

            Indie nie odzywa się ani słowem po powrocie z przeszukania. Nawet nie spogląda w moim kierunku. Czuję ciężar tabletek w kieszeni mojego płaszcza. Chciałabym bardzo móc zajrzeć tam by sprawdzić, że wszystkie tam są – niebieskie od Xandera i moje własne, lecz wiem, że nie mogę teraz nic zrobić. Ufam Indie i ona ufa mi. Waga pojemnika z tabletkami wydaje się taka sama; nie odczułam ciężaru czegoś innego. Cokolwiek Indie chciała ukryć, musi to być małe i lekkie.

            Zastanawiam się, co to takiego. Być może powie mi to później.

            Funkcjonariusze dają nam minimalny ekwipunek: porcje jedzenia na dwa dni, dodatkowy komplet ubrań, menaszkę, plecak, w którym możemy nosić to wszystko. Żadnych noży, nic ostrego. Żadnych pistoletów, ani broni. Latarkę, która jest tak lekka i powykręcana w kształcie, że w żadnym wypadku nie może posłużyć jako broń.

            Nasze kurtki są lekkie, lecz ciepłe, zrobione z jakiegoś specjalnego materiału. Zastanawia mnie, dlaczego Społeczeństwo marnuje tyle pieniędzy na ludzi, których tutaj wysyła. Te kurtki to jedyny przebłysk ich troski o to, czy przeżyjemy, czy nie. Jak nic innego z rzeczy, które otrzymaliśmy te kurtki oznaczają inwestycję. Wydatek.

            Zerkam na Oficera. Odwraca się i otwiera drzwi do kabiny pilota. Wchodząc, zostawia je delikatnie uchylone i dostrzegam kokpit pełen różnych dźwigni i migających lampek. Dla mnie nie przestawiają żadnego porządku, są niezrozumiałe niczym konstelacje gwiazd, tylko pilot zna ich przeznaczenie.

- Ten samolot wydaje dźwięki podobne do szumu rzeki – odzywa się Indie.

- Tam, skąd pochodzisz jest wiele rzek? – pytam

Kiwa głową.

- Jedyną rzeką, o której słyszałam, że płynie w okolicy, jest Syzyf – mówię.

- Syzyf? – Indie spogląda na mnie ciekawie. Odwracam się by sprawdzić czy żaden Funkcjonariusz czy Oficer nie słuchają.

- Społeczeństwo ją zatruło – mówię – Nic nie może żyć w niej, ani na jej brzegach. Nic tam nie rośnie.

            Indie patrzy prosto w moje oczy. – Nigdy nie można zabić rzeki do końca – mówi – Nie można zabić czegoś, co ciągle jest w ruchu i ciągle się zmienia.

            Oficer, po rozmowie z pilotem wraca i mówi coś do Funkcjonariuszy. Coś w sposobie w jaki porusza się po samolocie sprawia, że przypomina mi się Ky; sposób w jaki utrzymywał równowagę w jadącym pociągu powietrznym, jego umiejętność przewidywania nawet najmniejszej zmiany w kierunku jazdy.

            Ky nie potrzebował kompasu, który by go kierował. Ja też potrafię podróżować bez niego.

            Lecę teraz w stronę Ky’a, oddalając się od Xandera, w kierunku, który jest czymś nowym, Zewnętrznym.

- Jesteśmy prawie na miejscu – mówi brązowowłosa Funkcjonariuszka. Spogląda na nas a ja dostrzegam w jej spojrzeniu coś szczególnego – współczucie.

Jest jej nas wszystkich żal. Jest jej żal mnie.

            A nie powinna tak czuć. Nikt na pokładzie nie powinien tak czuć. W końcu docieram do Zewnętrznych Prowincji.

            Pozwalam sobie na marzenie, że Ky czeka na mnie kiedy ląduję, że jestem jedynie chwile od momentu, kiedy znów na niego spojrzę. Może nawet dotknę jego dłoni, a potem, w ciemności, jego ust.

- Uśmiechasz się – Indie mówi.

- Wiem – odpowiadam.

Rozdział VII KY

- Wszyscy na Ciebie patrzą – mówi do mnie Vick.

            Ignoruję go. Kilka cylindrów, którymi wczoraj ostrzeliwał nas Wróg nie wybuchły. Wciąż mają proch w środku. Próbuję przesypać go do komory pistoletu. Działania Wroga zastanawiają mnie coraz bardziej – ich amunicja wydaje się coraz bardziej prymitywna i coraz mnie efektywna odkąd tu jesteśmy. Może faktycznie przegrywają.

- Co robisz? – Vick pyta.

            Nie odpowiadam. Próbuję sobie przypomnieć jak to się robi. moje dłonie robią się czarne od prochu kiedy przesypuję go między palcami.

            Vick kładzie dłoń na moim ramieniu. – Przestań – mówi cicho – Wszyscy skazańcy przyglądają się Tobie.

- A co Ciebie obchodzi co oni myślą?

- To nie wpływa dobrze na morale, gdy ktoś taki jak Ty zaczyna wariować.

- Sam powiedziałeś, że nie jesteśmy ich przywódcami. – mówię do niego, a kiedy spoglądam na jego twarz on odwraca się w stronę gapiów. Nikt nie patrzy mi prosto w oczy. Poza Elim – on przygląda mi się uważnie a ja posyłam mu szybki uśmiech, żeby wiedział, że nie oszalałem.

- Ky – odzywa się Vick, nagle pojmując, co tak właściwie robię – Próbujesz wykombinować jak zrobić z tego prawdziwą amunicję?

- Niewiele dobrego da się z tego zrobić – mówię – Można z tego wystrzelić tylko raz i trzeba będzie rzucać tym jak granatami. Rzuć i uciekać w drugą stronę.

            Vickowi zdecydowanie poprawia się humor – Moglibyśmy dorzucić tam kamieni i innych rzeczy. Rozgryzłeś już jak otworzyć bezpiecznik?

- Jeszcze nie – przyznaję – to najtrudniejsza część.

- Dlaczego? – Vick pyta cicho, by nikt nie słyszał naszej rozmowy – To dobry pomysł, pewnie, ale to będzie zbyt trudne, żeby odpalić to w czasie ucieczki.

- To nie dla nas – odpowiadam i znów zerkam na pozostałych – Nauczymy ich jak robić broń zanim odejdziemy. Niestety, mamy coraz mniej czasu. Zostawmy zakopywanie ciał na dziś.

            Vick wstaje i odwraca się do grupy – Ky i ja robimy sobie dzisiaj przerwę od kopania grobów Reszta ma robić to dalej. Niektórzy nowi jeszcze nawet nie zaczęli.

             Kiedy wszyscy się rozchodzą spoglądam na swoje dłonie – pokryte czarnym prochem i trzymające to, co zadawało śmierć podczas nocnego nalotu – przypominam sobie jak przerabialiśmy te same pozostałości po pociskach jeszcze w mojej prawdziwej osadzie. Społeczeństwo, podobnie jak teraz Wróg myśleli, że tylko oni są uzbrojeni, lecz my wiedzieliśmy jak używać ich broń. I jak produkować swoją własną. Używaliśmy krzemieni – kamieni, dzięki którym rozpalaliśmy małe ogniska wtedy, gdy tego potrzebowaliśmy.

- Dalej uważam, że powinniśmy uciec w nocy, w której nie będzie nalotu – mówi Vick – Możemy zaaranżować to tak, żeby myśleli, że wysadziliśmy się sami używając tego – wskazał na odłamki nabojów leżące dookoła.

            W pewnym stopniu ma rację. Byłem tak pewny, że będą chcieli nas ścigać, że nie brałem pod uwagę żadnej innej możliwości ucieczki. Chociaż, dalej jest bardziej prawdopodobne, że inni będą chcieli ruszyć za nami jeśli nie zrobimy tego w czasie nalotu, kiedy to śmierć innych będzie zacierać nasze ślady. Nie chcę, żeby ktokolwiek inny próbował uciekać z nami. Społeczeństwo z pewnością zauważy brak więcej niż kilku skazańców, a wtedy możemy okazać się cennymi do schwytania.

            Poza tym, nie mam pojęcia co nasz czeka w Kanionie. Nie próbuję dowodzić. Ja chcę jedynie przetrwać.

- A co po wiesz na to – mówię – Ruszamy dzisiaj. Bez względu na to by będzie nalot czy nie.

- W porządku – po chwili odpowiada Vick.

            Więc postanowione. Uciekamy. Wkrótce.

            Staramy się jak najszybciej wymyślić sposób, w jaki moglibyśmy użyć zdobytej broni. Kiedy reszta wraca z kopania grobów, widząc co dokładnie robimy, zaczyna pomagać nam zbierając proch i przynosząc kamienie. Niektórzy nawet nucą i śpiewają podczas pracy. Kiedy zdaję sobie sprawę, co takiego nucą przez sekundę zamieram, choć nie powinienem być zdziwiony melodią, którą wybrali. To hymn Społeczeństwa. Społeczeństwo odebrało nam muzykę, ostrożnie dobierając Sto Piosenek – kombinację utworów, które można odtworzyć jedynie elektronicznie – poza hymnem, który  jest jedyną, jaką ludzie są w stanie zaśpiewać. Mimo, że w hymnie są strofy śpiewane wysokim sopranem, ludzie starają się odśpiewać podstawową linię, łatwe nuty altów i tenorów. Właśnie to teraz słyszę.

            Niektórzy, pochodzący z Zewnętrznych Prowincji utrzymali w pamięci swoje stare piosenki. Pamiętam jak śpiewaliśmy je podczas pracy. Pewna kobieta powiedziała mi, że zapamiętanie starych melodii wcale nie jest trudne tu, gdzie rzeki i skały Kanionu są tak blisko.

            Chciałbym pamiętać jak robiło się naboje. Wzbraniam się natomiast przed wspomnieniami z kim i dlaczego to robiłem.

            Vick kręci głową. – Nawet jeśli rozgryziemy jak zrobić z tego broń, dalej zostawimy ich tu na pewną śmierć.

- Wiem o tym – odpowiadam – ale będą mogli się chociaż przez chwilę bronić.

- Obronią się raz – mówi. Po raz pierwszy zauważyłem, że jego ramiona się garbią. Jakby w końcu zdał sobie sprawę, że jest przywódcą i zawsze nim był i ta wiedza teraz go przytłacza.

- To za mało, wiem – mówię, wracając z powrotem do pracy.

- Za mało – Vick przytakuje.

            Starałem się nie patrzeć na innych skazańców, ale nie udawało mi się to. Jeden z nich ma zmarszczki na twarzy. Inny ma twarz podobną do chłopca, którego wrzuciliśmy do rzeki i zastanawiam się czy byli braćmi. Nigdy go o to nie zapytałem i nie zapytam. Wszyscy noszą nie dopasowane ubrania i wymyślne kurtki, które ogrzewają ich, w oczekiwaniu na śmierć.

- Jak się naprawdę nazywasz? – nieoczekiwanie pyta Vick.

- Naprawdę mam na imię Ky –odpowiadam.

- Ale jakie jest twoje pełne imię i nazwisko?

            Milczę przez minutę, widząc przed oczami swoje nazwisko, pierwszy raz od wielu lat. Ky Finnow. Tak się wtedy nazywałem.

- Roberts – mówi Vick zniecierpliwiony moim zawahaniem. – To moje nazwisko. Nazywam się Vick Roberts.

- Markham – odpowiadam. – Ky Markham. Mówię tak ponieważ pod tym nazwiskiem ona mnie zna. Tak się teraz naprawdę nazywam.

            Mimo to, moje poprzednie nazwisko też brzmi dobrze, kiedy powtarzam je w myślach. Finnow. Nazwisko, które dzieliłem ze swoją matką i ojcem.

            Spoglądam na tych, którzy zbierają kamienie. Część mnie  jest zadowolona z widoku celowości ich ruchów i wiedzy, że pomogłem im czuć się lepiej, choć przez chwilę. Niestety, głęboko czuję, że rzuciłem im tylko strzęp nadziei. Nadziei, której nie powinni mieć. I tak wszyscy umrą.

Rozdział VI CASSIA

 

            Słysząc ciężkie i regularne oddechy w pokoju jestem zupełnie pewna, że reszta dziewczyn śpi, odwracam się na bok i wyciągam z kieszeni kartkę, którą dostałam od Archiwisty.

            Papier jest cienki i kiepskiej jakości, nie to co gruba kremowa kartka, na której był wiersz od dziadka. Ten też jest stary, lecz nie tak stary jak ten od dziadka. Mój tata mógłby określić jego wiek; ale niestety nie ma go tu, pozwolił mi odejść. Kiedy ostrożnie rozkładam złożoną kartkę, papier wydaje cichy szmer, który wydaje się jednak głośny i mam nadzieję, że dziewczyny wezmą ten odgłos za szelest koca lub za dźwięk skrzydeł jakiegoś owada.

            Długo czekałam, aż wszyscy w pokoju zasną. Kiedy wróciłam ze swojego spotkania z Xanderem powiedziano mi, że żadna z nas nie dostała jeszcze polecenia przeniesienia; Funkcjonariusz powiedział, że powiedzą gdzie nas przenoszą następnego dnia rano. Doskonale rozumiem, że dziewczyny czują się z tym nieswojo – ja mam dokładnie tak samo. Do tej pory zawsze wiedziałyśmy już przed ostatnią nocą gdzie będziemy wysłane następnego dnia. Skąd ta zmiana? Widocznie Społeczeństwo miało jakiś ważny ku temu powód. Społeczeństwo zawsze ma jakieś powody swoich decyzji.

            Przesuwam kartkę tak, by oświetlało ją białe światło księżyca za oknem. Moje serce bije szybko, a puls przyśpiesza mimo, że leżę prawie nieruchomo. Niech to będzie coś warte, proszę – w myślach wypowiadam prośbę skierowaną do nikogo i zaczynam czytać.

            O nie.

            Zaciśniętą mocno pięść przykładam do drżących ust by powstrzymać się przed wypowiedzeniem tych słów na głos w cichym pokoju.

            To nie jest mapa, ani nawet wskazówki jak dotrzeć tam, gdzie chcę być.

            To opowiadanie, a po przeczytaniu pierwszej linijki wiem, że nie jest to jedno ze Stu:

            Mężczyzna wtaczał kamień pod górę. Kiedy dochodził do szczytu, kamień staczał się na sam dół i mężczyzna zaczynał od początku. W pobliskiej wiosce ludzie zaczęli zwracać na niego uwagę. „Taki dostał wyrok” mówili. Nikt się do niego nie zbliżał ani nie próbował pomóc ponieważ bali się tych, którzy zawinili i musieli ponosić karę. On wtaczał dalej. Oni patrzyli.

            Wiele lat później, następne pokolenie zauważyło, że mężczyzna i jego kamień wtopili się w górę, tak jak słońce wtapia się w linię horyzontu. Widzieli jedynie część kamienia i część mężczyzny, który wtaczał kamień na szczyt.

            Jedno z dzieci zaciekawiło to bardzo. Pewnego dnia dziecko postanowiło podejść bliżej. Kiedy dziewczynka stała wystarczająco blisko zauważyła, że na kamieniu wyryte są imiona, daty i miejsca.

- Co to za słowa? – zapytała.

- To smutki zebrane ze świata – mężczyzna odpowiedział jej – Steruję nimi by doszły na szczyt i to w kółko.

- Używasz ich by drążyć w skałach – dziecko odpowiedziało przyglądając się głębokiemu tunelowi, w którym mężczyzna toczył kamień.

- Tworzę coś – mężczyzna powiedział – A kiedy skończę, przyjdzie czas na Ciebie byś zajęła moje miejsce.          

            Dziewczynka nie przestraszyła się. – A co takiego robisz?

- Rzekę – odpowiedział.

            Dziecko wróciło do wioski zastanawiając się, jak ktokolwiek może zrobić rzekę. Niedługo potem spadł obwity deszcz i powódź zalała koryto i porwała ze sobą mężczyznę niewiadomo gdzie. Dziewczynka przekonała się, że mężczyzna miał rację – można robić rzekę, zajęła więc jego miejsce i zaczęła pchać kamień sterując smutkami i żalami świata.

            W ten sposób narodził się Pilot.

            Pilot to człowiek, który toczy kamień a potem zostaje porwany przez wodę. To kobieta, która przekracza rzekę i spogląda w niebo. Pilot jest stary i młody i ma każdy możliwy kolor oczy i włosy w każdym możliwym odcieniu, zamieszkuje pustynie, wyspy, lasy, góry i równiny.

            Pilot jest przywódcą Powstańców – grupy zbuntowanych wobec Społeczeństwa. Pilot nigdy nie umiera. Kiedy jeden kończy swoją pracę, na jego miejsce przychodzi następny.

            I tak to już się toczy, od wielu, wielu lat.

            Ktoś w pokoju obraca się i porusza na łóżku – ja zamieram w bezruchu czekając aż oddech tej dziewczyny znów się wyrówna we śnie. Kiedy tak się dzieje wracam do czytania, by dowiedzieć się co jest napisane w ostatnim zdaniu:

            Daleko poza granicami Społeczeństwa oznaczonymi na mapie Pilot będzie zawsze żył i działał.

            Niespodziewanie przeszywa mnie gorąca iskra nadziei kiedy dochodzi do mnie o czym tak naprawdę jest ten tekst, który trzymam w dłoniach.

            Istnieją buntownicy. Są prawdziwi, zorganizowani i mają przywódcę.

            Ky i ja nie jesteśmy jedynymi.

            Słowem-kluczem był Pilot. Czy dziadek wiedział o tym? Czy to właśnie dlatego podarował mi wiersz zanim umarł? Czy do tej pory źle odczytywałam to, co dziadek chciał mi przekazać przez tamten wiersz?

            Nie jestem w stanie usiedzieć w miejscu.

            „Obudź się” szepcę tak cicho, że ledwo słyszę swój własny głos. „Nie jesteśmy jedyni”. Jedną stopę zwieszam ze swojego łóżka. Mogłabym zejść z łóżka, obudzić wszystkie dziewczyny i opowiedzieć im o Powstańcach. Być może on już o nich wiedzą. Choć, to mało prawdopodobne. Wydają się takie pozbawione nadziei. Poza Indie, która choć ma w sobie więcej żaru niż inne, podobnie jak one nie ma żadnego celu. Nie wydaje mi się, żeby wiedziała.

            Powinnam powiedzieć Indie.

            Przez chwilę jestem przekonana, żeby to zrobić. Moje stopy lekko dotykają podłogi, kiedy schodzę z drabinki i otwieram usta. Wtedy, za drzwiami słyszę głos Funkcjonariusz patrolującego korytarz i zatrzymuję się z niebezpiecznym papierem w ręce, który wygląda jak biała flaga.

            W tym momencie postanawiam, że nie powiem nikomu. Zrobię z tą kartką to, co zawsze robie gdy ktoś powierza mi coś tak niebezpiecznego:

Zniszczę to.

 

- Co robisz? – słyszę cichy głos Indie za moimi plecami. Nie słyszałam jak podeszła do mnie ze swojego łóżka na drugim końcu pokoju, a kiedy ją słyszę prawię podskakuję ze strachu.

- Muszę znów umyć ręce – szepcę, opanowując potrzebę odwrócenia się do niej twarzą. Stoję przy umywalce i lodowata woda obmywa moje palce. Brzmi jakby przez środek ciemnego pomieszczenia płynęła rzeka. – Wcześniej nie wyczyściłam ich dokładnie. Sama wiesz jak Funkcjonariusze nie lubią, kiedy brudne kładziemy się do łóżka.

- Obudzisz pozostałe dziewczyny – mówi – I tak nie jest im łatwo tutaj zasypiać.

- Przepraszam – mówię szczerze. Nie znalazłam żadnego innego pomysłu na pozbycie się kartki. Kilka długich i stresujących chwil zajęło mi podarcie jej na malutkie kawałeczki. Na początku trzymałam kartkę przy twarzy i chuchałam na nią by darcie papieru nie było takie głośne. Mam nadzieję, że podarłam ją na tak małe kawałeczki, że nie utkną w odpływie i popłyną rurami gdzieś daleko.

            Indie pochyla się i zakręca wodę. Przez ułamek sekundy wydaje mi się, że ona coś wie. Być może nie wie o Powstańcach, o buncie, ale jestem przekonana, że wie coś o mnie.

            Stuk, stuk. Słychać obcasy Funkcjonariuszki odbijające się echem po cemencie. W sekundzie dobiegamy do swoich łóżek, staram się jak najszybciej wejść po drabince na swoją pryczę.

            Funkcjonariuszka zatrzymuje się na chwilę przed naszym pokojem, nasłuchuje, po czym rusza dalej.

            Siadam na łóżku nasłuchując drogę powrotną Funkcjonariuszki. Zatrzymała się przy innym pokoju.

            Bunt. Pilot.

            Kto to może być?

            Czy Ky wie coś o tym wszystkim?

            Może wiedzieć. Mężczyzna z opowiadania przypomina Syzyfa, o którym Ky opowiadał mi jeszcze w Mieście. Przypominam sobie jeszcze jak Ky opowiadał mi swoją historię, kawałek po kawałku. Nie przypuszczałabym, że znam ją już całą.

            Próba dotarcia do niego była moim głównym celem od bardzo długiego czasu. Nawet bez mapy, czy kompasu wiem, że potrafię go odnaleźć. W głowie odtwarzam sobie wciąż moment naszego ponownego spotkania. To jak przytula mnie mocno, jak szepcę mu do ucha słowa wiersza specjalnie dla niego. Wyobrażając sobie to wszystko nie pomijam nawet tego, że wiersz nie jest jeszcze dokończony. Nie umiem przebrnąć poza pierwszy wers. Pisałam już tak wiele początków przez te wszystkie miesiące, a nie jestem w stanie opisać dalej takiej miłości jak nasza.

            Powoli, centymetr po centymetrze kładę się najdelikatniej jak mogę, dopóki całym ciężarem nie leżę na łóżku czując wszystko od osmyków włosów po ciężar nóg na materacu. Dzisiejszej nocy już nie zasnę.

 

            Przychodzą po nas przed świtem, tak samo jak wtedy przyszli po Ky’a.

            Nie słyszę żadnych krzyków lecz coś wzbudza mój niepokój. Coś ciężkiego wisi w powietrzu; ptaki za oknem śpiewają dziś inaczej niż do tej pory.

            Siadam na łóżku i wyglądam przez okno. Funkcjonariusze zabierają dziewczyny, niektóre z nich płaczą i próbują się uwolnić. Przybliżam twarz do okna żeby zobaczyć więcej, moje serce bije mocno, podświadomie wiem, gdzie je zabierają.

            Co zrobić, żeby znaleźć się wśród nich? Mój umysł zaczyna sortować dane. Jak wiele kilometrów, jak wiele zmiennych musi pasować bym znalazła się bliżej niego. Nie potrafiłam dotrzeć do Zewnętrznych Prowincji sama, więc może teraz Społeczeństwo mnie tam zabierze.

            Dwóch Funkcjonariuszy otwiera drzwi naszego pokoju:

- Potrzebujemy dwóch dziewczyn z tego pokoju – mówi jeden z nich – Łóżko numer 8 i łóżko numer 3 – dziewczyna z łóżka numer 8 siada i rozgląda się z przerażeniem.

            Łóżko numer 3, łóżko Indie, jest puste.

            Funkcjonariusze podnoszą alarm, a ja dostrzegam jakiś cień za oknem. Ktoś stoi samotnie przy drzewach rosnących niedaleko. To Indie. Nawet, kiedy na dworze panuje jeszcze półmrok potrafię ją rozpoznać, po sposobie w jaki stoi. Musiała usłyszeć dziewczyny za oknem i w jakiś sposób wymknęła się. Nie zauważyłam kiedy zniknęła.

            Ona chce uciec.

            W momencie kiedy Funkcjonariusze są zajęci wyciąganiem dziewczyny z 8 łóżka i raportowaniem przez miniport o Indie, ruszam. Wysypuję trzy tabletki z mojego pojemnika – zieloną, niebieską i czerwoną – i chowam je do zawiniątka z niebieskimi tabletkami. Chowam tabletki pod wiadomościami w mojej saszetce i modlę się, że nikt nie będzie przeszukiwał mnie tak dokładnie. Pusty pojemnik chowam pod materacem. Muszę pozbyć się tylu oznak mojego Obywatelska ilu mogę.

            Wtedy zdaję sobie z czegoś sprawę.

            Coś zginęło z mojej saszetki.

            Srebrne pudełko z mojego Bankietu Doboru.

            Pospiesznie znów przeglądam zawartość saszetki, przesuwam palcami po kocu, spoglądam na podłogę. Nie mogło mi nigdzie wypaść ani się zgubić; zniknęło.

            I tak musiałabym się go pozbyć – taki był plan, lecz nagłe jego zniknięcie jest niepokojące.

            Gdzie ono może być?

            Nie ma czasu, żeby teraz się nad tym zastanawiać. Zsuwam się ze swojego łóżka i podążam za Funkcjonariuszami i płaczącą dziewczyną. Dziewczyny w innych pokojach udają, że śpią. Dokładnie tak samo jak ludzie w Orii, gdy zabierali Ky’a.

            Uciekaj, Indie – szpecę pod nosem. Mam nadzieje, że obie zdobędziemy to, czego pragniemy.

 

            Jeśli kogoś kochasz, jeśli ktoś kocha Ciebie, jeśli ten ktoś nauczył Cię pisać i zrobił to po to byś miała swoje zdanie, jak można nie zrobić nic? To tak jakby zebrać te wszystkie wyrazy zapisane na piasku i rzuć je wprost w nadciągający wiatr.

            Jeśli się zakochasz, to koniec. Kochasz i nie możesz tego cofnąć.

            Myślę o Ky’u intensywnie, czuję go głęboko w moim sercu, a opuszki jego palców wciąż ogrzewają moje puste dłonie. Muszę próbować go znaleźć. Miłość do niego dała mi skrzydła a wszystko to, co robię dodaje mi sił by działać dalej.

 

            Samolot ląduje na placu pośrodku obozu. Funkcjonariusze wyglądają na nieco rozkojarzonych, działają nieco chaotycznie – widzę wśród nich zupełnie nowe twarze. Jeden z nich, noszący uniform pilota mówi coś szorstko i spogląda w niebo. Słońce niedługo wzejdzie.

- Brakuje nam jednej – słyszę jak mówi cicho i wtedy ustawiam się w linii z resztą dziewczyn.

- Jesteś pewny? – inna Funkcjonariuszka pyta, przebiegając wzrokiem po naszych twarzach. Przelicza. Wyraz jej twarzy zmienia się i teraz wygląda na dużo bardziej zrelaksowaną. Ma długie włosy w ciepłym odcieniu brązu i wygląda na miłą osobę, jak na Funkcjonariusza.

- Nie – odpowiada – jest ich tyle ile trzeba.

- Na pewno? – pierwszy Funkcjonariusz niedowierza. Zaczyna przeliczać. Mam wrażenie, że przypatruje mi się dokładnie jakby starał sobie przypomnieć czy wcześniej mnie liczył. Nie po raz pierwszy zastanawiam się ile z każdego mojego działania zostało wcześniej przewidziane przez moją Funkcjonariuszkę. Czy ona dalej mnie obserwuje? Czy robi to Społeczeństwo?

            Inny Funkcjonariusz zatrzymuje Indie na granicy obozu i teraz razem ze wszystkimi wchodzi na pokład. Na twarzy Funkcjonariusza, który ją prowadzi widać świeże zadrapania. Jego mundur jest zakurzony, podobnie jej ubranie.

- Próbowała uciec – mówi Funkcjonariusz, usadzając ją na siedzeniu obok mnie. Zapina na jej przegubach kajdanki. Ona nawet nie mrugnęła okiem na dźwięk zatrzaskującego się metalu ale ja tak.

- Teraz mamy ich za dużo – mówi Funkcjonariuszka.

- Wszystkie są Aberracjami – odpowiada – Czy to ma jakieś znaczenie ile ich jest? Musimy już ruszać.

- Nie przeszukamy ich teraz? – dopytuje kobieta.

            O nie. Znajdą tabletki w mojej saszetce.

- No cóż, zrobimy to w trakcie lotu. Ruszajmy.

            Indie podnosi wzrok i nasze oczy się spotykają. Po raz pierwszy odkąd ją poznałam czuję do niej dziwnego rodzaju sympatię, czy może raczej podobieństwo, co jest najbliższe pojęciu przyjaźni między nami. Poznałyśmy się w obozie pracy, a teraz razem rozpoczynamy nową przygodę.

            Coś w tym wszystkim jest nie tak –cały ten pośpiech, brak zorganizowania, to wszystko jest niepodobne do Społeczeństwa. Mimo, że jestem wdzięczna, że udało mi się wykorzystać to zamieszanie, nadal czuję się osaczona, wszechobecność Społeczeństwa jest jednakowo przerażająca co pocieszająca.

            Oficer wchodzi na pokład.

– Wszystko gotowe? – pyta, a Funkcjonariusze potakują. Czekam, aż pojawi się więcej Oficerów – prawie zawsze poruszają się w trójkach – ale drzwi już się zamknęły. Tylko jeden Oficer, twoje Funkcjonariuszy, z czego jeden z nich jest pilotem. Po sposobie w jaki Funkcjonariusze odnoszą się do Oficera, łatwo odgadnąć, że jest on najważniejszym ze wszystkich tu obecnych.

            Samolot podrywa się do lotu. Po raz pierwszy podróżuję w ten sposób – do tej pory jeździłam jedynie powietrzną kolejką i samochodami – żołądek podchodzi mi do gardła i z rozczarowaniem zauważam, że nie ma tu okien.

            Nie tak wyobrażałam sobie swój pierwszy lot. Nie widać nic z tego, co znajduje się pod nami. Pilot w kabinie może oglądać to wszystko. Społeczeństwo pilnuje by nikt, kto nie musi  nie widział za wiele.

Odrobina wytłumaczenia

Kochani Czytelnicy, wiem, że regularność i częstotliwość moich wpisów pozostawia wiele do życzenia i winna jestem Wam przeprosiny i wytłumaczenie. Pracuję w edukacji i od połowy sierpnia chodzę na zwiększonych obrotach, a obowiązki zawodowe pochłaniają zdecydowaną część każdego mojego dnia. Obiecuję sobie i Wam, że będę tłumaczyła dalej, a Was proszę o nieco zrozumienia i cierpliwości :)

Pozdrawiam jesiennie Ola.

Rozdział V KY

Vick i ja podnosimy kolejne ciała i niesiemy je w stronę grobów. Po raz kolejny recytuję słowa, które powtarzam przy każdym zmarłym:

 

Gdyż choć to czasu i miejsca kres,
A wody daleko mogą przenieść mnie,
Liczę, że spotkam mego Pilota gdzieś,
Kiedy przekroczę już brzeg.

 

            Nie wydaje mi się, że mógłbym robić dla nich coś więcej. Co jeszcze można zrobić gdy wszyscy umierają tak łatwo i rozkładają się tak szybko. Mimo to, jakaś część mnie chce wierzyć, że ta fala śmierci prowadzi do czegoś więcej, że na końcu tej drogi ktoś na nich czeka. To właśnie ta część mnie każe wypowiadać mi te słowa za każdym razem kiedy chowamy kolejnego poległego.

- Dlaczego za każdym razem powtarzasz ten wiersz? – Vick pyta.

- Lubię jego słowa.

            Vick czeka. Chce żebym powiedział coś więcej, lecz ja milczę. – Wiesz, o czym on jest? – pyta w końcu.

- Ktoś wierzy, że jest coś więcej – odpowiadam mu wymijająco. – To część wiersza, który powstał przed Społeczeństwem. Nie tego wiersza, który dzielę z Cassią. Słów z tego wiersza nie wypowiem przed nikim dopóki najpierw nie powiem ich do niej. Wiersz, którego strofy powtarzam tak często pochodzą z wiersza, który Cassia znalazła w swoim artefakcie, kiedy otworzyła je tamtego dnia w lesie.

            Nie wiedziała, że tam byłem. Stałem i obserwowałem ją czytającą wiersz. Widziałem jak jej usta układają się by wypowiedzieć poszczególne słowa których nie znałem, poza jednym. Kiedy zdałem sobie sprawę co opowiada o Pilocie, pochyliłem się bliżej i wtedy gałązka leżąca na ziemi złamała się pod moim ciężarem.

- To niczego nie zmieni – Vick mówi, wskazując na jednego z martwym i zasypuje z irytacją jego twarz ziemią. Nikt nie daje nam nożyczek ani brzytw, żebyśmy mogli obcinać włosy, czy golić się – te narzędzia zbyt łatwo mogłyby zmienić się w broń, którą pozabijalibyśmy innych lub siebie samych. Zazwyczaj to nie ma znaczenia. Jedynie ja i Vick jesteśmy tu na tyle długo, że nasze włosy wpadają nam teraz do oczu.

- Więc to tylko wiersz? Jakiś stary wiersz?

            Wzdrygam.

            Popełniłem błąd.

            Zazwyczaj Vick nie przejmuje się tym, że nie odpowiadam na jego pytania, lecz tym razem widzę w jego oczach dociekliwość. Układam w głowie jak w najszybszy sposób zakończyć tę rozmowę. Zwiększona liczba ostrzeliwań wpłynęła również na niego. Doprowadziła go do kresu wytrzymałości. Jest większy ode mnie, choć niewiele, poza tym, ja nauczyłem się walczyć tu już lata temu. Kiedy znów się tu pojawiłem przypominam sobie wszystko, na przykład ten śnieg na wzniesieniu. Moje mięśnie zadrżały.

            Vick się zatrzymuje. – Nigdy nie nacinasz kresek na swoich butach – jego głos jest spokojniejszy a spojrzenie łagodniejsze.

- Nie – zgadzam się z nim.

- Dlaczego?

- Nikt nie musi tego wiedzieć – odpowiadam.

- Wiedzieć czego? Jak długo już tu jesteś? – Vick dopytuje.

- Nike nie musi o mnie niczego wiedzieć.

 

Zostawiamy groby za sobą i udajemy się na przerwę śniadaniową, siadamy na kilku kamieniach tuż przy granicy wioski. Na około wszystko jest czerwonawe, pomarańczowe lub brązowe – dokładnie jak wtedy kiedy byłem dzieckiem, powietrze też jest takie samo – suche i ostre, a w listopadzie – zimne.

            Używam węższej części swojej broni by wyryć znak w kamieniu. Nie chcę, żeby ktokolwiek wiedział, że potrafię pisać, więc nie piszę jej imienia.

            Zamiast tego rysuję łuk. Falę. Taką jak w oceanie, lub taką jak kawałek zielonego jedwabiu poruszającego się na wietrze. Kamień dotychczas kształtowany przez siły przyrody, wodę i wiatr teraz poddaje się moim dłoniom. Podoba mi się to. Podobnie jak ja, dopasowuje się tak, by być tym kim inni chcą, żeby był. Jedynie przy Cassi – wtedy na wzgórzu – mogłem być prawdziwym sobą.

            Nie czuję się jeszcze na siłach by namalować jej twarz. Nie wiem nawet czy potrafiłbym to zrobić. Rysuję na skale kolejny łuk. Ten wyglądem przypomina literę C, pierwszą, którą nauczyłem ją pisać. Rysują ją jeszcze raz przypominając sobie jej dłoń.

            Vick pochyla się do mnie i patrzy, co takiego robię. – To niczego nie przypomina.

- Wygląda jak księżyc – mówię mu – Kiedy jest w nowiu.

            Vick spogląda na góry. Wcześniej tego dnia samoloty przyleciały zabrać stamtąd ciała. To nie zdarzyło się nigdy wcześniej. Nie wiem co Społeczeństwo z nimi zrobiło, ale chciałbym wspiąć się na te góry by upamiętnić jakoś tych, którzy tam zginęli. Teraz nie ma tam, żadnego śladu świadczącego o tym, że tam w ogóle byli. Śnieg stopniał zanim zdążyli odcisnąć na nim ślady swoich stóp. Ich życia zakończyły się jeszcze przed tym jak tak naprawdę się zaczęły.

- Myślisz, że tamten chłopak miał szczęście? – pytam Vicka – Ten, który umarł w obozie, zanim jeszcze trafiliśmy tutaj?

- Szczęście? – Vick powtarza to słowo, jakby nie wiedział, co ono oznacza. Być może nie wie. Szczęście nie jest słowem powszechnym w Społeczeństwie. Nie jest czymś, co możemy znaleźć tutaj.

 

            Pierwszej nocy tutaj, był nalot. Wszyscy zaczęliśmy uciekać, by znaleźć schronienie. Kilku chłopaków pobiegło na ulice i tam zaczęli strzelać w niebo. Vick i ja znaleźliśmy się w tym samym budynku, razem z dwoma innymi. Nie pamiętam ich imion. Już nie żyją.

- Dlaczego nie jesteś tam, próbując odpierać atak? – zapytał mnie wtedy Vick. Nie rozmawialiśmy zbyt często od wtedy, gdy wrzuciliśmy tamtego chłopaka do rzeki.

- Nie ma po co – odpowiedziałem – ta amunicja nie jest prawdziwa – położyłem swoją broń przy nodze. Vick również odłożył swój pistolet. – Jak długo o tym wiesz?

- Odkąd tylko dali je nam w drodze do tej wioski – odpowiedziałem – A Ty?

- Tak samo – odparł Vick – Powinniśmy chyba powiedzieć o tym innym.

- Wiem – przyznałem – Byłem głupi, że nie zrobiłem tego wcześniej. Myślałem, że będziemy mieli nieco więcej czasu.

- Czas – Vick powiedział – jest dokładnie tym, czego nie mamy.

Te słowa zawisły między nami a za oknem ktoś zacząć krzyczeć

- Szkoda, że ta broń nie działa – przyznał Vick – Rozwaliłbym wszystkich w tych samolotach. Ich szczątki spadałyby z nieba jak iskry sztucznych ogni.

 

- Skończyłem – mówi Vick, składając swoją tackę na posiłek w kostkę – Powinniśmy już wracać do pracy.

- Zastanawiam się, dlaczego po prostu nie dają nam niebieskich tabletek – mówię – Wtedy nie musieliby zawracać sobie głowy z posiłkami.

            Vick spogląda na mnie jakbym oszalał. – To Ty nie wiesz?

- Nie wiem, co? – pytam.

- Niebieskie tabletki wcale Cię nie ratują. One Cię zatrzymują. Jeśli weźmiesz jedną, Twój organizm zwalnia i zostajesz w miejscu dopóki ktoś Cię nie znajdzie, lub umierasz czekając. Dwie tabletki wykończą Cię od razu.

Z niedowierzaniem kręcę głową i spoglądam w niebo, choć niczego na nim nie szukam. Spoglądam tam by zobaczyć jego błękit. Ręką przesłaniam świecące mi prosto w oczy słońce, tak bym mógł lepiej przyglądać się niebu. Nie ma na nim ani jednej chmury.

- Przykro mi – mówi Vick – ale taka jest prawda.

Spoglądam na niego. Wydaje mi się, że widzę zatroskanie na jego zaciętej twarzy. To jest tak niedorzeczne, że zaczynam się śmiać, a Vick dołącza do mnie. – Powinienem był się domyślić – mówię – Jeśli cokolwiek stanie się Społeczeństwu, nie chcieliby, żeby ktokolwiek mógł żyć bez nich.

 

Kilka godzin później odzywa się miniport Vicka. Wyciąga go zza paska i sprawdza ekran. Vick to jedyny skazaniec, który ma miniport – urządzenie mniej więcej tej samej wielkości co notatnik elektroniczny. Miniporty jednak mogą służyć do komunikacji. Notatnik służy jedynie do przechowywania informacji. Vick ma swój miniport przy sobie przez większość czasu, lecz raz na jakiś czas – na przykład kiedy mówi nowoprzybyłym prawdę o tym miejscu i o broni – chowa gdzieś miniport na jakiś czas.

            Jesteśmy prawie pewni, że Społeczeństwo sprawdza naszą lokalizację przez miniport. Nie wiemy, czy mogą nas słyszeć, tak jak robią to duże porty. Vick myśli, że mogą. Jest przekonany, że Społeczeństwo podsłuchuje nas cały czas. Ja nie sądzę, żeby ich to tak bardzo obchodziło.

- Czego chcą? – pytam Vicka, kiedy odczytuje wiadomość z ekranu.

- Przenoszą nas – odpowiada.

            Inni ustawiają się w linii razem z nami w oczekiwaniu na wylądowanie samolotów tuż przy granicy obozu. Funkcjonariusze działają w pośpiechu, jak zwykle. Nie lubią spędzać tutaj zbyt wiele czasu. Nie jestem pewien czy to dlatego, że boją się nas, czy Wroga. Ciekawe, kogo boją się bardziej?

            Funkcjonariusz dowodzący przeniesieniem jest młody i przypomina mi tego, który dowodził grupą uczniów chodzących po Wzgórzu, jeszcze w Orii. Jego wyraz twarzy zdaje się mówić: Jak ja się tu znalazłem? Co niby mam zrobić z tymi wszystkimi ludźmi?

- Więc – odzywa się do nas – Tam na wzgórzu? Co to było? Co tam się stało? Okoliczności przenosin nie byłby tak złe gdybyście wszyscy zostali w obozie.

- Tamtego ranka na szczycie był śnieg, więc oni chcieli po niego iść – odpowiadam – Ciągle chce się nam tu pić.

- Jesteś pewien, że to jedyny powód, dla którego tam poszli?

- Tu nie ma zbyt wyszukanych powodów, żeby robić cokolwiek – Vick odpowiada za mnie – Głód. Pragnienie. Chęć przeżycia. Tylko tyle. Więc, jeśli nam nie wierzycie wybierzcie sobie któryś z pozostałych dwóch powodów.

- A może wspinali się tam dla widoków? – zasugerował Funkcjonariusz.

- Vick zaczął się śmiać i to nie brzmiało zbyt dobrze. – A gdzie ich zmiennicy?

- Są w samolocie – odpowiada Funkcjonariusz – Przeniesiemy was wszystkich do nowego obozu, zostawimy wam też więcej zapasów.

- I więcej wody – dodaje Vick. Mimo, że nie jest uzbrojony i że to Funkcjonariusz decyduje, jego głos brzmi tak, jakby to on wydawał rozkazy. Funkcjonariusz się uśmiecha. Społeczeństwo nie jest ludzkie, lecz osoby, które dla niego pracują, czasami są.

- I więcej wody – Funkcjonariusz mówi.

 

            Vick i ja jednocześnie wstrzymujemy oddech na widok nowych skazańców, których widzimy na pokładzie samolotu. Są młodzi, dużo młodsi niż my. Wyglądają na czternaście, może nawet trzynaście lat. Ich oczy są szeroko otwarte. Przerażone. Jeden z nich, wyglądający na najmłodszego przypomina mi nieco brata Cassi, Brama. Jego skóra jest nieco ciemniejsza niż Brama, ciemniejsza niż moja, lecz jego oczy są identyczne jak u Brama. Przed strzyżeniem jego włosy musiały być kręcone, dokładnie tak jak Brama.

- Społeczeństwu zaczyna brakować ludzi – mówię do Vicka, starając się by nikt poza nim mnie nie usłyszał.

- Może taki jest ich plan – odpowiada Vick.

            Obydwaj wiemy, że Społeczeństwo chce by wszystkie Aberracje zniknęły. To doskonale tłumaczy dlaczego się tu znaleźliśmy. Nie jesteśmy tu by walczyć. Jest jedno pytanie, na które nie potrafię odnaleźć odpowiedzi: Dlaczego tak bardzo na nienawidzą?

 

            Lecimy na ślepo. Samolot nie ma żadnych okien, poza kabiną pilota. Dopiero kiedy wychodzimy na zewnątrz – wiem, gdzie jesteśmy.

Nie znam wioski samej w sobie ale znam tę okolicę. Ziemia, po której idziemy jest pomarańczowa i piaszczysta,  gdzieniegdzie pojawiają się czarne kamienie, żółtawa trawa, na której rosną zielone roślinki. Takie ziemie znajdują się w prawie każdej Zewnętrznej Prowincji. Ja jednak wiem dokładnie gdzie jesteśmy, a to przez widok, który roztacza się przed moimi oczami.

Jestem w domu.

To bolesne. Widzę go dokładnie na horyzoncie – wspomnienie mojego dzieciństwa.

Kanion.

Z miejsca, w którym stoimy nie widzę go całego – jedynie fragment czerwieniących się w słońcu skał wystających gdzieniegdzie poza horyzont. Jeśli podejdzie się bliżej – kiedy dojdzie się do krawędzi i spojrzy w dół – człowiek zdaje sobie sprawę, że te skały wcale nie są małe. To, co widać to jedynie wierzchołki form wielkich niczym góry.

Kanion to nie jeden wąwóz, jedna góra, lecz wiele – cała sieć skomplikowanych formacji skalnych, które ciągną się kilometrami. Ziemia tam w dole unosi się i opada niczym fale wody, wszystko w odcieniach pomarańczy, czerwieni i bieli. Daleko, na granicy Kanionu ogniste kolory wydają się łączyć z błękitem nieba na horyzoncie.

Wiem o tym wszystkim, ponieważ stawałem na krawędzi kilka razy.

Nigdy nie zszedłem na dół.

- Dlaczego się tak uśmiechasz? – Vick pyta mnie, lecz zanim odpowiadam podchodzi do nas ten chłopak podobny do Brama i zwraca się prosto do Vicka:

- Jestem Eli – mówi.

- Dobrze – odpowiada Vick i poirytowany odwraca się od chłopaka i spogląda na rząd wpatrzonych w niego twarzy, które wybrały go na swojego lidera, mimo, że on nigdy nie chciał nim zostać. Niektórzy nie potrafią nie być przywódcami. Jest coś w ich krwi, kościach i umysłach, coś co nie pozwala im być obojętnymi.

            Są też ludzie, którzy potrzebują lidera.

Masz większe szanse na przeżycie jeśli się nie wychylasz – przypominam sobie – Twój ojciec myślał, że jest przywódcą. Nie mógł przestać zachowywać się jak lider i zobacz co się z nim stało. Stoję o krok za Vickiem.

- Nie zamierzasz wygłosić jakiegoś przemówienia lub coś w tym stylu? – dopytuje Eli – Dopiero co tu przyjechaliśmy.

- To nie ja rządzę całym tym bałaganem – Vick mówi. I pojawiła się. Złość, którą tak starannie stara się utrzymywać w ryzach wymyka się. – Nie jestem przedstawicielem Społeczeństwa!

- Ale tylko Ty masz przy sobie to – odpowiada Eli, wskazując na port przymocowany do paska Vicka.

- Chcesz przemowy? – pyta Vick a nowy kiwa głową i wpatruje się w niego intensywnie. Wszyscy słyszeli ten sam wykład kiedy po raz pierwszy wsiadaliśmy do samolotów, o tym, jak to Społeczeństwo nas potrzebuje do udawania rolników i cywili by odwrócić uwagę Wroga, że jest tylko praca na sześć miesięcy i kiedy już wrócimy do Społeczeństwa nasz status Aberracji zostanie wykasowany.

            Dokładnie jeden dzień zajmie im zdanie sobie sprawy, że nikt nie przetrwał tu sześciu miesięcy. Nawet Vick nie ma na swoich butach tak wielu nacięć.

- Obserwujcie nas – Vick się odzywa – Zachowujcie się jak osadnicy. To jest nasze zadanie do wykonania tutaj – zatrzymuje się. Wyciąga port zza paska i rzuca go do chłopaka, który jest tu kilka tygodni – Weź go żeby sprawdzić jak daleki ma zasięg. Upewnij się, że działa przy granicach miasta.

            W momencie, kiedy chłopak z portem znajdują się poza zasięgiem słuchu Vick dodaje – Amunicja jest ślepa. Nie próbujcie używać jej do samoobrony. Eli przerywa.

– Ale my ćwiczyliśmy strzelanie z nimi na obozie treningowym – protestuje. Znów się uśmiecham, mimo, że powinienem być zły, że przysyłają tutaj takich młodych chłopaków. Ten dzieciak jest dokładnie taki jak Bram.

- To nieważne – Vick odpowiada – Te naboje to ślepaki.

            Eli przetrawia tą wiadomość, ale to nie koniec jego dociekliwości – Skoro to wioska rolnicza, to gdzie są wszystkie kobiety i dzieci?

- Wy jesteście dziećmi – odpowiada Vick

- Nie jesteśmy. I nie jesteśmy też dziewczynami, więc gdzie one są?

- Tu nie ma dziewczyn – mówi Vick – Ani kobiet.

- Skoro ta, to przecież Wróg musi wiedzieć, że nie jesteśmy prawdziwymi osadnikami – mówi zamyślony Eli – Nie mogli tego nie zauważyć.

- Masz rację – odpowiada Vick – I tak nas zabijają. Nikt się nie przejmuje. A teraz, mamy pracę do wykonania. Powinniśmy udawać wioskę pełną farmerów, więc do pracy farmerzy!

            Ruszamy w stronę pola. Słońce nad naszymi głowami stało się gorące. Czuję buzujący w Elim gniew nawet kiedy już zostawiliśmy go w tyle.

- Przynajmniej mamy wystarczającą ilość wody – mówię do Vicka wskazując na stołówkę – I to dzięki Tobie.

- Nie dziękuj mi – Vick odpowiada i zniża głos – Jest jej tak mało, że nawet nie można się w niej utopić.

 

 Główną uprawą tutaj jest bawełna – niemalże niemożliwa do uprawiania. Z torebek nasiennych bardzo marne kosmki wypadają przy lekkim naduszeniu.

- Nic dziwnego, że nikt nie przejmuje się brakiem kobiet czy dzieci – Eli mówi stojąc tuż za mną – Na pierwszy rzut oka Wróg widzi, że to nie jest prawdziwa osada. Nikt nie byłby na tyle głupi, żeby na takiej ziemi uprawiać bawełnę.

Nie chciałem nic odpowiadać. Jak dotąd unikałem pułapki jaką były rozmowy z kimś w trakcie pracy, poza Vickiem, rzecz jasna. Od reszty trzymałem się z daleka.

Teraz jednak nie czuję się najlepiej. Zbiór bawełny dzisiaj i wczorajszy śnieg przypomniał mi o opowieści Cassi o kwitnących drzewach, których puch wyglądał jak śnieg padający w czerwcu. Społeczeństwo nienawidzi tych drzew, lecz to właśnie one znajdują się w Zewnętrznych Prowincjach. Drewno jest dobre do rzeźbienia. Jeśli udałoby mi się znaleźć jakiejś mógłbym pokryć korę jej imieniem.

Zacząłem rozmowę z Elim by odgonić od siebie te myśli o kimś kogo nie mogę mieć. – Faktycznie to głupie – mówię do niego – ale nawet to jest bardziej realistyczne od rzeczy, które Społeczeństwo potrafi wymyśleć. Kilka wiosek w pobliżu zaczęło kiedyś formować coś na kształt wspólnoty Abberacji. Bawełna była jedną z roślin, które Społeczeństwo kazało im tu posiać. To było dawno, wtedy jeszcze było tu więcej wody. Więc to nie jest całkiem niemożliwe, żeby ktoś tutaj uprawiał ziemię.

- Oh – to jedyne co odpowiada Eli, a po tym milknie. Nie wiem dlaczego, ale próbuję dać mu nadzieję. Może to przez przypomnienie sobie o opowieści Cassi, albo przez przypomnienie sobie o niej samej. Kiedy później spoglądam na Eliego widzę, że płacze, lecz na razie niczego nie robię.

 

W trakcie drogi powrotnej z pola do wioski kiwam znacząco głową do Vicka, to nasz znak, który oznacza, że chcę z nim porozmawiać bez obecności portu, który przy sobie nosi.

- Masz – mówi Vick i rzuca port Eliemu, który już przestał płakać. – Weź go przetestuj – Eli kiwa głową i odchodzi.

- Co tam? – pyta Vick.

- Kiedyś mieszkałem w tej okolicy – mówię, starając się by w moim głosie nie dało się słyszeć żadnych emocji. Ta część świata była kiedyś moim domem. Nienawidzę Społeczeństwo za to, co zrobiło z tą ziemią. – Moja wioska była kilka mil stąd w tamtym kierunku. Znam ten teren.

- Więc chcesz uciec? – Vick próbuje odgadnąć moje myśli.

Pada to pytanie. To, które każdy z nas zadaje sobie w myślach. Czy zamierzam uciec? – myślałem o tym każdego dnia, każdej godziny.

- Myślisz, o tym, żeby wrócić do swojej wioski? – Vick pyta dalej – Czy jest tam ktoś, kto mógłby Ci pomóc?

- Nie – odpowiadam – Tam już nic nie ma.

            Vick kręci głową – Więc nie ma sensu uciekać. Nie uda nam się odejść daleko i pozostać niezauważonym przez innych

- A najbliższa rzeka jest za daleko – dopowiadam – Nie możemy uciec w ten sposób.

- A jak możemy? – pyta Vick.

- Nie możemy uciekać po płaskim terenie. Musimy iść w dół.

Vick odwraca się do mnie – W dół czego?

- Kanionu – mówię mu jednocześnie wskazując niedaleko zaczynający się Kanion długi na wiele kilometrów, do którego wejście jest niemożliwe do zobaczenia z miejsca, w którym jesteśmy. – Jeśli zejdziemy wystarczająco daleko, znajdziemy tam świeżą wodę.

- Funkcjonariusze zawsze powtarzali nam, że Kaniony w Zewnętrznych Prowincjach są pełne Anomalii. – Vick mówi.

- Też o tym słyszałem – przyznaję – Niektórzy z nich zbudowali tam swoje obozy i pomagają podróżnikom. Słyszałem to od ludzi, którzy tam byli.

- Czekaj, znasz kogoś, kto schodził do Kanionu? – Vick nie potrafi ukryć zaskoczenia.

- Znałem ludzi, którzy tam schodzili – odpowiadam.

- I można ufać tym ludziom?

- To był mój ojciec – odpowiadam i na tym kończy się nasza rozmowa a Vick kiwa głową znacząco.

            Po kilku krokach Vick pyta – To kiedy wyruszamy?

- W tym właśnie problem – mówię starając się ukryć jaką ulgę poczułem gdy zgodził się uciec ze mną. Stawianie czoła tym kanionom nie jest zadaniem, które chciałbym podjąć sam. – Najlepiej byłoby uciec podczas nalotu Wroga, wtedy panuje ogólny chaos i Społeczeństwo nie będzie się później doszukiwać nieobecnych, pomyślą, że zginęliśmy a zanim się zorientują, że brakuje ciał my będziemy już daleko. Najlepiej jakby to był nocny nalot. Z księżycem w pełni, tak, żebyśmy mogli widzieć drogę.

            Vick się zaśmiał. – Zarówno Społeczeństwo jak i Wróg mają w swoich samolotach podczerwień. Ktokolwiek będzie w powietrzu zobaczy, że uciekamy.

- Wiem, ale mogą ominąć trzy małe ciała kiedy będą mieli tutaj ich o wiele więcej.

- Trzy? – Vick pyta nie ukrywając zdumienia.

- Eli idzie z nami – nie zdawałem sobie z tego sprawy, dopóki nie wypowiedziałem tych słów.

Cisza.

- Zwariowałeś – spokojnym głosem zaczyna Vick – Nie ma szans, że ten dzieciak wytrwa do nalotu.

- Wiem – odpowiadam w pełni świadomie. Vick ma rację. To jedynie kwestia czasu, kiedy Eli zginie. Jest mały. Jest narowisty. Zadaje zbyt wiele pytań. Z drugiej strony – to tylko kwestia czasu, kiedy każdy z nas umrze.

- Po co on nam? Na co się nam przyda?

- W Orii jest pewna dziewczyna – mówię – Eli przypomina mi jej brata.

- To nie jest żaden powód.

- Dla mnie jest – mówię twardo.

Cisza rozciąga się między nami.

- Robisz się słaby – w końcu Vick się odzywa. – A to może Cię zabić. A to znów oznacza, że możesz jej już nigdy nie zobaczyć.

- Jeśli się nim nie zaopiekuję – mówię – Stanę się kimś obcym dla niej, nawet jeśli jeszcze kiedyś ją spotkam.

Rozdział IV CASSIA

Xander, tutaj, przede mną. Jego blond włosy, niebieskie oczy, uśmiech tak ciepły, że nie mogę powstrzymać się by go dotknąć zanim Funkcjonariusz dał nam pozwolenie na dotyk.
- Cassia – Xander mówi i też nie czeka. Przyciąga mnie do siebie i tulimy się mocno. Nawet nie próbuję zatrzymać się przed mocnym wtuleniem w jego klatkę piersiową, tak intensywnie pachnie domem i nim.
- Tęskniłem – mówi w końcu Xander, a jego głos odbija się w mojej głowie. Brzmi głębiej niż kiedyś. Wydaje się być silniejszy. To takie miłe i ciepłe uczucie, być tu z nim. Odchylam się, biorę jego twarz w swoje dłonie, pociągam go i całuję w policzek, niebezpiecznie blisko jego ust. Kiedy na niego spoglądam, obydwoje mamy łzy w oczach. Nigdy nie widziałam Xandera płaczącego, ten widok sprawia, że na sekundę tracę oddech.
- Tęskniłam za Tobą – mówię mu jednocześnie zastanawiając się jak duży ból sprawia mi myśl, że straciłam również Jego.
Funkcjonariusz stojący za Xanderem uśmiecha się. Nasze spotkanie jest dokładnie takie jakie powinno być. Funkcjonariusz wycofuje się dyskretnie, dając nam więcej przestrzeni i wpisuje coś do swojego przenośnego portu. Prawdopodobnie coś w stylu: Oba podmioty wyraziły aprobowane reakcje spotykając się.
- Jak? – pytam Xandera – Jak się tu dostałeś? – to, że jest tu ze mną jest niemalże jak sen. Czy to jakiś kolejny test od mojej pani Oficer?
- Minęło pięć miesięcy od naszego Dobrania – odpowiada – wszyscy Dobrani z naszego miesiąca mają teraz swoje pierwsze spotkania twarzą w twarz. Władze jeszcze tego nie zlikwidowały – uśmiecha się do mnie, lecz w jego oczach dostrzegam cień smutku. – Zaznaczyłem, że nie mieszkamy już blisko siebie, więc i my zasługujemy na spotkanie. A przyjęte jest, że spotkanie odbywa się tam, gdzie mieszka dziewczyna.
Celowo nie użył zwrotu „w domu dziewczyny”. On wszystko rozumie. I ma rację, ja tu mieszkam. To jedynie obóz pracy a nie dom. Mogłabym nazwać Orię domem ponieważ tam mieszka Xander i Em, ponieważ tam wszystko się zaczęło. Mimo, że tam nie mieszkam mogłabym nazwać domem również Prowincję Keya, tam przecież mieszkają moi rodzice i Bram.
Jest jeszcze miejsce, gdzie mieszka Ky i o tym miejscu też myślę jak o domu, nawet jeśli nie jestem w stanie go nazwać i nie wiem, gdzie dokładnie to jest.
Xander wyciąga do mnie rękę. – Mamy pozwolenie na wyjście poza budynek – mówi – Jeśli chcesz.
- Oczywiście, że chcę – odpowiadam uśmiechając się. Nie mogę się powstrzymać. Kilkanaście minut temu stałam w łazience zapamiętale szorując ręce w poczuciu całkowitego osamotnienia a teraz Xander jest tutaj.
Funkcjonariusz wskazuję drogę do wyjścia i wtedy orientuję się, że to nie jest ten sam Funkcjonariusz, który towarzyszył moim spotkaniom i wyjściem na kolację z Xanderem w Mieście. Wtedy nasze spotkanie zostało specjalnie zaaranżowane, nie była to rozmowa przez port tak jak u większości Dobranych, my już się wtedy znaliśmy. Funkcjonariusz, który odprowadzał nas tamtej nocy był młody. Ten też jest, lecz wygląda łagodniej. Zauważa, że na niego zerkam i nieznacznie kiwa głową, w formalnym acz przyjaznym geście. – Nie ma już konkretnych Funkcjonariuszy przypisanych do każdej pary – tłumaczy mi – Obecny system jest bardziej efektywny.
- Już za późno na posiłek – mówi Xander – Ale nadal możemy pójść do miasta. Gdzie chciałabyś się wybrać?
- Ja nawet nie wiem co się tu znajduje – odpowiadam. Mam mgliste wspomnienie przyjazdu do miasta pociągiem długodystansowym i drogi do transportu, który dowiózł nas do obozu. Przypominam sobie niemalże gołe drzewa mieniące się na tle nieba z niewieloma czerwonymi i złotymi liśćmi. Czy na pewno to było to miasto, czy może raczej to w poprzednim obozie? To musiało być wczesną jesienią, skoro liście były jeszcze na drzewach.
- Zabudowania są tu mniejsze – Xander spogląda na mnie – Ale mają tutaj to co mieliśmy w Mieście-salę muzyki, centrum gier, kino lub dwa.
Kino. Nie byłam w żadnym od tak długiego czasu. Przez moment zastanawiam się co powinnam wybrać. Już nawet otwieram usta by to powiedzieć. Wyobrażam sobie jak światło w sali gaśnie i moje serce bije coraz szybciej w oczekiwaniu na pojawienie się na ekranie obrazów i muzyki, która zacznie rozbrzmiewać z głośników. W tym momencie przypominam sobie przerażenie i łzy w oczach Ky’a, który oglądał ten sam film. W mojej głowie pojawia się inne wspomnienie. – Czy mają tu muzeum? – pytam.
Zauważam radosne iskierki w oczach Xandera. Nie potrafię ich rozgryźć. Czy to było rozbawienie? Zaskoczenie? Pochylam się bliżej próbując rozgryźć jest spojrzenie. Xander nigdy nie stanowił dla mnie tajemnicy. Zawsze był otwarty, szczery, potrafiłam bezbłędnie go odczytać i bardzo mi się to w nim podobało. Natomiast w tym momencie nie byłam wstanie odgadnąć o czym myśli.
– Tak – odpowiedział.
- Chciałabym tam pójść – mówię – jeśli oczywiście i Ty masz na to ochotę.
Xander kiwa głową.
Droga do miasta zajmuje nam nieco czasu, a powietrzu unosi się specyficzny zapach palonego drewna i chłodu oraz przejrzałych jabłek. Czuję pewnego rodzaju sympatię do tego miejsca i wiem doskonale, że ma to związek z chłopakiem, który idzie przy mnie. Xander zawsze potrafił sprawić, że każde miejsce, każdy człowiek, stawali się lepsi. W powietrzu jest coś jeszcze – słodkogorzki posmak tego, co mogłoby być. Wstrzymuję na chwilę oddech i w tym momencie Xander spogląda na mnie w świetle ulicznych lamp. Jego oczy wciąż mówią, co może być.
Tutejsze muzeum ma tylko jedno piętro, nad czym ubolewam. Co jeśli tutaj rzeczy mają się inaczej niż w Orii?
- Zamykamy za pół godziny – odzywa się mężczyzna za biurkiem. Jego strój jest wyblakły i zniszczony, podobnie jak on sam, wygląda jakby powoli rozpadał się na brzegach. Przesuwa powoli ręką wzdłuż blatu i wskazuje na elektroniczny notatnik – Wpiszcie swoje imiona – mówi i wykonujemy jego polecenie, Funkcjonariusz wpisuje się pierwszy. Gdyby przyjrzeć się oczom Funkcjonariusza są one podobnie zmęczone jak oczy starszego pana za biurkiem.
- Dziękuję – mówię po wpisaniu swojego imienia i przesuwam notatnik w stronę mężczyzny.
- Nie mamy zbyt wielu eksponatów – tłumaczy nam.
- Nic nie szkodzi – odpowiadam z uśmiechem.
Zastanawiam się czy nasz Funkcjonariusz uznałby to miejsce za dziwny wybór na spotkanie, lecz ku mojemu zaskoczeniu w momencie, kiedy wchodzimy do sali on odwraca się i znika w stróżówce. Jakby chciał dać nam nieco swobody, byśmy mogli spokojnie porozmawiać. Wchodzi do oszklonego pomieszczenia i staje swobodnie z dłońmi splecionymi za plecami. Miły Funkcjonariusz. Oczywiście, tacy przecież też istnieją. Przecież Dziadek takim był.
Ogarnia mnie uczucie ulgi, kiedy odnajduję to, czego tak naprawdę tutaj szukałam – w oszklonej witrynie znajduje się mapa Społeczeństwa. Znajduje się na samym środku sali.
- Tam – wskazuję do Xandera – Podejdziemy tam?
Xander kiwa głową. Podczas gdy ja czytam nazwy rzek w Miastach i Prowincjach on staje koło mnie i przeczesuje palcami swoje włosy. W odróżnieniu od Ky’a, który w miejscach jak to zachowuje stoicki spokój i nie wykonuje niepotrzebnych ruchów, Xander ciągle się porusza, jakby noszony falami. Dzięki temu właśnie zawsze był dobry w różnych grach – uniesienie brwi, uśmiechy, sposób w jaki poruszał kartami.
- Ten dokument nie był ostatnio wznawiany – słyszymy głos za sobą. To mężczyzna zza biurka. Zerkam dookoła szukając innego pracownika. Mężczyzna widzi, że to robię i mówi z uśmiechem – Inni są na tyłach, zamykają muzeum na noc. Jeśli czegoś potrzebujesz, możesz pytać mnie.
Spoglądam na naszego Funkcjonariusza. Nadal stoi w służbówce niedaleko wejścia, jest całkowicie skupiony na tym co widzi na swoim porcie. Spoglądam na Xandera próbując przekazać mu wiadomość bez używania słów. Proszę.
Przez moment mam wrażenie, że mnie nie rozumie, lub nie chce rozumieć. Czuję jego palce zaciskające się wokół moich i widzę zacięcie w jego oczach oraz cień zaciskającej się szczęki. W następnej chwili jego twarz się rozluźnia i kiwa głową z przyzwoleniem. – Pospiesz się – mówi, puszczając moją dłoń. Podchodzi do Funkcjonariusza po drugiej stronie pomieszczenia.
Muszę spróbować, choć wątpię, żeby zmęczony szary człowiek miał jakiekolwiek odpowiedzi dla moich pytań i nadzieja, z którą tu przyszłam powoli znika – Chciałabym się dowiedzieć więcej o Wspaniałej Historii Prowincji Tana.
Cisza. Słyszę uderzenie własnego serca.
On nic nie wie. Moje serce straciło nadzieję. Jeszcze w Orii Ky powiedział mi, że wiersze, które dał mi Dziadek mogą być wartościowe i że pytanie o Prowincje było hasłem dzięki któremu Archiwiści wiedzieli, że masz coś na wymianę. Miałam nadzieję, że tutaj będzie tak samo. Czuję się jak idiotka. Być może w Tanie nie ma Archiwistów, a jeśli są to zapewne mają lepsze zajęcie niż czekanie do zamknięcia w tym małym, smutnym muzeum.
Tymczasem mężczyzna dalej opowiada – W czasach przed Społeczeństwem w Prowincji Tana pojawiały się powodzie, lecz od wielu już lat jest to pod ścisłą kontrolą. Jesteśmy jedną z najbardziej produktywnych gospodarskich prowincji w Społeczeństwie.
Nie spoglądam na Xandera. Ani na Funkcjonariusza. Mój wzrok zawieszony jest na mapie przede mną. Już kiedyś próbowałam dokonać wymiany i wtedy też nic z tego nie wyszło. Za pierwszym razem nie mogłam zdecydować się, żeby oddać wiersz, który dzieliłam z Ky’em. Nagle zdałam sobie sprawę, że mężczyzna przestał opowiadać. Spogląda na mnie – Czy w czymś jeszcze mogę pomóc?
Powinnam się poddać. Powinnam uśmiechnąć się i odejść do Xandera, zaakceptować fakt, że mężczyzna niczego nie wie i iść dalej. Z jakiegoś niezrozumiałego powodu w mojej głowie pojawił się czerwony liść samotnie wiszący na gałęzi. Odetchnęłam. Liść spadł.
- Tak – mówię delikatnie.
Dziadek podarował mi dwa wiersze. Mi i Ky’owi spodobał się ten Thomasa, lecz znałam przecież jeszcze jeden i właśnie on przypomniał o sobie w mojej pamięci. Nie pamiętam całości tego wiersza Tennyson’a lecz jedna zwrotka jawi mi się bardzo wyraźnie przed oczami. Być może to przez to, że mężczyzna opowiadał mi o powodzi:
Gdyż choć to czasu i miejsca kres,
A wody daleko mogą przenieść mnie,
Liczę, że spotkam mego Pilota gdzieś,
Kiedy przekroczę już brzeg.

W trakcie mówienia wiersza twarz mężczyzny zmienia się. Staje się bardziej bystra, świadoma, żywa. – Ciekawy wiersz – mówi – Chyba nie na leży do Stu.
- Nie – odpowiadam. Moje ręce drżą i nadzieja zaczyna znów rosnąć. – Lecz jest coś wart.
- Obawiam się, że nie – mówi mężczyzna – Chyba, że masz go na papierze.
- Nie mam, został zniszczony. – odpowiadam. Ja go zniszczyłam. Pamiętam tę chwilę w Spalarni kiedy papier uniósł się w powietrzu a potem opadł by spłonąć.
- Przykro mi – odpowiada mężczyzna a jego głos zdradza, że naprawdę tak jest – A czego chciałabyś w zamian za ten wiersz – pyta z ciekawością.
Wskazuję na Zewnętrzne Prowincje. Jeśli tylko mogłabym się tam znaleźć jest cienka lecz realna szansa, że uda mi się znaleźć Ky’a. – Wiem, że tam wysyłane są Abberacje – mówię łagodnie – Lecz nie wiem gdzie dokładnie i jak mogę się tam dostać. Potrzebuję mapy.
Mężczyzna kręci głową przecząco. Nie.
Nie może mi pomóc? Czy nie chce? – Mam coś jeszcze – mówię.
Przesuwam się nieco, by ani Xander ani Funkcjonariusz nie mogli zobaczyć moich dłoni. Sięgam do saszetki. Moje palce dotykają torebeczki z tabletkami i twardej powierzchni kompasu. W tej chwili się zatrzymuję. Co powinnam wymienić?
Nagle zaczyna mi się kręcić w głowie, nie mogę się zdecydować, przypomina mi się ten moment, w którym musiałam przyporządkować Ky’a do odpowiedniej grupy. Pomieszczenie wydaje się duszne, a ja czuję ból z wiązany z decyzją, którą muszę podjąć…
Uspokój się – powtarzam sobie. Zerkam przez ramię i mój wzrok spotyka niebieskie oczy Xandera na sekundę przed tym jak ten odwraca się do Funckjonariusza. Przypomina mi się spojrzenie Ky’a kiedy spoglądał na mnie z samolotu tuż przed tym zabrali go ode mnie i znów ogarnia mnie panika, że ucieka mi cenny czas.
Decyduję się i sięgam do saszetki, wyjmuję przedmiot, którym chce handlować. Pokazuję go mężczyźnie wystarczająco wysoko, by mógł dojrzeć, co to jest, przy czym staram się bardzo by moje ręce się nie trzęsły, przekonuję się czy faktycznie jestem w stanie to oddać.
Mężczyzna kiwa głową i uśmiecha się – Tak – mówi – To jest coś warte. Zorganizowanie tego, czego potrzebujesz zajmie dni, a nawet tygodnie.
- Mam tylko dzisiejszy wieczór – odpowiadam.
Zanim mogę powiedzieć cokolwiek więcej mężczyzna zabiera to, co mu proponuję i zostawia moją rękę pustą. – Gdzie teraz idziecie?
- Do kina – odpowiadam.
- Zajrzyj pod swój fotel, kiedy będziecie wychodzić – szepcze – Zrobię wszystko, co w mojej mocy. Światła za nami zaczynają ciemnieć. – Musicie już iść. Zamykamy.

Kiedy słuchamy muzyki Xander pochyla się do mnie. – Dostałaś to, czego potrzebowałaś? – pyta niskim głębokim głosem a jego usta niemalże dotykają mojej szyi. Po jego drugiej stronie siedzi Funkcjonariusz wpatrzony gdzieś przed siebie. Wystukuje palcami rytm muzyki w oparcie swojego fotela.
- Jeszcze nie wiem – odpowiadam mu. Archiwista kazał zajrzeć pod fotel, kiedy będziemy wychodzić, nie wcześniej, a mnie wciąż kusi, żeby spróbować zajrzeć tam wcześniej. – Dzięki, że mi pomogłeś.
- Taki już jestem – mówi Xander.
- Wiem, znam Cię – odpowiadam. Pamiętam dobrze prezenty jakie mi dał: obraz, niebieskie tabletki ciastno zwinięte w opakowaniu. Zdaję sobie sprawę, że nawet kompas, prezent od Ky’a został uratowany przez Xandera – tego dnia w Mieście, kiedy Funkcjonariusze zabierali wszystkie artefakty.
- Nie wiesz o mnie wszystkiego – mówi nagle Xander. Uśmiecha się przekornie.
Spoglądam na jego dłoń zaciśniętą na mojej, jego kciuk głaszcze moją skórę i podnoszę wzrok do jego oczu. Mimo, że wciąż się uśmiecha, w jego oczach dostrzegam coś surowego. – Nie – zgadzam się – Nie wiem.
Trzymamy się razem. Muzyka puszczana przez Społeczeństwo gra wokół nas, lecz nasze myśli są dla nich nieodgadnione.

Kiedy wstajemy, przesuwam ręką pod swoim siedzeniem. Coś tak jest – kawałek papieru złożony na pół. Kiedy go chwytam, lekko odrywa się od krzesła. Ogarnia mnie ogromna potrzeba sprawdzenia, co skrywa ten papier, lecz na razie musi pozostać w mojej kieszeni. Zastanawiam się czy jest to warte tego, co zostawiłam Archiwiście w zamian.

Funkcjonariusz odprowadza nas z powrotem do głównego budynku w obozie. Kiedy wchodzimy do środka, ten rozgląda się dookoła – długie puste stoły, jeden port starej generacji, podnosi wzrok na mnie i wydaje mi się, że w jego oczach dostrzegam współczucie. Podnoszę głowę wyżej.
- Macie 10 minut na pożegnanie – mówi Funkcjonariusz. Jego głos wydaje się bardziej szorstki niż był kiedy byliśmy w muzeum. Wyciąga swój notatnik i kiwa głową do Funkcjonariusza czekającego by odprowadzić mnie do mojej sali.
W tym samym momencie głęboko wzdychamy – ja i Xander – i w tym samym momencie zaczynamy się z tego śmiać. Podoba mi się ten dźwięk – nasz śmiech rozchodzący się echem po niemalże pustej sali.
- Co robił Funkcjonariusz kiedy ja rozmawiałam w muzeum? – pytam się Xandera jednocześnie wskazując ruchem głowy Funkcjonariusza.
- Przeglądał historię naszego Dobrania – Xander odpowiada cicho. Spogląda na mnie w sposób, który nadaje jego słowom jakieś znaczenie, lecz ja tego nie wychwytuję.
- 9 minut – Funkcjonariusz mówi nawet na nas nie spoglądając.
- Dalej nie mogę uwierzyć, że pozwolili Ci tu przyjechać – mówię Xanderowi – ale bardzo się cieszę, że tak się stało.
- Czas zgrał się optymalnie – odpowiada – Opuściłem Orię. Jestem przejazdem przez Prowincję Tana w drodze do Prowincji Camas.
- Co takiego? – mrugam oczami niedowierzając. Camas to jedna z Prowincji przylegających do Zewnętrznych Prowincji. Czuję się dziwnie zaniepokojona. Choć uwielbiam patrzeć w gwiazdy, nigdy nie nauczyłam się podążać za ich konstelacjami. Swój kurs wyznaczam dzięki ludziom; Xander to punkt na mapie; moi rodzice – kolejny punkt; Ky to ostateczny cel. Kiedy Xander postanowił się przenieść, cała moja mapa uległa zmianie.
- Dostałem tam przydział do pracy – Xander tłumaczy – W Stolicy. Tak jak Ty. Chcą jednak bym najpierw nabył doświadczenia w innej Prowincji.
- Dlaczego? – pytam łagodnie.
Głos Xandera jest stanowczy. – Są pewne rzeczy, których muszę się nauczyć by dobrze wykonywać swoją pracę, a nie mogę uczyć się ich nigdzie indziej.
- A wtedy wyjedziesz do Stolicy – mówię, jakby sama do siebie. Xander żyjący w Stolicy – tta decyzja wydaje się słuszna i w jakiś sposób ostateczna. Oczywiście odnajdzie się w centrum Społeczeństwa. Oczywiście, Oni poznali jego potencjał i ściągnęli go do Stolicy.
- Ty naprawdę odchodzisz.
Na jego twarzy dostrzegłam grymas złości. – Czy Ty masz pojęcie jak to jest, kiedy ktoś Cię opuszcza?
- Oczywiście, że wiem – odpowiadam, zaskoczona.
- Nie – Xander wpada mi w słowo – Nie tak jak Ky opuścił Ciebie. On tego nie chciał. Czy wiesz jak to jest kiedy ktoś decyduje się, żeby odejść?
- To nie ja zdecydowałam, że nasze drogi się rozeszły. Zostaliśmy przeniesieni.
Xander wzdycha ciężko. – Dalej nic nie rozumiesz – mówi – Ty opuściłaś mnie jeszcze zanim wyjechałaś z Orii. Spogląda nade mną w stronę Funkcjonariusza po czym znów przenosi wzrok na mnie, jego niebieskie oczy są bardzo poważne. Zmienił się od naszego ostatniego spotkania, stał się mocniejszy i bardziej ostrożny.
Stał się podobny do Ky’a.
Teraz wiem, co miał na myśli. Opuściłam go w momencie, kiedy wybrałam Ky’a.
Xander spogląda na nasze dłonie wciąż splecione w uścisku.
Mój wzrok podąża tym samym torem. Jego dłonie są silne, kciuki szorstkie. Jego dłonie nie potrafią pisać słów, lecz są silne i pewnie operują kartami podczas gry. Dotykam kogoś, kogo kocham, choć to nie jest Ky. Trzymam go mocno, jakbym wcale nie chciała się z nim żegnać, a część mnie naprawdę nie chce go opuszczać.
Powietrze w pomieszczeniu robi się zimne. Jak nazwać tę porę roku? Późna jesień? Wczesna zima? Nie wiem. Społeczeństwo manipulując porami upraw zamazało niejako granice między porami roku, między czasem kiedy można siać i zbierać plony, a kiedy trzeba dać ziemi odpocząć. Xander puszcza moje dłonie pochyla się do mnie, patrząc głęboko w moje oczy. Przyłapuję się na tym, że wpatruję się w jego usta, przypominając sobie nasz pocałunek w Mieście, ten słodki i niewinny pocałunek zanim wszystko zaczęło się zmieniać. Wydaje mi się, że teraz pocałunek Xandera byłby zupełnie inny.
Szeptem, wypowiedzianym tuż przy moim uchu Xander pyta, – Czy dalej chcesz się dostać do Zewnętrznych Prowincji, żeby go odnaleźć?
- Tak – odpowiadam szeptem.
Funkcjonariusz oznajmia, że zostało nam tylko kilka minut. Xander zmusza się do uśmiechu i stara się mówić swobodnie – Naprawdę tego chcesz? Chcesz być z Ky’em, bez względu na cenę jaką przyjdzie Ci za to zapłacić? Wyobrażam sobie co zapisuje Funkcjonariusz spoglądający na nas z daleka: Dobrana wyważa pewien sprzeciw, kiedy Dobrany mówi jej o zadaniu do wykonania w Prowincji Camas. Po chwili Dobranemu udaje się ją uspokoić.
- Nie – mówię szczerze – Nie bez względu na cenę.
Xander wciąga szybko powietrze – Więc gdzie to się skończy? Czego nie jesteś w stanie dla Niego poświęcić?
Powoli przełykam ślinę – Mojej rodziny.
- Ze mnie zrezygnowałaś szybko – mówi z wyrzutem. Jego szczęka zaciska się i Xander odwraca ode mnie wzrok. Spójrz na mnie – myślę – Nie wiesz, że Ciebie też kocham? Nie wiesz, że byłeś moim przyjacielem od lat? Nie wiesz, że ciągle czuję się Dobrana z Tobą w jakiś sposób?
- Nie prawda – mówię łagodnie – Nie zrezygnowałam. Spójrz. – Wtedy ryzykuję wszystko. Otwieram saszetkę na pasku i pokazuję mu co wciąż się w niej znajduje, co zachowałam. Niebieskie tabletki. Mimo, że podarował mi je, by pomóc mi w odnalezieniu Ky’a, ja wciąż uważam je za prezent od Xandera.
Oczy Xandera rozszerzają się – Wymieniłaś kompas Ky’a?
- Tak – odpowiadam.
Xander uśmiecha się i widzę malujące się na jego twarzy zaskoczenie pomieszane z radością. Zaskoczyłam Xandera – samą siebie również. Kocham Xandera w sposób, który jest bardziej skomplikowany niż sama bym przypuszczała.
Nie zmienia to faktu, że muszę odnaleźć Ky’a.
- Koniec czasu – oznajmia Funkcjonariusz. Drugi Funkcjonariusz spogląda na mnie.
- Do zobaczenia – mówię do Xandera.
- Raczej nie – odpowiada i pochyla się, żeby pocałować mnie tak jak ja go wcześniej, tuż koło ust. Jeśli któreś z nas ruszyło by się choć odrobinę, wszystko mogłoby się zmienić.

Chwilowa przerwa

Drodzy czytelnicy,
Nieuchronnie nadszedł czas mojego urlopu wypoczynkowego i choć myślałam, że będzie on okazją do przetłumaczenia kolejnych rozdziałów historii Cassi i Ky’a to okazało się, że spędzę go jeżdżąc po Wielkiej Brytanii :)

Z góry przepraszam za długie oczekiwanie na nowe rozdziały, proszę o cierpliwość i życzę słonecznych i radosnych wakacji!

Rozdział 3 KY

Minęło już półtora miesiąca odkąd wrzuciliśmy tamtego chłopaka do rzeki. Teraz leżę na brudnej ziemi a nade mną świstają kule miotane z nieba.

- To taka piosenka – powtarzam sobie za każdym razem kiedy tak się dzieje. Basowy dźwięk ciężkich strzałów, sopran krzyków, tenor mojego własnego strachu. To wszystko jest częścią muzyki.

- Nie próbujcie uciekać – powtarzam innym, lecz nowi nigdy nie słuchają. Oni wciąż wierzą w to, co powiedziało im Społeczeństwo o ich misji tutaj: Odbędziecie służbę w danej wiosce i po sześciu miesiącach wrócicie do domów. W zamian znów staniecie się Obywatelami.

            Nikt nie przetrwał tutaj sześciu miesięcy.

            Kiedy wychodzę z ukrycia na horyzoncie widać ciemne budynki i strzępiaste krzewy bylicy. Pomarańczowa piaszczysta gleba pełna jest popalonych ciał zmarłych.

            Nastała cisza w muzyce, przeklinam. Statki powietrzne przemieszczają się. A ja wiem, co przyciągnęło ich uwagę.

 

Dzisiejszego ranka usłyszałem za sobą chrzęst butów na zmarzniętej ziemi. Nie oglądałem się, kto podążał za mną na kraniec wioski.

- Co robisz? – zapytał jakiś głos. Nie rozpoznałem go, lecz to nie ma większego znaczenia. Co chwilę przysyłają do nas nowych ludzi. Umieramy coraz częściej ostatnimi dniami.

            Jeszcze zanim wepchnęli mnie do tego pociągu w Orii wiedziałem, że Społeczeństwo nie będzie używać nas do walki. Mają zbyt wielu Oficerów i nowoczesnych technologii do walki. Ludzi, którzy nie są Aberracjami czy Anomaliami.

            To, czego potrzebuje Społeczeństwo – czego potrzebuje od nas – to ciała. Jesteśmy przynętą. Przenoszą nas tak, gdzie akurat potrzebują więcej ludzi by przyciągnąć Wroga. Chcą, żeby Wróg myślał, że Zewnętrzne Prowincje są wciąż zamieszkałe, żywe, choć jedynymi ludźmi, którzy tu żyją, jesteśmy właśnie my. Zrzuceni z samolotów i pozostawieni przy życiu na tak długo, aż nie zabije nas Wróg.

            Nikt nie wraca do domu.

            Poza mną. Ja wróciłem do domu. Zewnętrzne Prowincje to miejsce, z którego pochodzę.

- Śnieg – mówię nowemu – Patrzę na śnieg.

- Ale przecież tutaj nie pada – powiedział lekceważąco.

            Nie odpowiedziałem mu nic. Wciąż wpatrywałem się w szczyt najbliższego wzniesienia. Było tam coś godnego zauważenia – biały śnieg na czerwonych skałach. Topiąc się przechodził od bieli do przezroczystości, skrzącej w promieniach słońca. Już kiedyś widziałem coś takiego.

            Usłyszałem, jak nowy odwraca się i wraca do obozu.

- Zobaczcie na tamto wzniesienie! – krzyknął, a inni zaczęli wpatrywać się w górę z zaciekawieniem.

- Idziemy tam Ky! Zbierzemy trochę śniegu! – ktoś krzyknął do mnie chwilę potem – Chodź z nami.

- Nie uda się wam – powiedziałem im – Śnieg zbyt szybko topnieje.

            Lecz nikt mnie nie słuchał. Funkcjonariusze ograniczają nam racje wody, a ta którą dostajemy smakuje jakby była z toalety. Najbliższa rzeka jest teraz zatruta, a deszcz nie pada tu zbyt często.

            Jeden łyk świeżej wody. Doskonale rozumiem dlaczego chcą po nią iść.

- Jesteś pewny? – jeden z nich zatrzymuje się a ja kiwam głową w odpowiedzi.

- Vick, a Ty idziesz? – ktoś pyta.

            Vick stoi, osłaniając swoje niebieskie oczy jedną ręką i spluwa – Nie – mówi. – Ky mówi, że śnieg się roztopi zanim tam dotrzemy. Poza tym mamy groby do wykopania.

- Zawsze każesz nam kopać te doły – jeden ze skazańców narzeka – Mamy zachowywać się jakbyśmy byli farmerami. Tak powiedziało Społeczeństwo. –Ma racje. Chcą, żebyśmy używali łopat i nasion z wioski by wyhodować zboże ozime, by nie musieć już kopać grobów tylko zostawiać ciała między roślinami. Słyszałem jak inni mówili, że właśnie tak robili w poprzednich wioskach. Zostawiali zwłoki dla Społeczeństwa albo Wroga lub dla jakiegokolwiek zwierzęcia, które by je zechciało.

            Lecz Vick i ja zakopujemy trupy. Zaczęło się od tego chłopca w rzece i jak do tej pory nikt nas nie powstrzymuje.

            Vick zaśmiał się wrogo. Podczas nieobecności Funkcjonariuszy i Oficerów stał się nieoficjalnym liderem i czasami inni skazańcy zapominają, że tak naprawdę to nie ma on żadnej władzy w Społeczeństwie. Zapominają również, że jest on Aberracją. „Nie zmuszam was do niczego. Ky też nie. Wiesz doskonale kto tu wydaje rozkazy, jeśli chcesz czegoś próbować, proszę bardzo. Nie będę Cię zatrzymywać.

            Słońce wznosiło się coraz wyżej, skazańcy, którzy wyruszyli po śnieg również. Obserwowałem ich przez chwilę. Grzbiety ich kurtek  z daleka wyglądały tak, jakby byli mrówkami wchodzącymi do mrowiska. Wstałem i wróciłem do pracy – kopania grobów na cmentarzu dla tych którzy zginęli w trakcie wczorajszego bombardowania.

            Vick i inni pracowali razem ze mną. Mieliśmy siedem dołów do wykopania. Niezbyt dużo, biorąc pod uwagę intensywność ostatnich nalotów i fakt, że było nas prawie stu, którzy mogli zginąć.

            Starałem się stać tyłem do tych, którzy poszli po śnieg, by nie widzieć jak ten znika zanim dotrą do wzniesienia. Wspinaczka tam była jedynie stratą czasu.

            Stratą czasu jest także myślenie o tych, których już nie ma. Sądząc po tym co tu się dzieje, nie mam zbyt wiele czasu do zmarnowania.

            Lecz nic nie mogę na to poradzić.

            Pierwszej nocy na ulicy Klonowej w Mieście wyglądałem przez okno w swojej nowej sypialni i w nic, co widziałem nie przypominało domu. Więc się odwróciłem a wtedy Aida przechodząca korytarzem wyglądała niemalże jak moja matka więc mogłem znów spokojnie oddychać.

            Wyciągnęła do mnie wtedy rękę, w której trzymała kompas.

- Nasi rodzice mieli tylko jeden artefakt, a dwie córki. Twoja mama i ja zgodziłyśmy się, że będziemy się nim dzielić, lecz ona odeszła. – Aida otworzyła moją dłoń i położyła na niej kompas. – Miałyśmy wspólny artefakt, a teraz mamy wspólnego syna. To dla Ciebie.

- Nie mogę tego wziąć – odpowiedziałem – jestem Abberacją. Nie możemy mieć takich rzeczy.

- Mimo to – Aida powiedziała – jest twój.

            Podarowałem go Cassi na przechowanie a ona odwdzięczyła się kawałkiem zielonej satyny. Wiedziałem, że kiedyś by mi go odebrano. Wiedziałem, że nigdy nie będzie mi dane go zatrzymać. Więc właśnie dlatego, kiedy po raz ostatni schodziliśmy ze Wzgórza zatrzymałem się i przywiązałem materiał do drzewa. Musiałem zrobić to szybko, tak by Cassia tego nie zauważyła.

            Lubię myśleć o nim jak, tam na Wzgórzu pada na niego deszcz i porusza nim wiatr.

            Tak naprawdę nie zawsze można wybrać, co chciałoby się zatrzymać. Można jedynie wybrać w jaki sposób się to zostawia.

            Cassia.

            Myślałem o niej, kiedy po raz pierwszy spojrzałem na śnieg na wzgórzu. Pomyślałem, że my moglibyśmy się tam wspiąć. Nawet jeśli cały śnieg by stopniał. Siedlibyśmy na górze i pisali wyrazy na przymarzniętym piasku. Moglibyśmy to robić gdyś nie zniknęła.

            Lecz wtedy przypomniałem sobie, to nie Ty zniknęłaś. To ja.

 

 

Na brzegu grobu pojawił się but. Wiem, czyje to buty po kreskach wyrytych wokół podeszwy – sposób, dzięki któremu niektórzy z nas zapisują jak długo przetrwali. Nikt inny nie ma tak wielu kresek, tak wielu przetrwanych dni

- Ty jeszcze nie umarłeś – powiedział Vick.

- Wiem – odpowiedziałem wychodząc z grobu. Wytarłem twarz z brudu i złapałem łopatę. Vick zaczął kopać koło mnie. Żaden z nas nie mówi nic o tych, których nie będziemy w stanie dziś pochować. O tych, którzy próbują wspiąć się na górę po śnieg.

            Po powrocie do wioski dowiadujemy się, że są trzy kolejne ciała. Pozostali płaczą i milcząc wpatrują się we wzniesienie. Żaden ze skazańców, którzy poszli po śnieg nie wróci. Przyłapuję się na tym, że być może przynajmniej ugasili pragnienie zanim zostali rozstrzelani, że umierając mieli usta pełne czystego, zimnego śniegu.