Rozdział 2 CASSIA

Grudki ziemi przylegają do mnie jakby był częścią mnie. Gorąca woda w narożnej kabinie prysznicowej obmywa moje ręce, które robią się czerwone. Ich widok sprawia, że myślę o Ky’u. Moje ręce wyglądają teraz podobnie jak jego.

Poza tym, prawie wszystko sprawia, że myślę o Ky’u.
Kawałkiem mydła w kolorze obecnego miesiąca, listopada szoruję palce ostatni raz. W pewnym sensie lubię ten brud. Wbija się w każde najdrobniejsze zagięcie mojej skóry, tworząc mapę na moich dłoniach. Czasem, kiedy jestem bardzo zmęczona spoglądam na tą swoistą kartografię swoich dłoni i wyobrażam sobie, że może ona podpowiedzieć mi jak odnaleźć Ky’a.
Ky zniknął.
To wszystko – dalekie prowincje, obozy pracy, brudne dłonie, zmęczone ciało, bolący umysł – to wszystko dzieje się przez to, że Ky zniknął, a ja chcę go odnaleźć. Najdziwniejsze jest to, że jego nieobecność sprawia, że czuję jakby tu był. Ogarnia mnie tęsknota tak całkowita, że gdyby nagle to uczucie zniknęło, zawróciłabym, zatrzymała się i sprawdziła czy pokój faktycznie jest pusty, jeśli wcześniej cokolwiek w nim było, jeśli nie było tam  jego.
Odwracam się od zlewu i rozglądam się po pokoju. Przez małe okienka umieszczone wysoko wzdłuż ściany widać tylko noc. Dziś jest ostatnia noc przed przeniesieniem; następne zlecenie będzie moim ostatnim. Potem, jak zostałam poinformowana pojadę do Stolicy, największego Miasta w Społeczeństwie do mojej stałej pracy w jednym z tamtejszych centrów sortowania. Prawdziwa praca, nie taka jak kopanie w ziemi, a to ciężka harówka. W ciągu mojej trzymiesięcznej pracy byłam zabierana do kilku obozów, lecz do tej pory żaden z nich nie był w Prowincji Tana. Miałam nadzieję, że znajdę w jakiś sposób drogę do Zewnętrznych Prowincji, lecz nie znalazłam się ani o krok bliżej Ky’a niż kiedy zaczęłam pracować w obozie.
Jeśli mam uciec, by odnaleźć Ky’a, muszę to zrobić już niedługo.
Indie, jedna z dziewczyn mieszkająca ze mną w pokoju przechodzi obok mnie by stanąć przy umywalce.
- Zostawiłaś choć trochę ciepłej wody dla reszty? – pyta.
- Tak – odpowiadam. Indie mamrocze coś kiedy odkręca wodę i bierze mydło. Kilka dziewczyn stoi w kolejce za nią. Reszta siedzi cierpliwie na brzegach swoich łóżek ustawionych w szeregu.
Dziś jest siódmy dzień tygodnia, dzień w którym przychodzą wiadomości.
Ostrożnie odpinam małą saszetkę przyczepioną do paska spodni. Każda z nas ma taką małą saszetkę i mamy nosić je cały czas przy sobie. Moja jest pełna wiadomości; podobnie jak inne dziewczyny przechowuję wszystkie listy do momentu, kiedy już nie da się ich rozczytać. Są podobne do delikatnych płatków noworóż, które Xander dał mi kiedy wyjeżdżałam z Miasta, które zresztą również zachowałam.
Czekając, przeglądam stare wiadomości. Większość dziewczyn robi to samo.
Nie trzeba dużo czasu, żeby papier zżółkł na brzegach i zaczął się rwać – wiadomości mają być przeczytane i wyrzucone. Ostatnia wiadomość jaką otrzymałam od Brama mówi, że pracuje ciężko w polu i jest przykładnym uczniem w szkole, że nigdy się nie spóźnia. Śmieszy mnie to ponieważ wiem doskonale, że jest to naciągane stwierdzenie. Część wiadomości od Brama sprawia, że w moich oczach pojawiają się łzy – napisał, że oglądał mikrokartę Dziadka, tę ze złotego pudełka na Ostatnim Bankiecie.
Historyk podsumowuje życie Dziadka w kilku słowach, a na samym końcu nagrania pojawia się lista najlepszych momentów ułożona przez Dziadka  -pisze Bram. Ma jedno wspomnienie dla każdego z nas. Jego ulubione związane ze mną to, to kiedy wypowiadam swoje pierwsze słowo, a było to „jeszcze”. Ulubionym momentem związanym z Tobą był, jak to on nazwał „dzień czerwonego ogrodu”.
Oglądając mikrokartę po raz pierwszy, w dniu Bankietu nie przykładałam dużej uwagi do jej treści – za bardzo rozmyślałam nad ostatnimi chwilami w życiu Dziadka, nie skupiając się nad jego przeszłością. Od tamtej pory chciałam przejrzeć mikrokartę jeszcze nie raz, lecz nigdy tego nie zrobiłam, a teraz bardzo tego żałuję. Jeszcze bardziej żałuję tego, że nie pamiętam dnia czerwonego ogrodu. Pamiętam wiele dni spędzonych na rozmowach z Dziadkiem, kiedy siedzieliśmy na ławce pośród  kwitnących wiosną pąków kwiatów czy czerwonych noworóż latem albo jesiennych czerwonych liści. Więc chyba właśnie o to mu chodziło. Być może Bram pisząc swoją wiadomość pomylił się – Dziadek wspominał dni czerwonego ogrodu – w liczbie mnogiej. Było takich dni wiele – wiosną, latem czy jesienią, kiedy siedzieliśmy tam i rozmawialiśmy.
Wiadomość od rodziców była przepełniona ekscytacją – przekazano im, że następny obóz pracy będzie moim ostatnim.
Nie dziwię się, że są z tego powodu zadowoleni. Wierzą w miłość tak bardzo, że dali mi możliwość znalezienia Ky’a, lecz nie jest im przykro, że wracam do domu. Podziwiam ich za to, że pozwolili mi spróbować. Inni rodzice pewnie by tak nie postąpili.
Chowam wiadomości z powrotem do  saszetki myśląc o mikrokarcie, myśląc o Ky’u. A jeśli mogłabym dotrzeć do niego przy następnym przeniesieniu lub schować się na pokładzie samolotu i rzucić się jak kamień z nieba prosto do Zewnętrznych Prowincji?
Jeśli udałoby się nam spotkać, co Ky by sobie pomyślał po tak długiej rozłące?  Czy w ogóle by mnie poznał? Wiem, że wyglądam inaczej. Nie chodzi mi o moje zniszczone dłonie. Pomimo pełnych racji żywieniowych, schudłam od całej tej pracy. Mam podkrążone oczy ponieważ nie mogę zasnąć, choć Społeczeństwo nie monitoruje tutaj naszych snów. Nieco martwi mnie, że Społeczeństwo się nami za bardzo nie przejmuje, lecz możliwość spania bez monitorowania jest przyjemna. Nocami leżę i myślę o starych i nowych słowach i o naszym pocałunku skradzionym, kiedy Społeczeństwo nie patrzyło. Próbuję zasypiać, naprawdę, bo właśnie we śnie widzę Ky’a najwyraźniej.
Możemy spotykać się z innymi ludźmi tylko wtedy, kiedy Społeczeństwo nam na to pozwoli. Na żywo, przez porty lub przeglądając mikrokarty. Kiedyś, dawno temu Społeczeństwo pozwalało obywatelom nosić przy sobie zdjęcia bliskich osób. Jeśli ktoś umarł lub był daleko przynajmniej nie zapominało się jak wyglądają. Noszenie zdjęć zostało zabronione lata temu. Teraz, Społeczeństwo zabroniło nawet tradycyjnego wymieniania się zdjęciami nowo Dobranych po ich pierwszym spotkaniu twarzą w twarz. Dowiedziałam się tego z jednej z wiadomości, których nie zatrzymałam – informacji z Departamentu Dobranych, która została rozesłana do wszystkich którzy zostali Dobrani. Napisali: Procedury Dobierania zostały zmienione dla maksymalizacji efektywności i wzrostu optymalnych rezultatów.
Zastanawiam się czy zdarzyły się im inne pomyłki.
Zamykam oczy i marzę by ujrzeć przed oczami twarz Ky’a. Niestety, każdy obraz jaki ostatnio widzę wydaje się niekompletny, zamazany w różnych miejscach. Zastanawiam się gdzie teraz jest Ky, co się z nim dzieje, czy zdołał zatrzymać ten skrawek zielonego jedwabiu, który dałam mu nim odszedł.
Czy zdołał zatrzymać w sercu mnie.
Wyciągam z saszetki coś innego, rozkładam papier ostrożnie na łóżku. Płatki noworóż wysuwają się powoli, są  delikatne i zżółknięte na brzegach, podobnie jak kartka.
Dziewczyna przypisana do tego samego piętrowego łóżka co ja zauważa co robię i kładzie się na swoim materacu. Inne dziewczyny zbierają się wkoło mnie, jak zawsze kiedy wyciągam ten konkrety papier. Nie mogę zostać ukarana za jego trzymanie– nie jest to kontrabanda czy coś nielegalnego. Papier został wydrukowany z normalnego portu. Nie można nam jednak drukować niczego innego poza wiadomościami, więc ten kawałek sztuki jest czymś bardzo cennym.
- To chyba ostatni raz, kiedy możemy go oglądać – mówię – rozpada się.
- Nigdy by mi nie przyszło żeby przynieść tu któryś ze Stu Obrazów – mówi Lin, spuszczając głowę.
- Ja też tego nie przyniosłam – mówię – Ktoś mi to podarował.
Zrobił to Xander, jeszcze w Mieście, w dniu kiedy przyszło nam się pożegnać. To jest numer 19 ze Stu Obrazów – Chasm of the Colorado autorstwa Thomasa Morana – kiedyś wygłaszałam referat na jego temat w szkole. Wtedy powiedziałam, że to mój ulubiony obraz i Xander pamiętał o tym przez te wszystkie lata. Obraz przeraża mnie i przejmuje w jakiś niejasny sposób – niebo na nim jest tak spektakularne a ziemia zarówno piękna i niebezpieczna, pełna głębi. Bałam się ogromu miejsca takiego jak to. Jednocześnie czułam żal, że nigdy nie ujrzę takiego widoku: zielone drzewa na zboczu czerwonych skał, stalowoniebieskie chmury płynące po niebie, cienie i złocistości wszędzie naokoło.
Zastanawiam się czy w moim głosie słychać jeszcze ten zachwyt, kiedy opowiadam dziewczynom o obrazie, skoro Xander wychwycił go kiedyś i dlatego zapamiętał. Xander nie daje za wygraną. Jest bardzo subtelny w swoich działaniach – na przykład ten obraz. Teraz kiedy na niego patrzę, kiedy mogę dotknąć płatków noworóż przypominam sobie jaki jest dla mnie dobry, jak wiele o mnie wie i czuję ukłucie bólu, że musiałam z niego zrezygnować.
Miałam rację, że to jest ostatni raz kiedy oglądamy ten obraz. Kiedy tylko podnoszę papier z łóżka rozpada się na kawałki. Wszystkie wzdychamy w tym samym czasie, a ruch powietrza jaki tym wywołujemy powoduje, że skrawki papieru poruszają się delikatnie.
- Możemy obejrzeć ten obraz przez port – mówię dziewczynom. Jedyny port w obozie wisi w głównym holu, duży i nasłuchujący.
- Nie – odpowiada Indie – Już za późno.
To prawda, nie powinnyśmy wychodzić z naszych pokoi po kolacji.
- Więc jutro podczas śniadania – nalegam.
Indie wzdycha z niesmakiem i odwraca się. Ma rację, to już przecież  nie będzie do samo. Sama nie wiem czemu, lecz na pewno to nie będzie to samo. Myślę, że samo posiadanie obrazu czyniło go czymś wyjątkowym, choć może to nie to. Chodzi o możliwość oglądania go bez bycia obserwowanym, bez wskazywania jak go oglądać. Właśnie to dawał nam ten papier.
Zastanawiam się, dlaczego nie nosiłam przy sobie obrazów czy wierszy przed przyjazdem tutaj. Tyle papieru w portach, teraz wydaje się luksusem. Tak wiele starannie wybranych przykładów piękna a i tak nie patrzyliśmy na nie wystarczająco często. Jak mogłam nie zauważyć, że zieleń przy skałach jest tak świeża, że niemalże można wyczuć fakturę liście, a ich lekkość przypomina skrzydła motyla otwierające się po raz pierwszy?
Jednym, zdecydowanym ruchem Indie zrzuca resztki papieru z mojego łóżka. Zrobiła to nawet na nie nie spoglądając. Stąd właśnie wiem, że i ona przejęła się utratą obrazu, bo dokładnie wiedziała, gdzie leżały fragmenty papieru.
Moje oczy zachodzą się łzami.
- Wszystko w porządku – powtarzam sobie – Masz jeszcze przecież inne, trwałe rzeczy, ukryte pod papierem i płatkami noworóż. Pojemnik z tabletkami. Srebrna szkatułka z Bankietu Dobranych. Kompas Ky’a i niebieskie tabletki od Xandera.
Staram się nie trzymać kompasu i tabletek w saszetce na pasku. Są zbyt cenne. Nie wiem czy Oficerowie przeszukują moje rzeczy, lecz jestem pewna, że inne dziewczyny na pewno to robią.
Więc pierwszego dnia w każdym kolejnym obozie, zakopuję kompas i niebieskie tabletki głęboko i wracam po nie przed wyjazdem. Poza tym, że są to przedmioty nielegalne, są najważniejszymi prezentami jakie otrzymałam. Kompas – złoty i błyszczący może mi powiedzieć, w którą stronę muszę iść. Społeczeństwo natomiast zawsze powtarzało nam, że jeśli będziemy mieć wodę, niebieska tabletka może utrzymać nas przy życiu przez dzień lub dwa. Xander ukradł dla mnie kilka dawek, mogłabym dzięki nim przeżyć dłuższy czas. Razem, kompas i tabletki są najpotrzebniejsze do przetrwania.
Jeśli tylko dane by mi było znaleźć się w Zewnętrznych Prowincjach bym mogła z nich skorzystać.
W noce jak ta – noc przed przeniesieniem – muszę odnaleźć drogę do zakopanych skarbów i mam nadzieję, że zapamiętałam dobrze miejsce kryjówki. Dziś wróciłam ostatnia do domku, a moje ręce były pokryte czarną ziemią z innej części pola. Właśnie dlatego tak spieszyłam się, żeby umyć ręce; mam nadzieję, że sokoli wzrok Indie nie wychwycił tego, kiedy stała za mną w kolejce. Mam nadzieję, że żadna grudka ziemi nie wypadła z mojej saszetki i że nikt nie słyszał cichego pobrzękiwania kiedy szkatułka i kompas stukały o siebie i pojemnik z tabletkami.
W każdym obozie starałam się zachowywać dla siebie fakt, że jestem pełnoprawnym Obywatelem. Choć Społeczeństwo przeważnie nie ujawnia statusów przebywających tu osób, słyszałam rozmowę między dziewczynami, które musiały oddać swoje pojemniki z tabletkami. Oznacza to, że w jakiś sposób – czy z winy swojej czy swoich rodziców – niektóre dziewczyny utraciły swoje Obywatelstwo. Stały się Abberacjami, tak jak Ky.
Jest tylko jeden status niższy niż Abberacja – Anomalia. O nich już niemalże się nie słyszy. Wydaje się, że zniknęli. Dlatego teraz, kiedy nie ma już Anomalii Abberacje zajęli ich miejsce – najgorsza grupa w Społeczeństwie.
Nikt w Orii nie mówił o Zasadach i Przeklasyfikowaniu, a ja obawiałam się, że przeze mnie status mojej rodziny zostanie zmieniony na Abberacje. Teraz już znam reguły z historii, którą opowiedział mi Ky i z podsłuchanych rozmów innych dziewczyn.
Oto główna zasada: Jeśli rodzi zostaje Przeklasyfikowany, cała rodzina także. Jeśli natomiast dziecko zostaje Przeklasyfikowane, status jego rodziny nie zmienia się. Dziecko samo dźwiga brzemię bycia Abberacją lub Anomalią.
Ky został Przeklasyfikowany ze względu na postępowanie jego ojca. Wtedy właśnie przywieziono go do Orii, gdy pierwszy syn Markhamów zmarł. Teraz zdaję sobie sprawę jak wyjątkowo i rzadka jest sytuacja w jakiej znalazł się Ky – mógł on przybyć z Zewnętrznych Prowincji ponieważ ktoś został zabity, a jego ciocia i wujek, Patrick i Aida Markhamowie mogli kiedyś być kimś ważniejszym w Społeczeństwie, niż komukolwiek to się wydawało. Zastanawiam się co teraz się z nimi dzieje. Na tą myśl przechodzi mnie zimny dreszcz.
Upominam siebie, że ucieczka by odnaleźć Ky’a nie wpłynie na status mojej rodziny. Może spowodować moje własne Przeklasyfikowanie, lecz im nic nie grozi.
Uporczywie trzymam się tej myśli – że oni wciąż będą bezpieczni i Xander też, nieważne gdzie się znajdę.

- Wiadomości – ogłasza Oficer wchodząc do pokoju. To ta, która ma ostry głos i łagodne spojrzenie.  Kiwa do nas i zaczyna odczytywać nazwiska. – Mira Waring.
Mira wychodzi naprzód. Wszystkie patrzymy uważnie i liczymy. Mira otrzymuje trzy wiadomości, tyle co zwykle. Oficer drukuje i czyta wiadomości by zaoszczędzić nam wszystkim czasu, jaki musiałybyśmy spędzić w kolejce do portu.
Nie ma żadnej wiadomości dla Indie.
I tylko jedna dla mnie – łączona wiadomość od rodziców i Brama. Nic od Xandera. Nigdy wcześniej nie ominął cotygodniowej wiadomości.
- Co się mogło wydarzyć? – zaciskam rękę na swojej saszetce i czuję szelest papierów w środku.
- Cassia – odzywa się Oficer – Proszę przejść ze mną to głównego holu. Mamy dla Ciebie komunikat.
Wszystkie dziewczyny patrzą na mnie z zaskoczeniem.
Przechodzi mnie chłodny dreszczyk. Wiem kto to musi być. Moja Oficer, sprawdzająca mnie przez port.
Już widzę wyraźnie jej twarz w mojej głowie, każdy lodowato ostry kawałek jej twarzy.
Nie chcę nigdzie iść.
- Cassia – powtarza Oficer. Spoglądam na dziewczyny w pokoju, który nagle wydaje się ciepły i przytulny. Posłusznie ustawiam się za Oficer. Prowadzi mnie do głównego holu i przechodzimy do portu. Słyszę jego ciche pomrukiwanie  w całym pomieszczeniu.
Wzrok mam spuszczony. Unieruchom swoją twarz, dłonie, swoje oczy. Przyglądaj się im tak by oni nie mogli zajrzeć w Ciebie – powtarzam sobie.
- Cassia – słyszę czyjś głos, głos, który znam.
Podnoszę oczy i nie wierzę w to, co widzę.
On tu jest.
Port jest wyłączony, a on stoi przede mną, naprawdę.
On tu jest.
Cały i zdrowy.
Tutaj.
Nie jest sam – jakiś Strażnik stoi za nim – mimo to, to on.
Tutaj.
Zakrywam swoją twarz czerwonymi, spracowanymi rękami, to co widzę nieco mnie przerasta.
- Xander – udaje mi się szeptać.

Rozdział 1 KY

Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy.

Dylan Thomas

Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy,

Starość u kresu dnia niech płonie, krwawi;

Buntuj się, buntuj, gdy światło się mroczy.

 

Mędrcy, choć wiedzą, że ciemność w nich wkroczy -

Bo nie rozszczepią słowami błyskawic -

Nie wchodzą cicho do tej dobrej nocy.

 

Cnotliwi, płacząc kiedy ich otoczy

Wspomnienie czynów w kruchym wieńcu sławy,

Niech się buntują, gdy światło się mroczy.

 

Szaleni słońce chwytający w locie,

Wasz śpiew radosny by mu trenem łzawym;

Nie wchodźcie cicho do tej dobrej nocy.

 

Posępnym, którym śmierć oślepia oczy,

Niech wzrok się w blasku jak meteor pławi;

Niech się buntują, gdy światło się mroczy.

 

Błogosławieństwem i klątwą niech broczy

Łza twoja, ojcze w niebie niełaskawym.

Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy.

Buntuj się, buntuj, gdy światło się mroczy

 

(tłum. Barańczak Stanisław)

 

Przekraczając brzeg

Alfred Tennyson


Słońce zachodzi, za horyzont się chowając
Słyszę, że On do siebie mnie wzywa
Niech wszelkie lamenty ustaną
Kiedy będę odpływał.

Fala uśpiona, choć sprawia wrażenie płynącej
Zbyt przepełniona pianą i dźwiękami,
Podczas gdy to, co wyłonione z głębi bezkresnej
Zawróci znów do bezpiecznej przystani.

Wieczorny dzwon i pora zmierzchania,
A po nich ciemność nadejdzie!
Niech zniknie już smutek pożegnania,
Kiedy czas mej podróży przybędzie.

Gdyż choć to czasu i miejsca kres,
A wody daleko mogą przenieść mnie,
Liczę, że spotkam mego Pilota gdzieś,
Kiedy przekroczę już brzeg.

 

(tłumaczenie nieoficjalne)

 

Rozdział 1 KY

Stoję w rzece. Jest niebieska. Prawie granatowa. Odbija się w niej kolor wieczornego nieba.

Stoję nieruchomo. Nie to co rzeka. Jej fale popychają mnie, a następnie przelewają się przez trawę rosnącą na brzegu.

- Wychodź stamtąd – mówi Funkcjonariusz. Świeci na mnie latarką, stojąc przy brzegu.

- Powiedział pan,  że mam umieścić ciało w wodzie – mówię, przeinaczając słowa Funkcjonariusza.

- Nie powiedziałem, że i Ty masz tam wchodzić – mówi Funkcjonariusz – Puść go i wychodź. Przynieś mi jego kurtkę. On już jej nie potrzebuje.

Spoglądam na Vicka, który pomaga mi przy ciele. Vick nie wszedł do wody. Nie pochodzi z okolicy, lecz wszyscy w obozie znają plotki o zatrutych rzekach w Zewnętrznych Prowincjach.

- Wszystko w porządku – mówię cicho do Vicka. Funkcjonariusze i Władze chcą, żebyśmy bali się rzeki, wszystkich rzek, żebyśmy nigdy nie próbowali jej pić ani nie próbowali przez nią przejść na drugą stronę.

- Nie potrzebujecie próbki tkanek? – wołam do Funkcjonariusza stojącego na brzegu w momencie gdy Vick się waha. Lodowata woda sięga mi do kolan, głowa martwego chłopca jest odchylona do tyłu, jego martwe oczy wpatrują się w niebo. Martwi już nic nie widzą, lecz ja tak.

Widzę zbyt wiele. Zawsze tak było. Słowa i obrazy łączą się moim umyśle w dziwny sposób i dostrzegam więcej szczegółów gdziekolwiek jestem. Jak teraz. Widzę Vicka, który nie jest tchórzem, lecz strach maluje się na jego twarzy. Rękawy koszulki martwego chłopca są porozdzierane, woda przelewa się przez nie w miejscach gdzie jego ramiona opadają na dno. Jego chude kostki i bose stopy wydają się jaśnieć bladością w rękach trzymającego je Vicka, który podchodzi bliżej brzegu. Funkcjonariusz już wcześniej kazał nam zdjąć jego buty. Teraz macha nimi w tą i z powrotem trzymając za sznurówki, próbując ukryć znużenie. W drugiej ręce trzyma latarkę, której ostre światło świeci mi prosto w oczy.

Rzucam kurtkę w stronę Funkcjonariusza. Musi wypuścić z ręki buty by ją złapać.

- Możesz już puścić – mówię do Vicka. – Nie jest ciężki. Sam dam sobie radę.

Lecz Vick wchodzi do rzeki. Teraz nogi martwego chłopca są zanurzone w wodzie i jego czarne robocze ubranie przemoczone.

- Nie wygląda to na Ostatni Bankiet –Vick mówi do Funkcjonariusza. Wyraźnie słychać gniew w jego głosie. – Czy wczorajszą kolację wybrał sobie sam? Bo jeśli tak, to zasłużył na śmierć.

Minęło już wiele czasu odkąd pozwoliłem sobie odczuwać złość, więc teraz nie tylko ją czuję. Wypełnia moje usta i połykam ją czując jej ostry, metaliczny smak, podobny do smaku foliowej tacki na żywienie. Ten chłopak zmarł ponieważ Funkcjonariusze popełnili błąd. Nie dali mu wystarczającej ilości wody i przez nich zmarł za szybko.

Musimy więc teraz pozbyć się ciała ponieważ nikt nie powinien umrzeć w tym tymczasowym obozie. Powinniśmy poczekać aż wyślą nas do wiosek, a tam Wróg zajmie się nami. Lecz najwidoczniej nie zawsze tak jest.

Społeczeństwo chce byśmy bali się śmierci. Lecz ja się jej nie boję. Boję się jedynie umrzeć w niewłaściwy sposób.

- Tak kończą Aberracje – mówi Funkcjonariusz niecierpliwie. Robi krok w naszym kierunku. – Wiecie o tym. Nie ma ostatniego posiłku. Nie ma żadnych słów na pożegnanie. Puśćcie go i wychodźcie z wody.

Tak kończą Aberracje. Spoglądam w dół, woda zmieniła swój kolor na czarny i zlała się z kolorem nocnego nieba. Jeszcze nie puszczam.

Obywatele mają swoje Ostatnie Bankiety. Słowa pożegnania. Pobiera się od nich próbki tkanek by dać im szansę na nieśmiertelność. Nie mogę zrobić nic jeśli chodzi o ostatni posiłek czy próbkę, lecz mogę podarować mu słowa. One zawsze są we mnie, przelatują przez mój umysł a wraz z nimi obrazy i numery. Szepcę więc to, co wydaje się pasować do rzeki i do śmierci:

„Gdyż choć to czasu i miejsca kres,
A wody daleko mogą przenieść mnie,
Liczę, że spotkam mego Pilota gdzieś,
Kiedy przekroczę już brzeg.”

Vick spogląda na mnie zaskoczony.

- Puść go– mówię i w tym samym momencie puszczamy ciało.

Ciąg dalszy historii Cassi, Ky’a i Xandera

Witam wszystkich sympatyków książki Dobrani Ally Condie. Mam nadzieję podołać zadaniu, które sobie stawiam – przetłumaczeniu dwóch kolejnych części trylogii – Crossed oraz Reached. Będę się starała pisać w miarę regularnie i piszę dużymi literami NIE JESTEM ANGLISTKĄ, więc bądźcie łaskawi mojemu tłumaczeniu. Miłej lektury! Pierwszy rozdział już wkrótce :)